teczka bikera meteor2017

avatar Miejsce robienia kawy do termosu: Żyrardów. Od 2009 nakręciłem 124075.40 km z czego 18790.55 wertepami i wyszła mi mordercza średnia 17.14 km/h
meteor2017 bs-profil

baton rowerowy bikestats.pl

Czerstwe batony

2025 2024 2023 2022 2021 2020 2019 2018 2017 2016 2015 2014 2013 2012 2011 2010 2009 Profile for meteor2017

Znajomi bikestatsowi

Jakieś tam wykresy

Wykres roczny blog rowerowy meteor2017.bikestats.pl

Kalendarium

  • dystans 46.42 km
  • 11.00 km terenu
  • czas 02:55
  • średnio 15.92 km/h
  • rekord 34.60 km/h
  • rower Wrześniowy Rower
  • Jazda na rowerze

Wysyp kurek trwa

Niedziela, 19 sierpnia 2018 · dodano: 20.08.2018 | Komentarze 10

- 815 kurek
- 1,5 prawdziwka
- 1 kozak
- 2 czubajki

Człowiek wstaje rano, wygląda za okno i jak widzi gorejące słońce na czystym niebie, to mu się odechciewa wyściubiać nosa z domu... to nie jest dzień na jakąkolwiek aktywność fizyczną, to jest dzień w który należy się zaszyć w jakimś zacienionym kąciku. Ale cóż, jeśli się smażonych kurek zachciewa,  to trzeba zabrać pierwszą krzyżowa w troki i wyjść w ten żar.

Nie mogłem się rano zebrać, ale w końcu jakoś się udało, tyle że jak wyruszyłem, to była już dziesiąta i poranny chłodek już minął,  tak więc już na dojeździe do lasu było za gorąco. Spacer po lesie też nie należał do przyjemności - gorąco, parno, powietrze stoi... człowiek oblewa się potem, komary go rypią. A przez cały dzień niestety było słonecznie, ze dwa razy tylko na chwilkę jakieś chmurki naszły.   Na szczęście komarów było mniej niż ostatnio i jak człowiek usiadł w cieniu odpocząć, napić się kawki, przetrącić kanapką i poczytać Wiecha, a w międzyczasie  nieco ostygnąć, nie opadały człowieka chmurą i nie zjadały żywcem, dało się wytrzymać.

Dlatego dotrwałem jakoś do wieczora i gdy wracałem największy skwar minął, słońce było nisko, a cienie długie. Nadal było gorąco, ale do wytrzymania, a z czasem temperatura zaczęła dochodzić do rozsądnych poziomów.


Za to kurki z nawiązką wynagrodziły te wszystkie trudy, było ich więcej niż przed tygodniem. Obstawiam, że za tydzień będzie ich już mniej (prognozuję po ilości malusich kurek, nadal trochę jest, ale zdecydowanie mniej niż tydzień temu).





Poza tym znalazłem cztery prawdziwki - dwa małe (jeden dobry, drugi całkiem robaczywy) i dwa większe (z jednego po wykrojeniu zostało z pół kapelusza, drugi kompletnie przeżarty).





Poza tym znalazłem pierwsze w tym roku kozaki -  ten z fotki dobry, drugi nieco mniejszy robaczywy.



Zebrałem też symbolicznie dwie czubajki do dorzucenia do powyższych grzybków (ale było ich więcej).



Takie coś znalazłem - nie podgrzybek (miąższ nie sinieje), nie goryczak (nie jest gorzki, nie prawdziwek (inny trzonek), a do tego zamszowy kapelusz. Zastanawiałem się co to i co z nim zrobić, może bym zabrał do dokładniejszej identyfikacji w domu (w razie niepewności i tak do wyrzucenia), ale dylemat rozwiązał się sam - był kompletnie robaczywy.

Po sprawdzeniu stwierdzam, że jest to prawdopodobnie piaskowiec kasztanowaty.




A to żółciak siarkowy, młode owocniki ponoć jadalne w internetach są przepisy na żółciak a' la sznycel... ale nie skorzystałem i nie zebrałem.




A to nieco starsze owocniki.



Trzeba uważać, żeby szukając grzybów nie wleźć w mrowisko.



Znów spotkałem padalca.



A to co? Jajeczka? Mikrogalasy?



Konwalia majowa owocuje.



Konwalijka dwulistna też.



A to nie wiem, za dużo jest podobnych roślin, trzeba by dosyć dokładnie przebadać różne cechy, żeby dobrze zidentyfikować.





A propos niedzieli z zakazem handlu, taką retroprasówkę mam akurat pod ręką. Jak widać sprawa handlu w niedziele to nie jest nowy temat, czasy się zmieniają, a niektóre rzeczy i problemy pozostają w gruncie rzeczy takie same... teraz Żabka, a kiedyś Żydzi. No cóż, według ich kalendarza siódmy dzień tygodnia, który się święci wypada w sobotę.

A w tym samym numerze był jeszcze jeden artykuł o handlu na Placu Mirowskim i w Halach Mirowskich, nieco obszerniejszy, dlatego nie wstawiam, tylko daję link do całości - 1938-04-04 Dzień Dobry!



Co prawda mowa tam o Placu Mirowskim i Halach Mirowski, ale z drugiej strony hal był Plac Żelaznej Bramy (mapka). Hala zachodnia miała odres Plac Mirowski 1, a wschodnia Plac Żelaznej Bramy 1. A dlaczego o tym wspominam? Bo na Placu za Żelazną Bramą praprababcia lavinki handlowała kwiatami z bibułki, które sama wyrabiała.



Takie bibułkowe kwiaty pojawiają się też w felietonach Wiecha - w jednym nawet były kupione właśnie na Placu za Żelazną Bramą. Poniżej odpowiednia fragment, a cały felieton o tutaj: "Najpiękniejsze kwiaty..." (jest to jeden z felietonów sądowych, znaleźć go można w zbiorze "Mąż za tysiąc złotych").

Oczywiście za Żelazną Bramą takich przekupek handlujących kwiatami z bibułki pewnie było więcej, ale dla nas jest oczywiste że kwiaty zostały kupione u babci Medzi.






  • dystans 6.31 km
  • czas 00:30
  • średnio 12.62 km/h
  • rower Srebrny Rower
  • Jazda na rowerze
współrowerzyści ma wycieczce:

Z Klu do Trzeciej Biblioteki

Czwartek, 16 sierpnia 2018 · dodano: 17.08.2018 | Komentarze 4

Kluska dopytuje się, kiedy otworzą po remoncie trzecią bibliotekę, tę obok jej przedszkola. Dokładnej daty nie znam, ale prawdopodobnie dopiero zimą... to za dłuuugoooo! Jak by powiedziała Kluska. Ale za to zaproponowałem, że w zamian pojedziemy do innej biblioteki - filii numer 3, poza tym to jest trzecia żyrardowska biblioteka do której się zapisała (a ponieważ teraz jest jedna karta na wszystkie placówki biblioteki miejskiej, zapisanie polega tylko na na aktywowaniu karty w danej filii).

Tutaj nie ma dużo pozycji dla dzieci, ale zawsze coś tam się znajdzie, tyle że trochę trzeba się przekopać przez książki na półkach, bo młodzieżowe i dziecięce są razem.



Martynka uczy się tańczyć... a nie, to tylko Kluska zwiedza bibliotekę.




Obok na wjeździe na osiedlowe uliczki jest jeszcze zachowana brukowa nawierzchnia, w większości kocie łby.



Następny postój - plac zabaw pod szkołą podstawową nr 2. Na starych zdjęciach można zobaczyć, że budynek był początkowo piętrowy, ale później został nadbudowany (widać to, jak się przyjrzeć cegłom na granicy pierwszego i drugiego piętra.




Nowa tablica wmurowana z okazji 125-lecia szkoły.



Jak czytałem propozycje komisji dekomunizacyjnej, to tam było min. żeby usunąć tablice poświęconą Pietrkowi i zastąpić inną na 125-lecie szkoły. Widziałem zdjęcia z uroczystości odsłonięcia nowej tablicy i myślałem tą starą usunięto, jak przejeżdżałem obok to jej nie widziałem, ale teraz widzę że przetrwała - po prostu jest nieco z boku i  nie rzuca się w oczy.

Z ciekawostek, moja mama wspomina że kiedyś była taka knajpa "Pietrek" (w budynku domu kultury, tam gdzie teraz "Tygielek") i że tam się chodziło min. na dyskoteki.



Przy okazji obejrzeliśmy sobie z Kluską mury szkolne - podmurówka z kamienia polnego, potem różnie ułożone cegły, no i niektóre cegły o specjalnych kształtach.




Jak słońce opanowało prawie cały plac zabaw, przenieśliśmy się do parku. Kluska - zdobywca najwyższej skałki!



Oczywiście oprócz zabawy na placu zabaw, poczytaliśmy te książki z biblioteki, a poza tym pograliśmy w gry - oto jedna z moich propozycji w grę BUG (więcej o moich wymyślonych rozgrywkach w BUGa piszę w tym wpisie).



"20 minut dziennie, codziennie"? Dzień wcześniej to my mieliśmy chyba "20 minut co godzinę", Klu miała wyjątkową fazę na czytanie książek, większość dnia na tym spędziliśmy - w domu, parku, na placu zabaw. A na fotce niżej już sama przegląda sobie książki (tutaj nie biblioteczne, tylko z domowego księgozbioru).



To skoro jesteśmy w tematyce książkowej, rozdział ze wspomnień Wiecha " Piąte przez dziesiąte" o tym jak wydał pierwszą książkę.

Pierwsza książka

W międzywojennych czasach wydać książkę nie było rzeczą łatwą. Toteż pierwszy zbiór moich felietonów, złożony z samych pyskówek i opatrzony tytułem „Znakiem tego...” odleżał się trochę, zanim znalazłem wydawcę. Zwróciłem się najpierw do ruchliwej, poważnej firmy Przeworskiego. Ale kierownik, pan Igrek, odpowiedział mi, że felietonów niżej Nowakowskiego Przeworski nie wydaje. Połknąłem pigułkę i wrzuciłem maszynopis do szuflady, niech leży. Jednak życzliwe dusze pomogły.
Miła moja koleżanka redakcyjna Karolina Beylin, stale współpracująca z taką potęgą wydawniczą jak przedwojenny „Rój”, powiedziała mi kiedyś:
- Wiesz, ja ci to załatwię.
Ale nie załatwiła. Władca „Roju”, Marian Kister, odpowiedział:
- Widzi pani, to są cukierki. Jeden cukierek każdy zje chętnie, ale torbę cukierków kto kupi?
No to lu maszynopis do szuflady. Ale ambicja ujrzenia własnych utworków w wydaniu książkowym nie dawała mi żyć. Postanowiłem sam zabawić się w wydawcę. Papier, druk itp. dostałem w prezencie od Domu Prasy. Książka się ukazała i poleciała jak szatan. W ciągu dwóch tygodni nie było śladu nawet pod ladami. I wtenczas zacząłem się odgrywać. Najpierw zgłosił się „Przeworski” za pośrednictwem pewnego dziennikarza, który mi oświadczył, że pan Igrek chce ze mną mówić.
- Drogi panie kolego, czy pan zna dobrze pana Igreka? - zapytałem.
- Doskonale.
- To niech mu pan powie, żeby mnie pocałował... - tu bardzo dokładnie określiłem miejsce, gdzie pocałunek ma zostać złożony. Drugi zgłosił się telefonicznie uroczy szaławiła Marian Kister. - Panie Wu, przyjdź pan do „Roju”, pogadamy.
- Po co, przecież pan cukierkami nie handluje?
- Jakimi cukierkami? Co za cukierki? Co ta Karolcia narozrabiała?
Jednak znudziło mi się być wydawcą i po następnym telefonie Kistera zgodziłem się oddać mu prawa druku dalszych wydań „Znakiem tego”. Było ich pięć. Potem z latami leciały dalsze książki, ale tę pierwszą wspomina się najmilej, zwłaszcza że były z nią związane wspaniałe bankiety. Drugie wydanie uczciliśmy z Kisterem w „Małej Ziemiańskiej”, gdzie mi postawił pół czarnej i wspaniałe ciastko z owocami, tak zwaną balijkę. Ale po trzecim wydawca zatelefonował do mnie:
- Przyjdź pan o pierwszej do „Roju”, musimy oblać sukces. Będzie Wańkowicz i jeszcze kilka osób.
Przyszedłem. Kister zajęty był na razie różnymi sprawami, ale kiedy skończył, przyszedł pan Melchior Wańkowicz z wypchaną teczką i zaczęła się uczta. W teczce było pełno zagranicznych magazynów oraz ćwiartka z czerwoną kartką i duża, gorąca, zatkana na dwa patyki kiszka kaszana. Biesiada nie trwała długo, ale był to na pewno najmilszy bankiet, w jakim brałem udział z okazji powodzenia książki. Zresztą kiszka pochodziła od Radzymińskiego z rogu Brackiej i Widok.
Przedwojennemu warszawiakowi to wystarczy, żeby się „każdy jeden” oblizał.



Poniżej reklamy książki "Znakiem tego" z jednego z czerwoniaków, a konkretnie " Dzień Dobry!" (redakcja znajdowała się we wspomnianym Domu Prasy):




Jeszcze z ciekawostek - przez pierwsze lata rubryka " Walery Wątróbka ma głos" nie była podpisana, aż któregoś dnia pojawiła się taka wzmianka, a później już widniał podpis "Wiech".


1936-12-06, Dzień Dobry!


  • dystans 5.65 km
  • czas 00:23
  • średnio 14.74 km/h
  • rower Srebrny Rower
  • Jazda na rowerze
współrowerzyści ma wycieczce:

Z Klu do biblioteki i ucieczka przed burzą

Wtorek, 14 sierpnia 2018 · dodano: 14.08.2018 | Komentarze 3

Dziś Klu rusza do biblioteki z nowym workiem, własnoręcznie pokolorowanym (to był taki specjalny worek do kolorowania flamastrami).  A w worki książki do/z biblioteki (te mniejsze, bo i worek nieduży).



Chciałem dziś tylko do jednej biblioteki podskoczyć, a do drugiej za dwa-trzy dni... ale jak Klu się dowiedziała, to zaprotestowała i wymogła żeby jechać do obydwu za jednym zamachem jak zwykle. No dobra. Jak wychodziliśmy z centrali na Mostowej, to zaczęło kropić, ale na szczęście szybko przeszło, bo chmura nas tylko brzegiem zahaczyła. A potem tradycyjnie na rozwałkę w parku, tu chyba solidniej padało, ławkę trzeba było przetrzeć ręcznikiem - na szczęście miałem ze sobą, z Kluską nawet na wypad na miasto, trzeba się przygotować jak na wojnę i zabrać mnóstwo różnych bambetli.

Drugie śniadanie, czyli kawa (zbożowa z mlekiem) i kajzerka.



Ledwie przeczytaliśmy jedną książeczkę, a już trzeba było się zbierać i uciekać przed kolejną chmurą, która pojawiła się na horyzoncie i raz czy dwa nawet grzmotnęło. Ponieważ uciekaliśmy w tę samą stronę, w którą szły chmury, to bez pośpiechu zdążyliśmy przed ulewą (tym razem porządną).




No cóż, zwykle większość książeczek zdążymy przeczytać jeszcze w parku, ale tym razem się nie udało. A znów wypożyczyliśmy cały stosik.



Poza tym wzięliśmy dwie gry - "Podwodne królestwo", czyli dosyć prosta planszówka, pionki poruszają się dookoła planszy, a na kolejnych polach dostaje się perełki, czeka kolejkę, dostaje dodatkowy rzut kostką, albo można za perełki kupić przedmioty (karty przedmiotów są w czterech kolorach i trzeba zebrać cztery, każdy w innym kolorze).

Dla Kluski to gra jest wręcz zbyt łatwa (na pudełku oznaczona od 4 lat), ale jako urozmaicenie na jedną, czy dwie partyjki w sam raz. Powiększenia poniższych planszy po kliknięciu w fotkę.

Edit: chyba Klusce ta gra się spodobała, bo jeszcze zaciągnęła koleżankę z podwórka na partyjkę.



Druga dużo trudniejsza - "Bug", oznaczona od 6 lat, ale moim zdaniem proponowane dwa warianty gry są nieco za trudne dla sześciolatków. Każda karta ma na awersie kilka różnych owadów w różnych kolorach, a a na rewersie jakieś pytanie (np. ile jest much, owadów niebieskich itp.).  Wykłada się kolejno trzy karty i trzeba zapamiętać co na nich było, bo są potem zasłaniane i wyłożone pytanie o ilość określonych owadó, a swoje odpowiedzi gracze zaznaczają żetonami na specjalnej planszy.

Druga wersja gry jest dwuosobowa, jeden gracz znów wykłada trzy karty, ale potem wybiera jedną i odwraca ją na pytanie, a ten drugi ma na nie odpowiedzieć.

My graliśmy więc w wersję uproszczoną (często musieliśmy w niektórych planszówkach modyfikować zasady by nieco uprościć),  wykładając i odwracając tylko jedną kartę, a i tak było dosyć trudno (pozwalałem Klu jeszcze szybko zerknąć na awers z owadami). Spróbujemy jeszcze grać w trzy otwarte karty, żeby po prostu policzyć ile jest na nich odpowiednich owadów, co będzie chyba dla Klu zbyt łatwe, ale ona lubi takie rzeczy, więc może się spodoba. Może jeszcze wymyślimy jak wykorzystać te karty do gry, bo gra ma potencjał.




Edit: rzeczywiście gra w otwarte karty i po prostu liczenie odpowiednich owadów było bardziej na poziomie Kluski, zwłaszcza te nieco trudniejsze zadanie, bo policzyć owady w danym kolorze to łatwizna.

Poza tym wymyśliłem kolejną grę z zastosowaniem tych kart. Każdy otrzymuje trzy karty, wykładamy kartę pytania - na fotce poniżej "ile jest pomarańczowych owadów", wykładamy na środek kartę na której jest najwięcej owadów spełniających kryteria pytania (tu pomarańczowych), "lewę" zgarnia ten który ma więcej danych owadów (tutaj karta Kluski z czterema pomarańczowymi).

Potem każdy gracz otrzymuje po jednej karcie, by znów mieć trzy, jak jest remi to karty wyłożone wracają po prostu z powrotem na rękę. Ponieważ kart do takiej rozgrywki nie ma zbyt dużo, to utylizujemy te z kupki zadanych pytań i dajemy je graczom na rękę stroną z owadami. No i wygrywa ten kto zdobył więcej lew.



Jak Klu nie było, wypożyczyliśmy sobie min. grę "Ogródek", gra od 8 lat i faktycznie dla Klu by była chyba zbyt skomplikowana, choć pewnie dałoby się uprościć zasady tak by skupić się na samym układaniu rabatek na grządce, rezygnując z różnych dodatkowych elementów i zasad. Póki co zagraliśmy tylko z lavinką



No cóż, teraz na rynku jest zatrzęsienie różnych planszówek, gier karcianych, kościanych itp. korzystamy więc chętnie z zasobów biblioteki w tym zakresie, bo fortunę by można na nie wydać, a choć w niektóre są rewelacyjne i można faktycznie w nie grać wielokrotnie, to część jest na raz lub dwa, a niektóre w ogóle okazują się niewypałami, choć początkowo wyglądają zachęcająco.


  • dystans 44.96 km
  • 10.30 km terenu
  • czas 02:47
  • średnio 16.15 km/h
  • rekord 34.80 km/h
  • rower Wrześniowy Rower
  • Jazda na rowerze

Wysyp kurek

Niedziela, 12 sierpnia 2018 · dodano: 13.08.2018 | Komentarze 7

- 504 kurki

poza tym z grzybów jadalnych znalazłem 3 robaczywe prawdziwki, trochę czubajek (muchomor rdzawobrązowy), muchomory czerwieniejące, gołąbki... za to nie było już wcale zajączków i kań, których nie ma od jakiegoś już czasu. W tym roku nie znalazłem jeszcze żadnego maślaka, podgrzybka brunatnego, czy kozaka.

A było tak - korzystając z chłodniejszego dnia, pojechałem do lasu (ochłodziło się po wczorajszych deszczach - padało wczoraj do południa, a potem w nocy). Dojazd z silnym wiatrem w pysk, toteż się zmachałem, ale przynajmniej ładnie chłodził, bo słońce od rana przypiekało. W ogóle cały dzień słoneczny, na szczęście w cieniu była przyjemna temperatura, ale jak się połaziło po lesie, trafiając na plamy słońca, to trochę można było spłynąć potem (wiatr w lesie był słabo odczuwalny). Las był wilgotny po nocnych opadach i do tego dużo komarów.

Jak widać z zestawienia, zebrałem tylko kurki, ale za to dużo i nie narzekam bo właśnie na kurkach mi najbardziej zależało... no, gdyby jeszcze kanie się trafiły, ale te tylko raz w lipcu trafiłem. W większości kurki były małe i średnie, dużych prawie nie było, no i sporo maleństw za małych na zbieranie.






A między kurkami... chyba padalec. Najpierw wykluczyłem żmiję i odetchnąłem, potem wykluczyłem zaskrońca, następnie wykluczyłem (choć nie na 100%) wszystkie pozostałe występujące u nas węże - miedziankę (gniewosz plamisty), węża eskulapa i pytona. Pozostała więc jaszczurka.



Prawdziwki już tylko trzy, a w dodatku kompletnie robaczywe. Coś tam z brzegów kapeluszy może by się wykroiło, ale i tak by było za mało, więc dałem sobie spokój.




Trochę niedużych czubajek też trafiłem, może parę łebków bym zebrał by dorzucić do innych grzybów... ale nie miałem tych innych grzybów (kurek nie licze, bo te idą osobno na patelnię).




Gołąbek jakiś, pytanie czy jadalny, a poza tym i tak pewnie robaczywy



Muchomorek, być może czerwieniejący.



A tem muchomor to chyba sromotnikowy.



Inne grzybki






A poza trzmielina



Dereń świdwa



Trawy spalone słońcem



Jak już obleciałem z grubsza miejscówki, postanowiłem że poczekam aż słońce się zniży i spróbuję jeszcze nazbierać jeżyn. Chciałem posiedzieć w zacienionym lesie i poczytać wiecha, ale komary mi żyć nie dały, więc w końcu odpuściłem i się zwinąłem.  Na szczęście część krzaków jeżyn była w lekkim cieniu, próbowałem też podejścia do tych na słońcu, jednak szybko zrezygnowałem bo za gorąco. Mimo to zebrałem wystarczająco owoców... ale tak na oko jeżyny już się w zasadzie kończą (w połowie sierpnia!).



Z powrotem wiatr był niestety bardzo słaby, na dodatek zaczął kręcić o pod samym Żyrkiem nawet przeszkadzał.

Dziś tylko dwa króciutkie cytaty z Walerego Watróbki, ze zbiorku "Śmiech śmiechem" (a żart żartem), które mnie rozbawiły w cieniu pod świdośliwą.






  • dystans 41.10 km
  • 6.50 km terenu
  • czas 02:21
  • średnio 17.49 km/h
  • rekord 34.60 km/h
  • rower Wrześniowy Rower
  • Jazda na rowerze

Kurki, prawdziwki i jeżyny

Poniedziałek, 6 sierpnia 2018 · dodano: 10.08.2018 | Komentarze 4

- 192 kurki
- 10 całych prawdziwków, 6 fragmentów kapeluszy (po jakieś 50-75% po wykrojeniu)
- 1 czubajka (muchomor rdzawobrązowy)
- 1 zajączek

Korzystając z najchłodniejszego jak do tej pory dnia sierpnia, wyskoczyłem zobaczyć jak tam sytuacja na odcinku grzybowym. Dojazd w przypiekającym słońcu, natomiast wiatr w pysk z jednej strony przeszkadzał, a z drugiej chłodził. Na szczęście w lesie już naszły chmury i przez większość czasu zasłaniały słońce, raz nawet przez jakiś czas padało.



Po porażce w jednym miejsc jeżynowych, postanowiłem sprawdzić parę krzaków rosnących w lesie przy drodze na dojeździe na miejscówki kurkowe, wcześniej już widziałem że są, więc liczyłem na te leśne jeżyny. I nie zawiodłem się, zebrałem nieco więcej niż się spodziewałem.




Owoców kruszyny pospolitej nie zbierałem, bo są trujące.



Kurek było znacznie więcej niż ostatnio, także udało mi się sporo zebrać... no, z tej okolicy zdarza mi się nawet dwa trzy razy tyle zebrać, więc wynik nie jest rekordowy, ale zadowalający.






Prawdziwków było nieco mniej, ale za to także mniej robaczywe, więc ostatecznie udało mi się nieco więcej uzbierać. Tak to było na sztuki, bo masowo było sporo więcej, może nawet trzy razy tyle, albo i lepiej, a to dlatego że większość była z ogonkami, no i nieco większe udało się uzbierać, w tym dwa całkiem duże.




Zajączków tym razem praktycznie w ogóle nie było, ale nie płakałem z tego powodu, bo one i tak w wiekszości są robaczywe latem. Znalazłem tylko jednego maciupciego i to o dziwo dobrego, więc go symbolicznie zebrałem.



Była też niewielka ilośc muchomorów rdzawobrązowych (czubajek), ale one są delikatne i się łamią w transporcie, zebrałem tylko symbolicznie jeden nierozwinięty czubek.



Inne muchomorki, niektóre chyba nawet jadalne




Muchomor zielonawy, powszechniej znany jako sromotnikowy



Ale wracając do jadalnych grzybów - znalazłem ze dwa lejkowce dęte (ale nie zbierałem)



Trafić też można było na jadalne i niejadalne surojadki (gołąbki), ale ich nie zbieram... zresztą przy takiej pogodzie zwykle i tak są robaczywe.



Kwitnące mimozy ściągają przeróżne owady




Zakwitły też wrzosy



Na drogę powrotną znów wyszło słońce, chmury rozsunęły się gdzieś na boki... za to wiatr tym razem pomagał.



Zaraz potem wróciły upalne dni, więc z tej okazji nieco bardzo gorącej retroprasówki (za prawdziwość wszystkich informacji nie ręczę - bądź co bądź to prasa brukowa) - 8 i 11 lipca 1936, Dzień Dobry!,






Jak niektórym przygrzało, to nie wystarczało nad ocean uciec,  tylko na ocean ruszyli.



Następny weekend zapowiada się znów chłodniejszy... a co dalej zobaczymy.


  • dystans 18.01 km
  • 7.00 km terenu
  • czas 01:11
  • średnio 15.22 km/h
  • rower Wrześniowy Rower
  • Jazda na rowerze
współrowerzyści ma wycieczce:

Poranny wypad na jeżyny

Niedziela, 5 sierpnia 2018 · dodano: 08.08.2018 | Komentarze 2

Rano przeszła ulewa i był przyjemny chłodek, niestety wkrótce zaczęło wychodzić słońce i coraz bardziej przygrzewało... korzystając że rano było jeszcze znośnie wyskoczyliśmy z lavinką na jeżyny. Pierwsze były już 2,5 tygodnia temu, potem nie bardzo miałem czas tu podskoczyć, bo albo był upał, albo lało, a jak już się wybrałem, to na jagody albo grzyby.

No i teraz okazało się, że bryndza. Jeżyn jak na lekarstwo i drobne... coś tam kontrolnie uzbieraliśmy, ale niewiele.  Przy czym to były krzaki w bardzo nasłonecznionym miejscu, pojawiły się wcześnie, a potem w tym upale takie bdziny rosły.




Natomiast w pobliżu kilka krzaczków, które były bardziej zacienione miały ładne, duże owoce. Dla odmiany jeszcze w większości niedojrzałe, tylko troszkę udało się dozbierać.




Z cyklu "kwiatek dnia" - to mi wygląda na krwawnicę pospolitą (nie mylić z krwawnikiem pospolitym).




Jakaś rowerowa retroprasówka nie zaszkodzi... no, to chyba Walerek zasuwa na tym rowerze!


1934-06-10 Dzień Dobry !

No to może o tym jak Walerek był wojsku na ćwiczeniach rezerwistów... nie będę się dzisiaj produkował, bo nic takiego nie mam w zanadrzu, zatem tylko oryginalny Wiech. Cztery felietony z pułku, plus dwa przed i po. Trochę mało, szkoda że Wiech nie napisał całej książki (albo przynajmniej dłuższej serii felietonów) pt. "Przygody dzielnego wojaka Walerego Wątróbki podczas wojny światowej, bolszewickiej i po nich".



Ale dobre i to, zatem poniżej sześć felietonów, życzę przyjemnej lektury:
- 1934-08-19 Dzień Dobry!
- 1934-08-26 Dzień Dobry!
- 1934-09-02 Dzień Dobry!
- 1934-09-09 Dzień Dobry!
- 1934-09-16 Dzień Dobry!
- 1934-09-23 Dzień Dobry!
 


  • dystans 30.70 km
  • czas 01:55
  • średnio 16.02 km/h
  • rower Srebrny Rower
  • Jazda na rowerze

Walerek na upały (po mieście x5)

Piątek, 3 sierpnia 2018 · dodano: 03.08.2018 | Komentarze 3

Czyli dla ochłody kolejny kawałek à la Wiech.

Ale na  początek jeszcze coś z prawdziwego Wiecha, czyli jak Walerek zażywał przed wojną wszelakich kąpieli... ten drugi kawałek jest o tyle ciekawy, że ten fragment (dłuższy lub krótszy) z kąpielą czytałem w kilku felietonach w różnym kontekście:
- o kąpieli słonecznej - 1933-07-30 Dzień Dobry!
- o kąpieli klasycznej - 1934-05-13 Dzień Dobry!

Ale i po wojnie szwagier na Poniatówce z kubełkiem się kąpał - "Na ten upał" (str. 1, str. 2 i 3 ze zbioru "A to ci polka!")


wiadomości bieżące - 1937-06-14 Dzień Dobry!


Czwarty miesiąc lata

Detalicznie nie wiem, które miasto było ostatnio najgorętsze w Europie, ale Warszawa z pewnością na podium, albo tuż za nim, bo konkurencja spora. Chciałem Wam Drogie Czytelniki gadkie na jaki poważny temat zasunąć, ale w tem ukropie mózg się lasuje, człowiek pomyślunku nie ma, totyż pobarłożę wam dzisiaj tylko o upale.

Gienia na letniaki nad wodę wyjechała, a ja zostałem mieszkania pilnować, żeby jakie łachudry nam czego z niego nie nawalili, najbardziej mnie się rozchodziło o wiśniową nalewkie na pestkach. A temczasem upał spadł na nasz jak wielkie nieszczęście, w dzień ulice zamieniają się w piekarnik i asfalt zaczyna spływać do Wisły, nawet lewego kamasza w niem straciłem, bo mi ugrzązł podczas przechodzenia po pasach, a i tak dobrze że zdążyłem dać dyla z tej pułapki zanim mnie całego wciągła. Totyż za nietoperzaka teraz robię, znaczy nocne życie uskuteczniam. Zresztą nie tylko ja, w dzień pustki na tretuarach, a jak kto już wyjdzie, to przebiega po niem truchcikiem, żeby odcisków sobie nie poparzyć. Natomiast po zachodzie tego piekielnego słońca ciężko się przepchnąć, a do knajpy nawet szpilki nie wciśniesz.

Ale po nocy nastaje dzień i trzeba się wyspać. Początkowo w domu nie było źle, bo grube, przedwojenne mury chłód jeszcze z zimy trzymały, ale lato trwa już czwarty miesiąc totyż zdążyły się nagrzać. Człowiek do gołego rozebrany leży i spać nie daje rady bo za gorąco, a zdjąć nic więcej nie może, chyba żeby skórę spróbować? Chciałem się z łózka przenieść do wanny, zimnej wody nalać - nie za dużo, żeby się przypadkiem nie utopić, ot tyle co by chłodziła pierwszą krzyżową. Szybko wskoczyłem, i jeszcze szybciej z tej wanny wyskoczyłem, bo woda gorąca. Już myślałem, że kurki pomyliłem, ale nie, bo zarówno z czerwonego, jak i z niebieskiego ukrop leci. Widać rury płytko wkopane i woda się w nich nagrzała. Wicherek już od tygodnia mówi, że dziś jest najgorętszy dzień w tem roku i zapowiada deszcz... na jutro. Dzisiaj też zapowiada, że jutro ma padać, tylko my ciągle po uszy tkwimy we "wczoraj" i nijak tego jutra nie możem dogonić.

Poszłem więc po rozum do głowy i wykompinowałem, ze teraz w lokalach klimatyzacja jest zamontowana, znaczy takie urządzenie do zmiany klimatu - na zewnątrz Afryka, a w środku Arktyka. Udałem się więc do baru na rogu, zamówiłem zimne jasne z wianuszkiem i wygondoliłem duszkiem, bo mnie w gardle zaschło niemożebnie zaniem tam doszłem. Sen mnie zaraz zmorzył, ale zaraz mnie budzi kielnerka z pytaniem czy coś jeszcze zamawiam, no to zamówiłem dolewkie i od razu kima. Jednakowoż nie tylko ja szukałem tu schronienia przed straszliwem skwarem, tłoczno się zrobiło i ze snu wyrwało mnie jakoweś chrząkanie i letkie trącanie w krzesło. Patrzę naobkoło, wszystkie miejsca zajęte, a obok stoją młodziaki i pytają czy można się dosiąść. Kulturalnem i towarzysko oblatanem człowiekiem jestem, to rzecz jasna że się zgodziłem i próbuję wrócić do przerwanego zajęcia, a te żłoby niemyte salonowego obycia nie mają i zaraz nad uchem głośne gadkie mnie zasuwają.

Powiedziałbym im co o tym myślę i uskutecznił pogadankie o towarzyskiem przepisie salonowym, ale po pierwsze primo śpiący byłem i nic mnie się nie chciało, a po drugie sekunde widzę że tutaj odpoczynku nie zaznam, znakiem tego trzeba szukać innej meliny. Wyszedłem więc i jak sztamajzą zza winkla w ciemię dostałem żarem z jasnego nieba. Myśl Walerek szybko, bo zaraz z ciebie skwarka zostanie, no i wymyśliłem, że się udam do schronu atomowego, który nam parę lat temu nazad do Wileńszczaka dociągli, znaczy do metra się schowam, bo jak sama nazwa wskazuje, ładnych parę metrów jest pod ziemią, totyż chic przyjemny tam panuje. Zaraz się rozłożyłem na krzesełku i w try miga się udałem na łono Morfeuszaka. Ale ochrona wkrótce się mną zainteresowała, to pokazałem jem bilet miesięczny, powiedziałem że czekam na szwagra i nie, nie wiem kiedy przyjedzie, miał być pół godziny temu. Na chwilę się odczepili, ale potem znów zaczęli mnie dokuczać. Legalnie tu byłem, więc ruszyć mnie nie mogli, tylko co chwila mnie szturchali, budzili że to, że tamto, że owo. No to się wkurzyłem i wsiadłem w pociąg.

O, tutaj łapało się komara prima sort, zwłaszcza jak przesiadłem się do poprzecznej, dłuższej linii, tylko na końcowych stacjach musiałem wysiadać, ale raz się udało, przegapili mnie i w wagoniku do następnego kursu przekimałem. Jednakowoż zmęczyły mnie te ciągłe pobudki i przesiadki, ale przypomniałem sobie, że tramwaje także samo teraz w arktyczne powietrze są wyposażone, no to zaiwaniam po schodach do wyjścia i jak się nie wygrużę na jakimś potykaczu, to zaraz na pysk się sturlałem z powrotemna peron, Pozbierałem się jakoś i tym razem uważałem na różne listewki pod nogami, z powrotem na górę i w Dwójkie. Tramwaj taki więcej draczny, bo na dwie strony drzwi posiada, a to dlatego że na pętli nie zawraca, tylko z powrotem rakiem zasuwa. Motorniczy jak się dowiedział co i jak, to pozwolił mnie drzemać z tyłu i nie budził, równy chłop, szkoda mrugać, są jeszcze porządni ludzie na tem świecie. Tak więc zasuwaliśmy w te i nazad przez Most Północy, czy raczej imienia Zgrupowania Skłodowsko-Nalibockiego AK ps. Kuria z d. Maria dwojga imion Salomea herbu Dołęga... czy jakoś w ten deseń, bo detalicznie nie pamiętam. W końcu motorniczy musiał zjechać na fajrant, a mnie w następnem kursie trafił się chomąciak nieużyty, któremu przetłomaczyć się nijak nie dało i za każdem nawrotem mnie budził. Przesiadłem się więc na dłuższe linie, ale wszystkie spieszą się nie wiadomo gdzie i niewiele dłużej niż metro jeżdżą, w Czwórce najlepiej się spało, bo ponad godzinę zaczem całe trasę przejechała. Jakoś przebiedowałem i jako tako odpocząłem do wieczora

Następnego dnia wracam do domu o poranku, patrzę w niebo, a tam psiakrew błękit bez żadnej chmurki i słońce zaczyna mnie piegi przypalać. Wypiłem śniadanie, zagryzłem ogóreczkiem mało solonym, bo na takie pogode najlepszą zagrychą jest świeże warzywo, no i postanowiłem spróbować jazdy koleją. Zakupiłem bilet do Radomia, bo czytałem że na tej trasie trwa remont i są niemożebne spóźnienia. Wjechał Radom, już wsiadam do środka, ale sporutowałem co to za pociąg i zatrzymałem w pół kroku, bo zamiast luxtorpedy wjechał stary skład. O nie Walerek, w tem pociągu ugotujesz się musowo we własnem osobistem sosie. Wtem zagwizdali odjazd i konduktor krzyknął "Proszę wsiadać, drzwi zamykać", a ja zaczem krok w tył dać, odruchowo wskoczyłem do środka. Rozglądam się i oczom nie wierzę - siedzenia nie plastikowe, lecz nowe, miękkie, zielone w żółty rzucik, a do tego zagłówek, takżesamo mroźny wicherek z sufitu idzie. Dobra, spróbuję, jak będzie źle to jeszcze w Warszawie zdążę wysiąść. Ale nie, kimało się prima sort do samego Radomia, trzy godziny z hakiem. Dwa takie kursy w te i w tamte, to w pociągu wieczora można doczekać.

Tak sobie też myślę, że ratusz obwodową linię metra, albo chociaż tramwajową lub kolejową wybudować powinien, gdzie oszronione wagoniki w kółko by zasuwali i to sypialniane lub kuszetkowe, żeby Warszawiaki w najgorszy gorąc mieli się gdzie przekimać w godziwych warunkach. Dobry pomysł? Wiadomo że tak! Jutro go zgłaszam do budżetu prencypialno-ten-tego.



rys. Jan Młodożeniec (ze zbioru "Śmiech śmiechem")


Inne kawałki z tej serii we wpisach:
- Ogniem i sikawką
oraz z serii "Letniaki w Żerardowie"
- Luxtorpeda Mazowiecka i Wczasy pod topolą
- Muchomory w sosie komarowem
- Podróż dwupiętrową kamienicą

Ponadto trochę o tym jak Wiech odwiedził Żyrardów:
- Wiech w i o Żyrardowie


  • dystans 50.38 km
  • 10.20 km terenu
  • czas 03:06
  • średnio 16.25 km/h
  • rekord 36.70 km/h
  • rower Wrześniowy Rower
  • Jazda na rowerze

Za gorąco na grzyby

Sobota, 28 lipca 2018 · dodano: 30.07.2018 | Komentarze 10

- 32 kurki
- 12,5 prawdziwka (2 całe, 2 z połową ogonka, reszta same kapelusze)
- ponadto z grzybów, których dziś nie zbierałem, a są jadalne -  pojedyncze czubajki, purchawki, surojadki, zajączki (robaczywe) i sporo muchomorów czerwieniejących

Gdyby nie grzyby, to bym chyba dziś nosa z domu nie wyściubił, ale twierdziłem że dla kań i kurek jakoś się przemęczę. Ruszyłem skoroświt, znaczy o 7:30 żeby korzystając jeszcze z porannego chłodu dotrzeć do lasu... w cieniu owszem przyjemnie, ale od rana ani chmurki i słońce z każdą coraz bardziej przypiekało. Na popołudnie zapowiadali jakieś deszcze, więc liczyłem się z tym, że nie tylko będę zlany potem, ale też solidnie deszczówką, miałem za to nadzieję że przynajmniej sporo chmur będzie na powrót.

Niech mottem na dzisiejszy dzień będzie ten cytat z Walerka:



Myślicie, że trochę przesadziłem opisując żyrardowskie drogi rowerowe we "Wczasach pod wierzbą"? No to patrzcie jaki skate park nam właśnie budują:



Żyrardów bardzo długo tkwił w epoce kostki gładzonej, teraz co prawda ktoś wynalazł asfalt, ale drogowcy tęgo główkują i kombinują co by tu zrobić żeby uprzykrzyć życie rowerzystom, a ponadto jak zrobić, żeby przynajmniej 50% nawierzchni nadal była kostkowa).

Jeszcze nie ukończyli i nie oddali do użytku, a już ktoś skosił jeden ze znaków... a może to sami drogowcy nie zauważyli, bo to zdolniachy są pierwszej wody.



Ale zajmijmy się rzeczami przyjemniejszymi - kurki owszem było, choć niedużo. Widziałem wszędzie, nawet w tych rzadziej odwiedzanych przez grzybiarzy miejscówkach, że ktoś się przeszedł (może nie dziś, ale wczoraj, czy przedwczoraj), bo walały się robaczywe ogonki i kapelusze. Być może część kurek została wyzbierana i dlatego zbiór taki sobie, a nie że tylko tyle urosło.

Kani nie znalazłem żadnej, no cóż, to też może być efekt wyzbierania.





Malutkie kurki rosną, tak więc to nie koniec, ale nie wiem czy w taki upał będzie mi się jeszcze chciało jechać.



Jeśli chodzi o owoce, to jest generalnie urodzaj, jak widać także w przypadku żołędzi... całe mnóstwo leżało pod dębami i cały czas spadały, raz omal w globus nie zarobiłem.



Za to prawdziwki były - większe raczej wyzbierane, bo walały się wspomniane robaczywe resztki. A te starsze co się ostały, to w 100% były robaczywe... no cóż, przy takiej pogodzie grzyby robaczywieją na potęgę.




Tylko te młodsze dało się zbierać, a i tak prawie wszystkie miały robaczywe ogonki, a niektóre także kapelusze. W sumie wszystkich borowików, wliczając te robaczywe znalazłem ze dwa razy więcej.





Zajączków parę trafiłem, kontrolnie ze dwa ładniejsze sprawdziłem, ale były kompletnie robaczywe. Generalnie zajączki jest sens zbierać jesienią, bo latem,  to są w większości robaczywe lub zapleśniałe, a jak jest jeszcze tak ciepło, to praktycznie wszystkie. Poza tym są małe i człowiek nazbiera się jak głupi, a ma tyle co kot napłakał.



Goryczak w pniu



Było też kilka czubajek



A także sporo muchomorów czerwieniejących. Niby są one jadalne, ale muchomorów zasadniczo nie zbieram (poza rdzawobrązowym, znaczy czubajką), bo jak na mój gust zbyt  łatwo je pomylić z tymi trującymi. A młode to już w ogóle - ten na drugim zdjęcoi obstawiam że też czerwieniejący, ale głowy bym nie dał.




Wreszcie naszły chmury i nawet zaczęło całkiem intensywnie padać. Jak przestało zebrałem się, ale niestety wkrótce wyszło słońce i skwar się zrobił potworny. Chmury owszem były, ale niezbyt dużo i niestety nie nade mną... nawet jak zaczął kropić deszcz, to słońce cały czas lekko już z boku przypiekało zdrowo.



Tarnina też oblepiona owocami... prawie się upiekłem zatrzymując się na drodze i  robiąc te zdjęcie, jak się jedzie, to jednak jakiś powiew jest.



Polska - kraina wałków. Ponadto z podobny haseł podoba mi się - kraj kwitnącej cebuli.



Postanowiłem zrobić postój w krużgankach w Miedniewicach, żeby nieco wystygnąć.






I tak na raty, kolejny postój na terenie cegielni Wiskitki... a właściwie nad gliniankami, bo cegielni już dawno nie ma.



Wściekły ptak, nie dziwię się... w taki upał.




Z cyklu "Sławni Żyrardowiacy". Co prawda ten nie jest rodowity, a flancowany z greckiej prowincji, ale niech mu tam będzie (retroprasówka 1933-06-15, Dzien Dobry!)



  • dystans 72.03 km
  • 0.50 km terenu
  • czas 04:41
  • średnio 15.38 km/h
  • rower Srebrny Rower
  • Jazda na rowerze

Walery Wątróbka rusza na odsiecz (po mieście x12)

Czwartek, 26 lipca 2018 · dodano: 28.07.2018 | Komentarze 4

Ostatnio strażacy byli na czasie, można nawet  powiedzieć, że był to gorący temat.Oto jak o przedwojennej straży pożarnej pisał Walerek ("Straż Mirowska" ze zbioru "Szafa gra"). A tu żyrardowscy strażacy wyruszają z koszar... bo tu kiedyś były koszary kozaków, choć budynki się nie zachowały.



Co do pożarów, to taka retroprasówka, doskonale podsumowująca. I cóż, że nie ze Szwecji (1934-06-03, Dzień Dobry!)



Ze Szwedami Walerek też miał doświadczenia i przed wojną (1937-06-28 Dzien Dobry!)  i po wojnie ("Nie dajmy się zagiąć" - str. 1 i 2, str. 3 ze zbioru "A to ci polka!").

A skoro jednogłośnie zdecydowaliście, że chcecie poczytać o Walerku gaszącym pożary w Szwecji (znaczy jednym głosem lavinki), to proszę bardzo, jechał Walerek przed wojną ratować Abisynię? (1935-08-25 Dzien Dobry!) Jechał, no to teraz jedziemy z kolejnym kawałkiem a' la Wiech, a Walerek do Szwecji:



Ogniem i sikawką

Głośno ostatnio o naszych strażakach, którzy pojechali Szwedziakom Potop zrobić. Nie chodzi to o rewanż sprzed paru setek lat, ale o to że będą ich ratować od klęski ognia i popiołu. Miło było patrzeć jak czerwoną kolumną zasuwają do mokrej roboty, chociaż już tego fasonu co przed wojną nie mają, jak gazowali z trąbieniem przez miasto i błyyskali wyglansowanymi mosiężnymi czapkami, to dopiero było na co popatrzyć.

Ale i tak z tych emocji usiedzieć w domu nie mogłem, totyż postanowiłem również z odsieczą wyruszyć na północ. Zwłaszcza że początek lata był u nasz mocno deszczowy, to teraz będzie okazja fest się opalić. A musicie wiedzieć, że ja za honorowego rycerza świętego Floriana jestem, niejeden raz do rana gazowałem "Pod strażakiem" koło mirowskich koszar straży ogniowej. Namówiłem więc szwagra, który również jest również pierwszem fachowcem w robocie ogniowej, parę lat temu nazad robił za pomocnika malarza, gdy był remont remizy. Szykujemy się więc oba cwaj do podróży, a tu Gienia zaczyna cholerować, że w żadnym razie nas nie puści, bo Szwedziaki swego czasu z ichnim Orbisem przyjechali do nas większą wycieczką na kolubrynach i tak zwiedzali kraj wzdłuż i wszeż, że po tej awanturze wszyscy rodacy z podbitymi ślipkami chodzili i żadna cała szyba się w Polsce nie ostała.

Swoją rację małżonka ma, ale przetłomaczyłem jej, że po pierwsze primo Kmicic sam jeden jem w końcu kota pogonił i takie knoty dostali, że nawiewali aż się kurzyło i od tej pory dwa razy się zastanowią nim się w Polskie zapuszczą. A po drugie sekunde sąsiadamy jesteśmy, więc to normalne że od czasu do czasu jakieś mordobicie odchodzi. Jak na przykład Gienia ze Skubliszewską się czasami za loki wezmą, to potem przez tydzień poobijane chodzą, ale potem znowu są najlepsze psiapsiółki. Mało tego, trzeba wiedzieć że wtedy za kuzynów byliśmy, bo jak raz i u nasz na tronie Szwedziak siedział, a w rodzinie to jeszcze gorsze awantury. Nieraz jak ze szwagrem mocno podkropione późno do domu wracami, to bywa że Gienia tak nas w ciemię talerzem, albo pogrzebaczem pizdnie, to tydzień albo półtora w łóżkach musiem się kurować. A Gienia jest w rzucie zastawą stołową pierwsza sportówka i na Olempiadzie może startować, także samo pogrzebaczem, wałkiem, czy inszym tłuczkiem prima sort fechtuje.

Ale wracając do Szwedziaków, to jeszcze trzeba pamiętać że dzięki niem Warszawa jest teraz za stołeczne miasto. Bo jak spojrzycie na ten słup przed zamkiem, to na górze nie sterczy jakiś taternik, co krzyża na Giewoncie się trzyma by nie zlecieć na pysk, tylko król Zegmont z pałaszem. Pomnik ten warszawscy rodacy mu wystawili, bo gdyby nie on, to Warszawa byłaby dzisiaj za jakiś Grójec, albo inny Parzęczew, a było to tak: wybory na króla się na Woli odbywali i za jednego z kandydatów był tenże Zygmuś, któren specjalnie ze Szwecji tu przyjechał, bo mu się widziała ta fucha. Kupa narodu się tu zjechała, kwater zabrakło, to ludziska w namiotach po ulicach spali, Zyzuś zaś ich tak zatrajlował, że koniec końców za króla się został. Pojechał więc do królewskiego M4 w Krakowie, ale stamtąd do rodziny w Szwecji daleko, kilka tygodni parowcami po Wiśle, a potem jeszcze po Bałtyku musiał zasuwać, zeby do stryja na imieniny przyjechać. A jak już dotarł, to okazywało się że za późno na ochlaj i koryto, bo goście wszystko wtrąbili. A jak mu się jeszcze chałupa w Krakowie sfajczyła, to powiedział:
- Chromolę, nie odbuduję tego Wawla, bo w cholerę stąd wszędzie daleko. Zasuwam do Warszawy, bo tam widzę że polskie króle nielichą chałupę mają, do której na letniaki przyjeżdżają. Nada się, tylko fest piec się obstaluje przed zimą, graty i służbę sprowadzi, to i cały rok się tu wytrzymie.

- Tak więc miłościo moja konsystorko i cywilna - kończę pogadankie historyczne - było nie było, jadziemy utrzymywać stosunki dobrosąsiedzkie...
- Ja ci dam stosunki zbereźniku jeden! Szwedki jedziesz podszczywać - i lu mnie z zaskoczenia, ażem się kopytami nakrył. Dopiero jak mnie zamroczenie minęło, żem jej przetłumaczył zawiłości języka ojczystego, ale i tak krzywo na mnie patrzyła i klątwy mruczała pod nosem.

Ze szwagroszczakiem szybko sie spakowaliśmy, zabraliśmy skrzynkie czystej i półliterek gorzkiej do zakrapiania, bo przecie o suchym pysku z żywiołem walczyć nie będziem, a tam ponoć wyrób monopolowy pod udziałkiem. Takie prawo obowiązuje, że zaczem jeden głębszy się wychyli, obiad z trzech dań z komputem trzeba opchnąć, znakiem tego z samą zagrychą problemu być nie powinno, tylko słoik korniszonków i dwa jajka na drogę wzięlim.

Cała kamienica nas żegnała ze łzamy w oczach, kiedy wyruszaliśmy, sąsiad nas nawet zaopatrzył w gasnicę z samochodu, bo mu rok temu nazad ważność straciła. Zasunęlim od razu na dworzec i kapujem w telewizorek jaki najbliższy pociąg na północ. Grodziszk nie, bo na zachód, Radom znowuż na południe, Tłuszcz...
- Dobra, jadziem na Tłuszcz - wyrwał się Piekutoszczak.
- Co ty, zupełnie Cie pogrzało? Przecież to na wschód.
- W Tłuszczu się przesiadasz na Ostrołękie, a to już prosto na północ.

Co racja, to racja, no to kupiliśmy bilety i czekamy na peronie. Ale szwagier tak mnie zatrajlował, że gdy wjechał pociąg nie zdążyłem zobaczyć co ma na czółku napisane. Pytam więc jakiegoś faceta:
- Panie, jaki to pociąg?
- Zielony.
- Dokąd...
- Do połowy.
- Na Tłuszcz on?
- Nie, na elekstrykę.
Nagła krew mnie zalała, bo niewąsko nasz obciął i to trzy razy z rzędu. Ale udało mi się utrzymać nerwy na wodzy. Szwagroszczak nie utrzymał i lu go w mordę.
- Ożesz ty flimonie za baczki szarpany, z poważnych podróżnych w służbie ojczyzny na pomoc bratnim narodom jadących żarty sobie stroisz? Drakie humorystyczne publicznie uskuteczniasz? Już ja ci pokażę taki kabareton, że przez miesiąc będziesz się tarzał ze śmiechu w Szpitalu Praskiem jak cię będą składać do kupy - i jak mu nie poprawi z drugiej strony, jak nie przyłoży jeszcze raz. Kotłowanina nielicha się zrobiła, aż SOKiści przylecieli, nasz za halc i na komisariat, gdzie do rana mnie ze szwagrem zamkli. A dlaczego? Za to że chcieliśmy informacje turystyczne uzyskać u jakiegoś lebiegi w te i nazad Poniatoszczakiem na Pragie pędzonego.

Wyspaliśmy się w państwowem pensjonacie i rano z powrotem zasuwamy na dworzec. Tem razem kapujemy co to za pociąg, żeby znów się głupio nie naciąć. Tłuszcz przyjechał, załadowaliśmy się, a ponieważ śniadania nam nie dali w mamrze, napoczęliśmy flaszkie pod te jajka. Pociąg ładnie zasuwa, aż nagle stanął w szczerym polu, stoi i stoi. Zaniepokoiło nas to deczko, bo na przesiadkę mamy ledwie kwadrans i to niecały. Akurat przyszła konduktorka sprawdzać bilety, więc pytam czy zdążymy.
- To zależy ile jeszcze postoi. Nieraz jak przytrzymają pod Rembertowem dłużej, to trzeba dzwonić że są pasażerowie na Ostrołękę - westchnęła i przysiadła na chwilę - Kiedyś wjeżdżamy spóźnieni do Tłuszcza i widzę, że Ostrołęka rusza z peronu, więc dzwonię i pytam "Ostrołęka, dlaczego odjeżdżasz!?", a on na to "Mam zielone światło, to jadę"... a to było tylko 5 minut i powinno wystarczyć na skomunikowanie, a teraz weź czekaj do południa na następny.

Zapowiada się więc nerwówka i bieganie po peronach, no to żeby być w formie na te sportowe wyczyny, wyciągamy kolejną buteleczkie i bierzemy się za korniszonki. Do Tluszcza wjeżdżamy na styk, wypadamy z pociągu i galopem do tunelu, ale gdy wypadliśmy na drugi peron, to nas zamurowało. Zamiast porzundnego pociągu stoi jakiś wagonik, co to nim się zacznie już się kończy. Za nami po schodach wchodzi zaznajomiona wcześniej konduktorka.
- Autobusik, autobusik. Wsiadajcie panowie śmiało.
No to wkitowaliśmy się do środka, a tam z wyglądu ni to ogórek, ni to Autosan, takżesamo klimacik wycieczki autokarowej, w środku grzybiarze, wędkarze, wycieczka studenckiego klubu turystycznego ze średnią wieku 45 lat. No teraz tyle się studiuje, bo jak obywatel zrobi inżeniera czy magistra, to okazuje się że na nikim wrażenia to nie robi i trzeba się się brać za drugi, trzeci fakultet, a latka lecą. Ale równe młodziaki byli, ogórki nam się skończyli, to podzielili się swoją wałówką, my zaś zrewanżowaliśmy się kolejną butelczyną wyrobu wysokowyskokowego i tak wesoło minęła nam podróż.

A w Ostrołęce kapota, okazało się że żaden pociąg dalej nie jeździ, pekaesów takżesamo nie ma. Zasiedliśmy więc w barze "Pod Semaforem" i radzimy co dalej. Zamówiliśmy kilka kolejek, żeby zapasów bardziej nie uszczuplać. Aż tu nagle słyszymy z radia, że w Grecji pali się tak samo, jeżeli nie bardziej jak u Szwedziaków. Bez namysłu zdecydowaliśmy, że trzeba zasuwać na ten antyczny półwysep i ratować staroświeckie pamiątki.
- Widzisz Feluś - zasuwam gadkie - nasze dzielne strażaki we Szwecji już pewnie dogaszają popiół, więc nic tam po nas, jadziem z powrotem w dół globusa ratować Bałkańczyków.

Tyle że "Pod Semaforem" przegazowaliśmy resztę fonduszy na podróż. Ale cóż, strażakom fondnęli prom za darmochę, to nam się pociąg należy, totyż na pewniaka pakujemy pakujemy się bez biletów. Ale co z tego, skoro konduktor był żłób nieużyty i nic poza własnem podwórkiem go nie obchodziło. Szwagier zbeształ go publicznem słowem i w ucho dał zeby nauka się utrwaliła, ale w stolycy już na nas czekali granatowi funkcjonariusze i znów mieliśmy nocleg na koszt państwa.

W ten deseń nie udało się udzielić braterskiej pomocy zaprzyjaźnionym narodom i zostaliśmy w Warszawie. Może to i dobrze, bo jak strażaki rozjadą się na wszystkie strony ratować całą Europę, to kto będzie gasił, jak pożar u nasz wybuchnie? Wiadomo - ja ze szwagrem.


Potrzebny Wątróbka i Piekutoszczak! (1934-05-13 Dzien Dobry!)

To by było na tyle, ale jeszcze trochę retroprasówki w temacie pożarów... ot na przykład taka seria dzień po dniu (2-5 czerwca 1933, Dzień Dobry!)






Jeden był w Łodzi, a tu kolejne dwa... to chyba nie przypadek, że w "Pali się!" Brzechwy pali się właśnie w Łodzi (1937-08-03 , 1937-06-14 Dzien Dobry!)




Oj, tutaj to się chyba Walerek zapłacze! (1934-04-29, Dzień Dobry !)



No i na koniec dwa wycinki o tym, że praca strażaków jest bardzo niebezpieczna (1937-08-02, 1934-05-27, Dzień Dobry!) 




U nas na Mazowszu to ludzie mieli fason, przyjechali strażacy gasić stodołę, to jeszcze dostali po mordzie.


Inne kawałki à la Wiech we wpisach:
- Czwarty miesiąc lata
oraz z serii "Letniaki w Żerardowie"
- Luxtorpeda Mazowiecka i Wczasy pod topolą
- Muchomory w sosie komarowem
- Podróż dwupiętrową kamienicą

Ponadto trochę o tym jak Wiech odwiedził Żyrardów:
- Wiech w i o Żyrardowie


  • dystans 5.64 km
  • czas 00:25
  • średnio 13.54 km/h
  • rower Srebrny Rower
  • Jazda na rowerze
współrowerzyści ma wycieczce:

Z klu do biblioteki (w sześciu deszczach)

Środa, 25 lipca 2018 · dodano: 26.07.2018 | Komentarze 2

Dziś dzień biblioteczny - zasuwamy więc oddać stosik książek i wypożyczyć nowy. Najpierw do filii nr 2, po załatwieniu formalności, jeszcze zwiedziliśmy część z wolnym dostępem i połaziliśmy między regałami z książkami.



I znaleźliśmy zakamuflowany stolik za winklem.



Kluska w ogóle przetestowała po kolei wszystkie miejsca do siedzenia.



A potem do Centrali na Mostową, jak dojeżdżaliśmy to zaczęło padać, więc Klu szybko schowała się w środku, a ja spokojnie przypiąłem rower (deszcz już przechodził, był niezbyt intensywny, ale krople duże). Idziemy na pięterko do oddziału dziecięcego ze stosem książek i gier.



Potem myk do parku, posiedzieliśmy tam prawie półtorej godziny, aż nagle przyszła ulewa, więc się szybko ewakuowaliśmy, ale i tak już jechaliśmy w tym największym deszczu, ulice momentalnie zamieniły się w strumienie wody... Kluska tymczasem opatulona pelerynką śpiewała sobie piosenkę-zmyslankę o ulewie, a potem o lokomotywie której uczyła się na zakończenie w przedszkolu i nim dojechaliśmy do domu przestało padać.



Powyżej Klu przed odjazdem z parku, a poniżej po przyjeździe pod dom.  Jakiś czas potem jeszcze jeden deszcz, też ulewny, ale już nie tak,  przeszedł.



Później się rozpogodziło, owszem przechodziły jakieś deszcze, ale bokiem. Jeden na przykład przeszedł na południe od Żyrka, drugi na północ i dopiero za Żyrardowem się połączyły. lavinka przejęła dyżur i wyszła z Kluską na sąsiedni plac zabaw, po pewnym czasie przyszedł jeden deszcz, po jakimś czasie drugi (oba średnio intensywne, ale krótkie) Kluska może by się ewakuowała, ale że była z najlepszą przyjaciółka, to żadne deszcze jej nie przeszkadzały... dopiero jak przyszła trzecia, ale taka porządna zlewa to wszyscy dali nogę z placu.



Jak przechodziły chmury i deszcze, to wychodziło słońce i robił się skwar... ale też pojawiła się tęcza.





Chmury kłębiasto-mordziaste, jak by to określił Walerek.





A wracając do biblioteki - oddaliśmy książeczkę kolejową, a z tej serii wypożyczyliśmy jedną o tematyce komunikacyjnej. No i o strażakach, bo strażacy są teraz na czasie. Tak na marginesie, jak sądzicie? Może Walerek powinien się tam kopsnąć za morze ratować Szwedziaków? On juz przed wojną ruszał na pomoc bratnim narodom w potrzebie - jak Mussolińczak na Abisynię napadł, to Walerek ze szwagrem ruszyli z odsieczą... nie będę detalicznie opowiadał jak to było, przeczytajcie sobie sami: Dzień Dobry! 1935-08-25