teczka bikera meteor2017

avatar Miejsce robienia kawy do termosu: Żyrardów. Od 2009 nakręciłem 108749.60 km z czego 15563.35 wertepami i wyszła mi mordercza średnia 16.91 km/h
meteor2017 bs-profil

baton rowerowy bikestats.pl

Czerstwe batony

2022 2021 2020 2019 2018 2017 2016 2015 2014 2013 2012 2011 2010 2009
Profile for meteor2017

Pocztówki zza miedzy

Znajomi bikestatsowi

Jakieś tam wykresy

Wykres roczny blog rowerowy meteor2017.bikestats.pl

Kalendarium

Wpisy archiwalne w kategorii

weekendówki

Dystans całkowity:5946.00 km (w terenie 816.45 km; 13.73%)
Czas w ruchu:361:15
Średnia prędkość:16.45 km/h
Maksymalna prędkość:55.30 km/h
Suma podjazdów:550 m
Liczba aktywności:84
Średnio na aktywność:70.79 km i 4h 21m
Więcej statystyk
  • dystans 65.83 km
  • 1.50 km terenu
  • czas 04:32
  • średnio 14.52 km/h
  • rower Wrześniowy Rower
  • Jazda na rowerze
współrowerzyści ma wycieczce:

Trzynastopiątkowa weekendówka #2: Dzień Tygrzyka

Sobota, 14 sierpnia 2021 · dodano: 19.08.2021 | Komentarze 10

W planach na sobotę było zalegania na plaży i moczenie się w Wiśle (plany na niedzielę były zresztą podobne), wracać mieliśmy zamiar w niedzielę wieczorem lub w poniedziałek rano (zależnie od pogody i chęci). Jednak fakt, że nasza plaża została zalana, wymusił zmianę planów.

Stwierdziliśmy więc że skracamy weekendówkę i zamiast planowanych 3-3,5 dnia będzie klasyczna dwudniówka z jednym noclegiem... za gorąco na coś więcej, dłużej można wytrzymać ale zalegając w przyjemnym miejscu z dostępem do wody w której można się schłodzić. Tak więc nasz awaryjny plan wygląda następująco - rano jedziemy do Wyszogrodu, potem przeczekujemy najgorętsze godziny i wieczorem rypiemy do domu.


Poranek przyjemny, bo najpierw Słońce było za drzewami, a potem za chmurami. Tak więc nie zostaliśmy wygonieni już o szóstej rano i można było się wyspać wstając o siódmej.

Łąka też okazała się przyjemna... w zasadzie już wieczorem się okazała, ale teraz dowiedzieliśmy się że jest jeszcze przyjemniejsza. Na przykład były na niej legiony tygrzyków! Dosłownie było to królestwo tygrzyków, a w miejscu największego zagęszczenia (kilka metrów od namiotu) naliczyliśmy ich kilkanaście na niecałych dwóch metrach kwadratowych! W ogóle dziś widziałem kilkakrotnie więcej tygrzyków, niż widziałem ich dotąd przez całe życie!



W porannej rosie można było obejrzeć jak wygląda sieć takiego tygrzyka. Otóż klasyczna, taka wręcz stereotypowa sieć pajęcza.



No, tylko z charakterystycznym elementem w postaci zygzakowatego szwu (stabilimentum).



Tygrzyk paskowany - rewers



Zbliżenie



Jeszcze większy zoom



Tygrzyki były wszędzie, jeden nawet zainstalował się w w przedsionku namiotu.



A inny uplótł sieć na Weehoo.



To były tygrysy szablastoszczękoczułkowe, a oto tygrys szablastożuwaczkowy (ale chyba inny podgatunek niż wczorajszy, bo różni się istotnie wzorem).



Były też inne sieci pajęcze, dobrze widoczne dzięki sznurom porannych pereł.





Mieliśmy bardzo liczne sąsiedztwo na tej łące, gdzie się człowiek nie ruszył, to pakował się na niego jakiś robal. Oto pasikonik na kierownicy roweru (chyba chciał z nami pojechać i zajął już miejsce).



A to wstężyk austriacki na namiocie.



Tak w ogóle, to rejony nad Wisłą są jedynym miejscem gdzie widziałem wstężyki austriackie. Rok temu znalazłem pustą muszelkę, ale ona mogła przypłynąć z południa... bo one właśnie występują głównie na południu kraju, u nas na przykład ich nei ma. A tu się okazuje że nad Wisłą są i to dosyć dużo, a nie jakieś pojedyncze sztuki.




Inne wstężyki też były (na pewno gajowe), były też ślimaki zaroślowe... ale tych i u nas pełno, więc nawet ich nie fociłem. Jeszcze takie były:



Z latającego towarzystwa oprócz osy była też ważka.



A także jakiś modraszek (inne motyle też, ale ten się nawinął pod obiektyw).




Ach, no i jeszcze raz czosnkowa łąka, ale o poranku.




Lwia paszcz, w zasadzie to lnica pospolita, zaś uprawna "lwia paszcza" to wyżlin większy... ale ze względu na podobieństwo kwiatów i tak nazywam ją lwią paszczą.



- Pora na fniadanie, komu kafki*, a komu kafki**?

* - kawki
** - kaszki



Pora zwijać namiot, a tu Offca jeszcze śpi... no to wyeksmitowaliśmy ją na zieloną trawkę, jak się obudzi, będzie miała śniadanie dołóżka.



Pora ruszać, niestety Słońce zaczyna coraz częściej wyglądać zza chmur, aż w końcu robi się lampa (ech, mieliśmy nadzieje na chmury przez większą część dnia).



Przejeżdżamy przez Wisłę - po drugiej stronie widać już Wyszogród.



Martwy nietoperz... to smutny widok, ale też okazja przyjrzeć się niektórym zwierzakom z bliska (po drodze spotkaliśmy też np. martwą ryjówkę).



No i jesteśmy w Wyszogrodzie, niby byliśmy w pobliżu z Kluską kilka razy, ale dopiero dziś była okazja przeskoczyć na drugą stronę Wisły, choć planowaliśmy to już kilka razy..., ale albo nie mieliśmy czasu, albo było za gorąco, albo było za gorąco.

Klasyczna fotka przy napisie obok miejsca gdzie kiedyś był drewniany most, ponoć najdłuższy w Europie (niestety rozebrany w 1999). Tak w ogóle z Kluską uknuliśmy plan, żeby przyjechać z palnikiem, odciąć literę W, obrócić i przyspawać jako M.





Idziemy na Górę Zamkową (grodzisko)



Gdzie są min. dwa niemieckie bunkry typu Ringstand 58c. Miejscówka została zagospodarowana po wykopaliskach archeologicznych w tym miejscu, ale stopniowo podlega dewastacji - częśći schodków już nie ma, powyrywane dechy, straszliwe ilości szkła itp. Oto jak miejscówka wyglądała zaraz po zakończeniu prac w 2015 (link).





Skoro niemiecki bunkier, to jaki pająk się tam zainstalował? Oczywiście krzyżak!



I znów na dole - barka Herbatnik, która stała kiedyś w Warszawie w Porcie Czerniakowskim (wyglądała tak - foto na sucho, albo tak - foto na mokro).



Zostawiam lavinke z Kluską i jadę na zakupy uzupełnić zapasy. Znajduję jeszcze jeden napis... co prawda W nie jest obrotowe, ale za to S się obraca.




Po zaopatrzeniu w słodkie buły, jogurty, owoce i płyny.



Spotykamy takiego robaczka, który wygląda trochę jak modliszka miniaturka.



I czyści sobie trąbkę





Tutaj zalegliśmy na dłużej, raz musieliśmy zmienić miejscówkę bo na ławkę naszło Słońće. Ale i tak trzeba by poszukać miejsca zapewniającego lepsze chłodzenie, bo tutaj zaczyna się robić zbyt gorąco. Naszą decyzję o ewakuacji przyspieszył Edek z Fabryki Kredek (chodzi o nieistniejąca fabrykę w Łowiczu), lokals który mieszka obok... kiedyś go spotkałem i można z nim ciekawie porozmawiać, ale jak jest w miarę na trzeźwo, jednak dziś był już nieźle naoliwiony.



Jedziemy na rynek typu patelnia.



Jednak jedną pierzeję stanowi na szczęście skwerek, na którym jest trochę drzew i cienia. A wśród nich Drzewo Solarne.



Służy ono jako ładowarka - są dwa kontakty i dwa porty USB pod ławkami.



A ci tutaj to strasznie sztywni byli.



Jest jeszcze pawilon, gdzie przez szybkę można pooglądać szczątki radzieckiego samolotu Pe-2 10-371 wydobytego w rejonie Bzury pod Kamionem w 2015 roku. Samolot został zestrzelony 18 stycznia 1945 podczas lotu rozpoznawczego.



Przy takiej lampie jak dziś nie da się porobić fotek z wnętrza, może dałoby się wejść do środka, ale to musielibyśmy się pofatygować do muzeum i zapytać. W tym wpisie fotki, które porobiłem gdy byłem tu w pochmurny dzień.



A obok, za innym budynkiem odkryłem kolejny Ringstand, jakoś go wcześniej przegapiłem.




Po drodze jaskółki ułożyły jakąś melodię, ktoś umie to zagrać?



Jest strasznie gorąco, od Wyszogrodu przejechaliśmy 3 kilometry i zjeżdżamy schować się pod most na Bzurze.



Kluska znajduje żabki.




Okazuje się, że są to kumaki nizinne. Żeby to sprawdzić, trzeba obrócić kumaka na plecki i obejrzeć brzuszek - jeśli ma czerwono-pomarańczowe plamki, to jest to właśnie kumak nizinny (jeśli żółte - kumak górski). Ten ma czerwono-pomarańczowe i kilka ciemnożółtych, ale za mało na kumaka górskiego... zresztą tutaj bym się go nie spodziewał.

To młoda żabka i ruchliwa, toteż nie udało się zrobić zdjęcia brzuszka, oto najlepsze zdjęcie na którym widać plami.



Pamiatkowa fotka z Kotem Simona.



Bzura ma wysoki stan i wylewa trochę na brzeg, dzięki czemu można pomoczyś się w płytkiej wodzie nie wchodząc do koryta z wartkim nurtem.

Poza tym okazało się, że jest miejsce odbioru kajakarzy startujących z przystani w rejonie Sochaczewa. Ponieważ zaczęły się przewalać tabuny kajakarzy i jeszcze zjeżdżać samochody z przyczepkami na kajaki, w końcu zdecydowaliśmy się ruszyć dalej... ale jakiś czas posiedzieliśmy i się schłodziliśmy.



Następny odcinek pokonaliśmy pod osłoną chmury, tym razem jakieś 4,5km. Nawet zastanawialiśmy się czy by nie jechać dalej, ale nie bardzo mieliśmy gdzie się sensownie skitrać... może i dobrze, bo zaraz chmurki sobie poszły i znów zaczęła się lampa.

Tym razem zainstalowaliśmy się w suchym sosnowym lesie - trzeba było się przemieszczać wraz z plamami cienia. Komary niestety były, ale pojedyncze myśliwce, a nie całe dywizjony i jakoś szło wytrzymać.



Tory nieczynnego odcinka kolejki sochaczewskiej, odnoga biegła do mostu w Wyszogrodzie.



Oj, tutaj złomiarze wycięli kilkadziesiąt metrów szyn.



Tu też były spotkania z przyrodą (nie tylko z komarami.



Tu zalegliśmy na dłużej i gdy były dłuższe cienie ruszyliśmy dalej. Tym razem przejechaliśmy 10,5km (za każdym razem udaje nam się przejechać coraz dłuższy odcinek). Zatrzymujemy się w enklawie Kampinoskiego Parku Narodowego. Tym razem krótszy postój na ostygnięcie i rozprostowanie nóg.



Też były spotkania z przyrodą - ta gąsienica desantowała się na mój rower, spuszczając się z gałęzi na nici.



Jedziemy dalej, po drodze widzimy jedynego dziś bociana (to chyba ten zaginiony trzynasty z poprzedniego dnia), ale za daleko na fotkę. Przelatuje też klucz sześciu żurawi lecących chyba na nocleg nad Wisłą, ale nie zdążyłem strzelić fotki.

Tym razem przejeżdżamy 12 km i robimy tradycyjny stopik na stacyjce kolejowej Piasecznica. Na linię sochaczewską też już trafiły nowe Flirty.
 


Następny odcinek to tylko 3km i musimy się na chwilkę zatrzymać na placu zabaw w Dębówce (dłuższy był jak jechaliśmy w tamtą stronę), tym razem krótko bo dużo komarów.

Jedziemy dalej, Słońce zachodzi,  temperatura robi się optymalna  i wreszcie można pokonywać dłuższe odcinki, teraz naraz przejeżdżamy 20km, czyli dojeżdżamy do samego domu.



Niebo po zachodzie nad rozlewiskami Pisi.



Podsumowując - było ciężko, były przygody i zmiana planów ale ogólnie całkiem udana wycieczka, tyle że przyjechaliśmy totalnie zrypani (zresztą to normalka). Głównym problemem było coś co nazywa się "Lato" i objawia się w postaci upałó i komarów... gdyby nie to, to nie dosyć że można by jednak zrobić dłuższą weekendówką, to jeszcze gdzie pojeździć zamiast zalegać w cieniu. Ale pod niektórymi względami wycieczka była dosyć udana, a pod względem przyrodniczym to nawet bardzo udana

A oto przeczytane przez Kluskę w trakcie wyjazdu książki:



Powyższą fotkę robiłem podczas zalegania w lesie sosnowym, wtedy była w trakcie czytania tej książki po prawej, dosyć grubej i myślałem że starczy do Żyrka, ale okazało się, że jeszcze po ciemaku z czołówką na głowie łyknęła dwa komiksy:







  • dystans 53.74 km
  • 1.00 km terenu
  • czas 03:11
  • średnio 16.88 km/h
  • rekord 42.50 km/h
  • rower Wrześniowy Rower
  • Jazda na rowerze
współrowerzyści ma wycieczce:

Trzynastopiątkowa weekendówka #1: Dzień Bociana

Piątek, 13 sierpnia 2021 · dodano: 15.08.2021 | Komentarze 9

Od czerwca nie byliśmy na biwaku, bo albo upał, albo leje... w końcu stwierdziliśmy, że spróbujemy gdzieś wyskoczyć, jak będzie okienko pogodowe, ale jak się skończyły opady, to znowu zaczęło robić się gorąco. Stwierdziliśmy jednak że jedziemy, bo tak nigdy się nie wybierzemy, a trochę już nie mogliśmy wysiedzieć w domu.

Ruszamy w piątek (trzynastego) rano nad Wisłę. W zasadzie lepiej by było wyruszyć w czwartek, bo nieco chłodniej, ale dla odmiany na Wiśle przechodziła fala z Małopolski, w środę był maksymalny stan, a potem woda zaczęła opadać.... niestety trochę wolniej niż w Warszawie i powyżej, ale na miejscu zobaczymy co i jak. Póżniej i tak za bardzo nie możemy jechać, bo w poniedziałek dla odmiany ma lać.

Jazdę tradycyjnie zaczynamy czytaniem książek (jeszcze zanim wsiedliśmy na rowery).




Po drodze też min. dyskusja, jakie są przesądy o rzeczach przynoszących pech, czy w ogóle o przesądach).

Od rana słonecznie i  coraz cieplej, ale przynajmniej wiatr mniej więcej w plecy i pomaga.

Przynajmniej odcinek od Oryszewa do Szymanowa jest wyremontowany i dobrze się jedzie.



No, niecały - zostało nieco ponad 500m starego, zmasakrowanego asfaltu składającego się z dziur, łat i pęknięć.  Może specjalnie, żeby zwolnili i nie wypadali na zakręcie (albo nie wpadali na kogoś wypadającego zza zakrętu), bo nowy gładki asfalt na długiej prostej z małym ruchem prowokuje do dociśnięcia gazu.



Śmiejemy się, że to rezerwat przyrody "Dziurdzioł Mazowiecki", przed remontem cały ten odcinek mniej więcej podobnie wyglądał. Jadąc od Szymanowa spory kawałek trzeba było jechać lewą stroną drogi (samochody też tak robiły), bo prawa była tak zmasakrowana, że nie dało się jeździć.



A za Szymanowem... przybyła nowa kraina - Pojezierze Pisowa, bowiem Pisa wylała i pozalewała łąki.




Tutaj spotykamy pierwsze kilka bocianów, Kluska zaczyna je liczyć i do końca dnia naliczymy ich 12 (z pewnością było o jeden więcej, ale trzynasty pewnie się pechowo schował w krzakach).



Mała biała kropka w głębi tego zdjęcia, to też bocian.



A oto i Pisia (Obojga Wód), już nie występuje z brzegów, ale nadal jej sporo.



Tak jak poprzedni, postój na placu zabaw w Dębówce.



Żniwa w pełni, rolnicy się spieszą, prace polowe trwają nawet po nocy żeby zdąćyć przed poniedziałkowymi deszczami.



Utraty też sporo (według wodowskazów jest stan ostrzegawczy, a nawet już na granicy z alarmowym).



Dojeżdżamy do Brochowa, zwykle robimy sobie postój na skwerku pod kościołem obronnym  (Kluska sobie biegała po murach i wchodziła w strzelnice), ale dziś ławki są w słońcu, więc zjeżdżamy w dół ze skarpy Bzury, skąd jest ładny widok na kościół zza starorzecza.





Instalujemy się w cieniu wierzb mazowieckich. Robi się coraz goręcej i postanawiamy tutaj przeczekać najgorsze godziny.




Łąki w dolinie Bzury.




Na klepisku trwają prace ziemne.



Potrzebna woda, sztuka jest nabrać ją ze starorzecza i nie wpaść przy okazji do wody. Przywiązujemy linkę do kubełka, Kluska rzuca go do wody.



Potem trzeba oczyścić wodę z rzęsy, ewakuować ślimaczki z powrotem do starorzecza.



I już można zalewać kanały.



Były też spotkania z przyrodą - pierwszy na trasie tygrzyk paskowany. Jak widać polowanie się powiodło.

Tak w ogóle nazwała go tygrysem szablastoszczękoczułkowym.



Tak w ogóle początkowo miał się nazywać szablastożuwaczkowym, ale zorientowaliśmy się, że przecież pająki nie mają żuwaczek. Po namyśle stwierdziliśmy więc, że tygrys szablastożuwaczkowy to ten na zdjęciu poniżej (fotka jeszcze z Dębówki).



A poza tym gąsieniczka rusałki pawik (było ich więcej na trasie).



A to kosarz.Często na takie długonogi mówi się korsarze (przynajmniej u na się mówiło), co ciekawe - kosarze nie są pająkami (to inna grupa pajęczaków), ale wśród pająków są podobne długonogie (np. nasosznik). Jak je odróżnić? Najłatwiej po tym, że kosarze mają w miarę jednolite ciało bez widocznego podziały na głowotułów i odwłok (jak ma to miejsce u pająków).



Ale cóż to? Ma sześć nóg? Spodziewałbym się raczej ośmiu, jak u pająków.



Hmmm, chyba jest czwarta para - tylko taka malutka. Ale czy to aby na pewno odnóża kroczne? Może nogogłaszczki, które u niektórych ponoć są spore.



Nie, nogogłaszczki to chyba te grubsze białe między tymi pomarańczowymi odnóżami.



W końcu ruszamy dalej. A tego witacza w czerwcu na 90% nie było.



W końcu dojeżdżamy nad Wisłę, i teraz chwila prawdy. Plaża na którą jedziemy jest dosyć wysoka, ale czy wystarczająco żeby jej nie zalało? Woda opada wolno i jest nadal o 70-80cm więcej niż w czerwcu, gdy tu byliśmy.  Liczymy jednak, że może zaleje niższe partie, ale góra będzie dostępna.

Gdy idziemy do rzeki, Kluska znajduje jakąś żabkę.



Docieramy na brzeg i okazuje się, że nasza plaża wygląda tak... no tak, piątek trzynastego! I jak tu nie wierzyć w przesądy?



Aha, to jest stan średni (nawet nie wysoki, czy ostrzegawczy). Eee, zaraz... to nawet nie jest metr więcej, ale dużo więcej. Póżniej po przeanalizowaniu sytuacji, doszliśmy do wniosku, że to dlatego że woda przelała się przez groble (są dwie oddzielające ten rejon od głównego nurtu - druga jest po prawej w głębi). Normalnie woda za groblą była wyżej o metr lub więcej i się przelewała w dwóch wyrwach, spadając wodospadem. Jak fala poszła górą, to poziom wody skoczył nie o niecały metr, ale o dwa lub więcej. No cóż, cały czas się uczymy Wisły i jest to dla nas cenna nauka.



Bez większej nadziei sprawdziliśmy jeszcze drugą plażę w pobliżu, która chyba jest nieco wyższa, ale tam już dróżka do niej jest zalana. Ostatecznie znajdujemy przyjemną łączkę przy wale przeciwpowodziowym i decydujemy się tam na nocleg, a potem zastanowimy się co robić następnego dnia, skoro plan pierwotny się zawalił.

Rozbijanie namiotu nie jest łatwe, bo Kluska po złożeniu masztu, zaczęła się nim bawić że jest żyrafą i hasać po łące (maszt u góry jest zagięty i faktycznie można sobie wyobrazić, że jest głową na długiej szyi).



W końcu udaje się rozbić namiot.



Łąki poniżej naszej namiotowej są czosnkowe - pełno na nich kwitnącego dzikiego czosnku. Ogólnie miejsce jest przyjemne, zwłaszcza jak na awaryjny nocleg.




Później, gdy już zapadał zmrok, z Kluską jeszcze bawiliśmy się w chowanego na łąkach - znaczy trzeba było gdzieś odbiec i położyć się w trawach. Myślałem, że po takim tarzaniu się po łące, kleszcze z nas będziemy wyciągać tuzinami (zwłaszcza że nie ma jak się na świeżo umyć, czy przebrać) - a tu nic, ani jednego.



Nasi sąsiedzi - pluskwiaczek



Larwa świerszcza



W końcu zaszło Słońce i zasiedliśmy przy ognisku - ogień buzował, woda w menażce bulgotała, kiełbasa na patyku skwierczała, świerszcze i pasikoniki cykały, Księżyc zachodził, Jowisz z Saturnem zerkały  znad wału, a gwiazdo do nas mrugały, meteory spadały (jeden prawie wpadł na Jowisza)... i tylko to %@*%#% komary zakłócały wieczorną sielankę.

Uzupełniwszy płyny i kalorie kiełbaską, kisielkami i herbatkami, idziemy spać... chrrr.


  • dystans 51.03 km
  • 0.50 km terenu
  • czas 03:08
  • średnio 16.29 km/h
  • rower Wrześniowy Rower
  • Jazda na rowerze
współrowerzyści ma wycieczce:

Skwarny biwak nad Wisłą #3

Niedziela, 27 czerwca 2021 · dodano: 04.07.2021 | Komentarze 3

Poranek trzeciego dnia




Jeszcze się snują opary nad wodą.



Śniadanie:
- Kafka, cy kafka?
- Ja poproszę kawę z mlekiem.
- A ja kaszkę.
- Plosę baldzo - dla pani kafka, a dla pani kafka.



Rosa na namiocie i rozpiętej płachcie. Poprzednia noc była cieplejsza i rano namiot był suchy, a teraz już wieczorem, gdy kładliśmy się spać, pojawiła się rosa.




Nasz obóz.



Miało być ochłodzenie, a to trwało ledwie jeden dzień, w sobotę zrobiła się lampa, stwierdziliśmy że na niedzielę trzeba się przenieść w bardziej zacienione miejsce, zwłaszcza że niedziele miała być jeszcze gorętsza.




Tal też zrobiliśmy. Miejsce bardziej w krzakach, przez co więcej komarów... w ciągu dnia, to jeszcze nie wykazywały aktywności, ale bliżej wieczora zrobiły się upierdliwe (dlatego przenieśliśmy się dopiero przed południem, a nie wieczorem lub rano).




Flaga na maszt.



Rybek nie przenosiliśmy w nowe miejsce, tylko je od razu wypuściliśmy. Natomiast przenieśliśmy małże i dozbieraliśmy kolejne do nowego basenu. Ale małży taka obfitość, że w pewnym momencie musieliśmy zrezygnować ze zbierania... i tak basen trzeba było powiększać.




Skójka z przyczepionymi racicznicami zmiennymi. Jak wyciągnęliśmy je z wody, to racicznice zaciskając muszle, zaczęły psiukać wodą.



Robal piaskowy... pewnie jakaś larwa czegoś.



Ślimaczki.



Poza tym lavinka znalazła świeżo zdechłego ptaka. Dzień wcześniej jak szła w krzaczki, to go nie było, a dziś rano na dróżce był zdechły ptak... lavinka trochę pluła sobie w brodę, bo zaraz przywlekliśmy tego ptaka (skorzystaliśmy z tego, że padlina świeża, kilkudniowego byśmy nie ruszali).

Nie będę epatował zdjęciami martwego ptak, jak kto zainteresowany, to daję linki do zdjęć  - ptak 1, ptak 2, ptak 3. Moim zdaniem to może być kulczyk, ale głowy nie dam... podobna jest też samiczka czyżyka, ale ten ma chyba zbyt ciemną główkę.

Skorzystaliśmy z okazji i go oskubaliśmy... no, nie całkowicie, tylko pióra z ogona i skrzydła. Pióra poniżej kolejno licząc rzędy od góry (powiększenie tej fotki):
1) sterówki (nie po kolei)
2) lotki (od prawej - pierwszorzędowe, potem drugorzędowe i trzeciorzędowe)
3) co większe pióra pokrywowe




Na koniec wyprawiliśmy mu pogrzeb - oto Grób Nieznanego Ptaszka.



Początkowo mieliśmy zamiar wracać w poniedziałek wieczór, ale ochłodzenie trwało jeden dzień) i zbyt szybko zrobiło się słonecznie i gorąco, a z każdym dniem miało być coraz gorzej. Już w sobotę było ciężko - zalegaliśmy w cieniu lub w wodzie, bo wszędzie dookoła żar nie do wytrzymania (dobrze, że wiatr był). Teraz byliśmy już zmęczeni tym upałem, a tego byliśmy poprzypiekani tu i ówdzie.

Zdecydowaliśmy, że wracamy wcześniej - wyruszenie rano (w poniedziałek, czy w niedzielę) nie wchodziło w obecnych warunkach w grę, bo zbyt wcześnie byśmy nie dali się zebrać, ani dojechać do domu do południa i byśmy się zamordowali w tym upale. A więc zdecydowaliśmy się na powrót w niedzielę wieczór... też nie mogliśmy ruszyć zbyt wcześnie, stwierdziliśmy, że spróbujemy po 18-ej.

Niedziela była ciężka, na szczęście przenieśliśmy się w bardziej zacienione miejsce. Byliśmy zmęczeni, nawet na kąpiele nie mieliśmy za bardzo ochoty (tyle by się trochę ochłodzić), bo to trzeba się przebrać, po wyjściu z ciepłej wody przez jakiś czas jest zimno (wiatr), potem znów trzeba się przebrać (żeby nie siedzieć w mokrych gaciach, bo zanim wyschną, to człowiek sobie przeziębi to i owo)... Kluska się nudziłą, bo ciężko się było ruszyć poza cień, żeby się nie ugotować, toteż mieliśmy ograniczoną pulę aktywności (głównie związanych z wodą).

A poza tym niedziela - pojawiło się więcej ludzi (już w sobotę byli pojedynczy, ale dziś dwa, trzy razy więcej i bardziej upierdliwi)... i tak z 10 20, a właściwie to nawet 100 razy mniej niż na plaży nad morzem, ale dla nas i tak za dużo (normalnie byśmy celowali poza weekend, ale ze względu na pogodę się nie udało). Ktoś włączył głośno magnetofon, co prawda daleko za krzakami, ale i tak docierało do nas "umc, umc", rano pojawił się jakiś debil na quadzie, a po południu dwóch na motorach (prawie rozjechali plażującą rodzinę). Ech, czemu ludzie tak uwielbiają hałas? No ale cóż, skoro uwielbiają śmieci, to już nic mnie nie dziwi.

No cóż - lato. Upał, komary, dużo ludzi.

Poziom wody był wyjątkowo stabilny, wahania były rzędu 1cm w górę i w dół, dopiero dwa dni po naszym powrocie zaczął rosną i w ciągu półtora dnia Wisła przybrała ponad 20cm. Akurat w tym miejscu i tak by nam nie zaszkodziło, bo plaża jest wysoka i mielibyśmy jeszcze spory zapas nim by nam się woda wdarła do namiotu.

A teraz parę widoczków na zakończenie.





Nie zebraliśmy się o 18-ej... za gorąco. Udało się się dopiero ok. 19-ej i na koniec komary już mocno dokuczały, toteż musieliśmy się sprężać. W końcu jakoś ruszyliśmy i przycięliśmy bez zbędnych postojów do domu.

Stopik na regenerację sił na stacyjce Piasecznica (linia kolejowa na Sochaczew, Łowicz, a w dalszej perspektywie na Poznań).



Jeśli chodzi o nowości z trasy, to druga połowa totalnego łato-dziurdziołu Szymanów- Oryszew została od zeszłegowyremontowana i jes nowy asfalt (połówka bliżej Oryszewa była gotowa rok wcześniej), zostało tylko kilkaset metrów na zakręcie... chyba zostawili jako rezerwat przyrody, albo zabytek techniki, aczkolwiek lavinka ma teorię, ze to po to, by po długiej prostej musieli zwolnić i nie wypadali z zakrętu.

Drugia wiadomość, to że przy zakłądzie produkcyjnym Bakomy (pod Szymanowem) powstał sklep firmowy (może był i wcześniej, ale był słabo widoczny). Już jadąc nad Wisłę zauważyłem duży napis "Bakoma" i stwierdziłęm że wreszcie można sobie strzelić tu fotkę tak, by nie musieć podpisywać co to. A wracając po nocy zauważyliśmy, że jest to neon "Bakoma - sklep firmowy". Trzeba kiedyś odwiedzić (huannie, to pół rzutu beretem od Twojej trasy na W-wę).

Dojechaliśmy już po nocy, pod koniec Kluska czytała książkę przy świetle czołówki.



Mimo wszystko biwak był jednak udany, choć niedziela była ciężka... ale cóż, choć strasznie się zmordowaliśmy, to alternatywą było siedzenie w mieście. Spróbujemy tu wrócić po sezonie, gdy wszystkie letnie plagi znikną.



  • dystans 28.13 km
  • 4.50 km terenu
  • czas 01:39
  • średnio 17.05 km/h
  • rower Wrześniowy Rower
  • Jazda na rowerze
współrowerzyści ma wycieczce:

Skwarny biwak nad Wisłą #2

Sobota, 26 czerwca 2021 · dodano: 02.07.2021 | Komentarze 6

Poranek na plaży nad Wisłą





Hmmm, na łosia to chyba za małe, a na sarnę za dużo... więc pewnie jakiś jeleń. Dwa osobniki dorosłe i jeden lub dwa młode.




Robale




Końska mucha, dorwałem upierdliwego gada... znaczy owada.



Jakiś inny owad latający



Martwy trzmiel, urządziliśmy mu pogrzeb, nawet trumnę miał.





Powrót z ekspedycji po małże.




Teraz trzeba im zrobić basen.




No i pora skoczyć do sklepu po zaopatrzenie. Przede wszystkim woda i inne płyny (sok, mleko), ale też jedzenie (żeby się nie obciążać, zabraliśmy jedzenia na półtora dnia, planując sobotni wypad do sklepu). Tak więc jadę na lekko z prawie pustymi sakwami - zabieram śmieci, te nasze, jak i te z plaży (pierwsze co zrobiliśmy po przybyciu na miejsce, to wysprzątaliśmy najbliższą okolicę... ludzie są strasznymi syfiarzami i uwielbiają siedzieć na śmietnisku, ale my nie, wolimy się potykać o patyki i muszle, a nie o śmieci).

Przejeżdżam na drugą stronę Wisły.



Opłotki Wyszogrodu



Zakaz sprzedawania kuli armatnich



Zasadniczo Wyszogrodu nie zwiedzałem, w końcu byłem tu wielokrotnie,. Podskoczyłem tylko do kościoła obejrzeć hipotetyczny pocisk. Nie miałem pod ręką lavinki z teleobiektywem, więc fotka taka sobie, ale polornetkowałem i sobie dokładnie go obejrzałem... wcześniej miałem wątpliwości co to jest, ale po dokładnym obejrzeniu wydaje się, że jednak pocisk.




Bzura river.



Kursy do Wyszogrodu odbyłem dwa, bo pod koniec pierwszej trasy przypomniałem sobie, że zapomniałem kupić rzeczy obiadowych (na kolację). Owszem, zrobiłem listę zakupów żeby nic nie zapomnieć, ale zapomniałem na nią wciągnąć rzeczy obiadowych. W zasadzie mogłem zawrócić, ale już 3/4 odległości od sklepu do plaży pokonałem, więc dojechałem do końca, wyładowałem zakupy i pojechałem z powrotem na lekko.

Kluska większość dnia spędziła w Wiśle na pluskaniu. Jako, że przy miejscu gdzie woda przelewa się przez groblę, tworzy się głębina, a w bezpiecznej odległości od niej jest znowu za płytko, to wyznaczyliśmy bezpieczne kąpielisko.




Wodujmy "Wariaga" ("Wariag" na wiki)





"Meteor" - spośród licznych statków o tej nazwie najbardziej mi się spodobał okręt, którego budowę rozpoczęto w 1914 jako kanonierkę, a ukończony został jako statek badawczy (wiki)




Flotylla pypci.





Bezpieczny port



Lektura na wieczór



Słonko mówi dobranoc... wreszcie, bo dziś było za gorąco, a chmur za mało (dobrze, że w ogóle czasami były).




Ognisko najlepszą obroną przed wieczornymi komarami... choć nawet ono nie pomagało na najbardziej zmasowany atak w okolicach zachodu słońca (który trwał mniej więcej godzinę... no z hakiem).





  • dystans 51.60 km
  • 2.50 km terenu
  • czas 03:16
  • średnio 15.80 km/h
  • temperatura 26.0°C
  • rower Wrześniowy Rower
  • Jazda na rowerze
współrowerzyści ma wycieczce:

Skwarny biwak nad Wisłą #1

Piątek, 25 czerwca 2021 · dodano: 29.06.2021 | Komentarze 8

Korzystamy z chłodniejszych dni (jak się potem okazało, chłodniejszy dzień był tylko jeden) i ruszamy na biwak. Jest jakieś 26 stopni i gdy jest szczelna pokrywa chmur, a gdy Słońce zaczyna przeświecać przez rzadsze chmury, to robi się dla mnie za gorąco... tak więc jest to moja górna granica gorąca, jaką jestem w stanie wytrzymać. Jedzie się ciężko, bo cały czas pod wiatr.

Pisia Gągolina



Pisia Obojga Wód, czyli po połączeniu się Pisi Tucznej i Gągoliny w jedną rzekę o nazwie Pisia. Krótki stopik na mostku z obserwacją ważek i jaskółek, które co i raz coś wyławiają z rzeki.




Ponieważ zlikwidowali nam przystanek w Szymanowie, na którym zazwyczaj robimy sobie postój, tak więc zatrzymujemy się dopiero w Dębówce na placu zabaw z wiatką. Kluska okupuje kręciołek, który lubi, ale to urządzenie rzadko można spotkać na placach zabaw (widzieliśmy na jednym w Grodzisku i chyba jeszcze gdzieś).



Super kosz, można fajne wsady robić (była nawet piłka).



Pierwszy robal na trasie



Aż się zawróciliśmy, żeby sfocić tego kota.




Kolejny postój tradycyjnie pod kościołem obronnym w Brochowie.



A co to za noga wystaje z muru?



A co to za gęba?



Jeszcze mamy spotkanie z bocianem.




W Brochowie zaczęło kropić, ale burze przechodziły na południe od nas, o nas tylko brzegiem zahaczyły i przez jakiś czas kropiło (było bardzo przyjemne chłodzenie), a potem przestało.

Jedziemy wałem p.pow. wzdłuż Bzury, tylko trzeba wymijać krowy.



Były też cielaki, pierwszy się schował w trzcinach i nie dało się strzelić fotki, dopiero te się załapały, choć też nie widać ich w pełni.




Starorzecze Bzury, samej rzeki dziś nawet nie widzimy, choć jedziemy wzdłuż niej.



Kanał Łasica



Kwitnący grążel żółty i inna roślinność wodna





Kanał Kromnowski i tory kolejko sochaczewskiej.



Taka ładna gąsienica (edit: błędnica trzaska)



No i jesteśmy u celu, czyli na łachach wiślanych.




Trzeba nazbierać drewno na ognisko.



Oznaczyliśmy bród na wyspę.



Kluska zaraz znalazła jakąś kałuże i gdy grzebała w niej patykiem, zaczął się ruszać jakiś potwór... okazało się, że to rybka uwięziona w wysychającym bajorku. Ruszyliśmy więc po kubełek, żeby ją uratować i okazało sie, że tam jest nie jedna, a trzy.

Tę smukłą Kluska nazwała Delfinek (hmmm, to może być szczupak - kształt pyska, płetwa nie pośrodku, a tyłu grzbietu), a pozostałe z racji że wyglądały na sumy (pewności nie mamy, ale miały już króciutkie wąsiki) - Sumik i Sumuś.




Na razie ich nie wypuszczamy, trzeba się nacieszyć tymi zwierzątkami - Klu wykopała im basen, a do Wisły wypuściliśmy je ostatniego dnia. W porównaniu z tą prawie wyschniętą kałużą, basen jest sporo większy i warunki są o niebo lepsze. Aha, dodatkowo z dwóch ryb usuwamy po pasożycie, zdaje się że pijawki.



Oprócz tych większych (ok. dziesięciocentymetrowych), sporo wyłowiliśmy takiego oto drobiazgu. Tylko te od razu wypuściliśmy do Wisły.




To największy z tych maluchów.



Poza tym w kałuży były robale, też od razu wypuściliśmy. Larwy ważek.




A to chyba larwa płoszczycy szarej.



Jeśli chodzi o akcję ratowania ryb, to przypomniałem sobie moje dzieciństwo, gdy teren nad Pisią był zryty z powodu budowy zalewu (dziura w ziemi była chyba z dziesięć lat) i  kiedyś z jakiegoś powodu rzeka popłynęła bokiem (czy coś zatarasowało koryto, czy brzeg został rozmyty). Stare koryto zaczęło wysychać na sporym odcinku i wtedy to z koleżanką kursowaliśmy od bajorek do rzeki z kubełkami ratując ryby i raki.

Łączeń baldaszkowy





Koniec dnia zastaje nas na plaży





  • dystans 31.39 km
  • 4.50 km terenu
  • czas 01:57
  • średnio 16.10 km/h
  • temperatura 30.0°C
  • rower Wrześniowy Rower
  • Jazda na rowerze
współrowerzyści ma wycieczce:

Poprawiny Majówki 2: We wte

Środa, 12 maja 2021 · dodano: 14.05.2021 | Komentarze 2

W nocy można spotkać sporo stawonogów, które prowadzą nocny tryb życia. Tak było i tym razem, spotkać można było różne owady, pajęczaki, a także przedstawiciela skorupiaków - mianowicie takie coś, dalekiego krewnego stonogi i prosionka. Podejrzewam, że jest to jakaś kulanka, ale jaka konkretnie i czy aby na pewno, to nie wiem.



Pierwszy egzemplarz znalazła Kluska i jak zwinął się w kuleczkę, to nie chciał wyjść. A potem okazało się, że jest ich tam sporo, toteż nazbieraliśmy je do pudełka, żeby rano dokładnie obejrzeć i obfocić



Rano wypuściliśmy je na pniaczek i obserwowaliśmy jak się rozchodzą.








A te plamki z tyłu, udają chyba oczy.



Było też sporo pajęczaków, ale tutaj tylko jedna symboliczna fotka pająka.



Owady też były.



Oprócz różnego drobiazgu, były też biegacze.



Oprócz biegaczy w kolorze czarnym (ewentualnie opalizujących), były też biegacze zielonozłote... tak obstawiam, o dczytałem się, że biegacz zielonozłoty prowadzi nocny tryb życia, a bardzo podobny biegacz jest owadem dziennym.

Znaleźliśmy jednego większego (wychodzi na to, że samicę) i dwa mniejsze (samce), po czym załadowaliśmy je razem do pudełka, przy czym wywaliliśmy wcześniej nazbierane mniej efektowne biegacze. Sądząc po poniższym obrazku, będziemy rodzicami chrzestnymi małych biegaczyków (a swatami na pewno już jesteśmy).





Natomiast rano na namiocie wygrzewał się taki oto bzykacz.



Poza tym warto oglądać zwierzęce odchody, bo na przykład niepozorny bobek może się okazać... poczwarką. Podejrzewam, że jest to poczwarka jakiejś ćmy, bo one mogą się walać luzem nieprzyczepione do żadnych roślin itp. Korciło mnie żeby zabrać do domu i zobaczyć co się wylęgnie... musiałem użyć całej siły woli, żeby się powstrzymać.



Jeśli chodzi o zwierzęta niezbyt już żywe, to czaszka z mszakową sierścią. Możliwe że lisa, ale równie prawdopodobne, że psa.



Aha, w nocy oprócz robali obserwowaliśmy nowe Starlinki przemykające między jeszcze bezlistnymi gałęziami drzew... taki sznur światełek naprawdę robi wrażenie, a że rzeczywiście są dosyć jasne, nie dziwię się że projekt budził protesty astronomów, którzy obawiali się, że istotnie zakłóci obserwacje nieba.

Paprocie się rozwijają, a niektóre już się rozwinęły.


]


Dąbrówka rozłogowa zaczyna kwitnąć.



Trawy też kwitną



I poziomki... rozśmieszyła nas flaszka, którą znaleźliśmy kilkanaście metrów dalej, aż wróciliśmy do poziomki, żeby zrobić jej zdjęcie.



Poranek był niespieszny, nad ranem najlepiej się śpi. Tak więc zanim powstawaliśmy, zjedliśmy śniadanie, poszwendaliśmy się po okolicy, minęło sporo czasu, No a potem się zebrać, spakować, toteż wyruszyliśmy jak zwykle świtkiem pod południe.

Offcy jeszcze się nie chce wstawać.



Amfora, albo inny dzban - żeliwny z epoki mariańskiej... tak ustaliliśmy opierając się na legendzie o tym, jak Pan Marian został sołtysem Chojnaty, a potem pierwszym królem Polski.



Tym razem jedziemy z wiatrem, jest już gorąco toteż odpuszczamy sobie ewentualne zwiedzanie... no, zwiedzamy tylko sklep w Woli Pękoszewskiej, suchy prowiant mamy, ale musimy uzupełnić mokre picie. No i ważny punkt programu - pomenelować pod sklepem z lodami. Ale to był krótki postój, docieramy do eSeŁki i w sprawdzonej dzień wcześniej miejscówce instalujemy się na przeczekanie popołudniowej gorączki.

Zaczynamy trainspotting - ten pojazd techniczny nas zaskoczył, ale chyba znów WM-15 , być może ten sam co we wtorek.



ET22-898 w barwach PKP Cargo.



Kolejny ET22 PKP Cargo, tym razem numer 1106.



Dragon w barwach Laude - które trudno pomylić z czymkolwiek, natomiast oznaczenia E6ACTab i jak się nie da zapamiętać.



Vectron 193 567 "Wojtek" z logo Cargounit i Bahnoperator.



Poza tym gramy w łapkówkę - jest to gra będąca czymś w rodzaju siatkówki z łapaniem piłki., Gramy piłeczką tenisową, rzucając nią nad gałęzią sosny, potem łapiąc i odrzucając.



Ponieważ wiał wiatr i gdy był lepszy podmuch, to sosny rzucały w nas szyszkami, a ponadto ostatnio Klu ma fazę na piosenkę "Przechyły", to zrobiliśmy przeróbkę (pierwsza zwrotka i refren na miejscu, resztę wymyśliliśmy w domu). Oto ona:

Emeryckie Przechyły

1) Pierwszy raz przy nowym opatrunku
Trzymam kule i kuśtykam na jacht
I jest jak w szpitalu geriatrycznym
Boli brzuch i ciągle mnie mdli

Ref. O-ho-ho, emeryckie przechyły
   O-ho-ho, czy fala jakaś mknie? (Nie!)
   O-ho-ho, trzymajcie się babcie (Za kapcie!)
   Ale wiatr! Jedynka chyba dmie!

2) Zwrot przez sztag, a niech to lumbago
Czuję jak w krzyżu łupie mnie (Łup!)
Ale wiatr! Przeziębi mi nerki (Ojojoj!)
A lekarstwa za burtę zwiało mi

3) Hej ty tam, za burtę wychylony
Dziś Twój obiad rybki będą żryć
A mówiłem, jedz tylko lekkostrawne
Na coś więcej to już nie ten wiek

4) Morska toń - ten żywioł nas wykończy
Chyba czas, żeby już zejść na ląd
A przecież nawet nie odcumowaliśmy
Będzie wstyd Neptuna spotkać nam

5) A wieczorem w tawernie trwa syskusja
I przy ziółkach wspominki z młodych lat
Z Magellanem, a ten pływał z Kolumbem
Nowy ląd - wypatrzył właśnie on


Do taktu skrzypi nam skrzyp



W końcu ruszamy dalej



UWAGA STOOOOOOP!!! ROBAL!



Ogólnie jest za gorąco, niby z wiatrem jedzie się lekko i się go w ogóle nie czuje... no właśnie, nie czuć wiatru chłodzących podmuchów i skwar jest masakryczny. Do tego trasa głównie w terenie otwartym na słońcu. No cóż, trzeba było posiedzieć nad eSeŁką jeszcze z godzinę, albo i dwie czy trzy, jednak Klusce już trochę zaczynało się nudzić.

No cóż, nie ma rady - rypiemy. W ogóle miałem zamiar dziś założyć na spieczone ramiona koszulkę z rękawem... ale jak włożyłem, to zaraz zdjąłem i powróciłem do tej bez rękawów. Oczywiście ramiona spiekłem sobie jeszcze bardziej, ale ciut mniej się gotowałem w trakcie jazdy.



Książki przeczytane podczas jazdy.



No cóż, było ciężko, zdecydowanie za gorąco, środek dnia musieliśmy spędzić w cieniu... ale ogólnie całkiem fajna wycieczka wyszła, jakoś daliśmy radę, a przynajmniej dwa dni w plenerze spędziliśmy.


  • dystans 33.89 km
  • 4.20 km terenu
  • czas 02:40
  • średnio 12.71 km/h
  • temperatura 30.0°C
  • rower Wrześniowy Rower
  • Jazda na rowerze
współrowerzyści ma wycieczce:

Poprawiny Majówki 1: W te

Wtorek, 11 maja 2021 · dodano: 13.05.2021 | Komentarze 3

Ponieważ podczas majówki wraz z nastaniem maja pogoda się sp... popsuła i musieliśmy dokonać odwrotu, postanowiliśmy że przy lepszej pogodzie ją dokończymy. No i przyszła lepsza pogoda, ale przegięło w drugą stronę i z dobrej zrobiła się niedobra - znaczy upał, skwar, piekarnik, krótko mówiąc za gorąco.

Najlepiej byłoby pojechać w niedzielę po zbiórce, albo chociaż w poniedziałek, ale wtedy niestety nie mogliśmy i tak wcelowaliśmy pechowo w dwa najgorętsze dni... w ogóle w ostatnim momencie mieliśmy wątpliwości czy jechać, czy jednak sobie odpuścić. Ale jak tak będziemy czekać na dobrą pogodę, to w końcu chyba nigdy nie pojedziemy, a poza tym ostatniego lata jakoś wytrzymaliśmy te kilka dni, to i teraz się przemęczymy.

Plus jest taki, że pogoda stabilna bezdeszczowa i można zaoszczędzić na gratach - lżejszy śpiwór, można nie zabierać kurtek, cieplejszych rzeczy, zapasów suchych rzeczy na wypadek przemoczenia, a że to tylko dwudniówka, więc też i mniej żarcia (takiego co może być trudno dokupić)... za to mamy ze sobą cały zapas wody (tym razem nie miałem kiedy podjechać i założyć depozyt) i więcej płynów do bieżącego uzupełniania (dodatkowa woda, sok), a nie dało się zaoszczędzić na termosach, bo zamiast gorącej kawy i herbaty jest kawa mrożona (jak się naładuje dużo lodu, to i drugiego dnia jest zimna).

A więc, raz kozie śmierć - jedziemy! Kierunek - Głaz Mszczonowski. Mieliśmy tam dojechać trzeciego dnia majówki od zachodu, a następnego dnia myk na północ do domu przez Wolę Pękoszewską. Teraz jedziemy właśnie od północy i trasę która miała być tylko powrotna, pokonujemy w te i we wte.



Pierwszy większy postój robimy na eSeŁce (linia kolejowa Skierniewice - Łuków, w skrócie S-Ł). W tej chwili na większości linii jest tylko ruch towarowy, dopuszczona prędkość jest niezbyt wysoka, a tam gdzie się zatrzymaliśmy w ogóle czynny jest tylko jeden tor (drugi wyłączony od 2001, gdy we Mszczonowie podmyło nasyp).

Instalujemy się w cieniu przy torach, jest już po 12-ej (nie wyjechaliśmy skoroświt), a ponieważ robi się największa gorączka, przeczekujemy najgorsze godziny i kiblujemy prawie do 16-ej, gdy zaczyna się trochę ochładzać i cienie są dłuższe (choć nadal jest za gorąco). Zajęć jest sporo, bo a to szukanie skrzynki (dlatego właśnie tu postój), hamakowanie, rzucanie szyszkami do środka opony (kilka tam było, czasem nawet śmieć się przydaje), oglądanie robali, rzucanie piłeczką, granie na harmonijce i śpiewanie, oczywiście jedzenie i picie i inne drobiazgi... jakoś czas nam zlatuje.



No i trainspotting! Pociągi nie jeżdżą tu zbyt często, w sumie przez te cztery godziny było ich osiem (dwa na godzinę). Głównie towarowe, toczą się dosyć wolno, głównie ciągną kontenery z Chin, albo platformy, trafiły się też kryte wagony, węglarki i lawety z samochodami prawdopodobnie do Mszczonowa (tam jest bocznica na wielki parking, skąd dowożą je do miast, gdy korki robią się za małe). My robimy zdjęcia, Kluska macha maszynistom, oni ją pozdrawiają trąbieniem lub odmachują (albo jedno i drugie).

201Eo-009 z logo Cargounit (ale w barwach chyba jeszcze STK). 201Eo, czyli wg oznaczeń PKP popularne ET22, elektryczna lokomotywa towarowa nazywana też Bykiem.




181-020-9 czyli lokomotywa produkcji czechosłowackiej, seria 181 w Polsce była oznaczana jako ET23. Tu w barwach Alza Cargo.



ET22-736 w barwach PKP Cargo.



Pojazd techniczny, a konkretnie wózek motorowy WM-15Ak 241 (w brwach PLK - Polskie Linie Kolejowe).



3E / 1-55 (inne oznaczenie to ET21), w barwach Ecco Rail.



A tu trafiła nam się perełka - ET22-003, najstarsza pozostająca na torach lokomotywa typu ET22 i pierwsza produkcji seryjnej (pierwsze dwa egzemplarze były prototypami i zostały już zezłomowane). W 2015 zostało jej przywrócone najstarsze malowanie, w różnych okresach miała ona różne malowania (aczkolwiek cały czas zielone) - inny odcień zieleni, żółte czoło, czy pas na przedzie.



181 055-5, czyli znów seria 181, w barwach STK,  ale bez logo (bo już nie należy do STK).



ET22-765 w barwach PKP Cargo ze świeżym transportem korków.



Tajemnicza chmura (lavinka z Kluską twierdzą, że to statek kosmiczny).



Jeśli chodzi o robale, to były takie nieduże, opalizujące na niebiesko chrząszcze.




Były też takie, prawdopodobnie to rynnica topolowa.




A tutaj parka




I inne robale




W końcu ruszamy dalej, od rana trasę mamy cały czas pod wiatr, w związku z tym jedzie się ciężko i niezbyt szybko, ale za to upał nieco mniej przeszkadza, bo jest chłodzenie.

Widoczki po drodze - roznące zboże, kwitnący rzepak.




W Korabiewicach musimy się przebić przez remont drogi, na szczęście ułożyli chodnik, którym możemy się przebić obok właśnie kładzionego i gorącego asfaltu.

Rzeczka Korabiewka.




Kolejny postój - opuszczony dwór w Woli Pękoszewskiej. lavinka czytała kiedyś wspomnienia Marii Górskiej (1837-1926), która tu mieszkała - "Gdybym mniej kochała".







Menelujemy sobie na schodkach, które o tej porze są w cieniu.




Kluska postanowiła nazbierać pokrzywy na wieczorną herbatkę.



Ten dąb złamał się jakieś trzy lata temu.



Kolonia gawronów na jednym z drzew.



Stąd już niedaleko do Głazu Mszczonowskiego - a oto i on z zewnątrz.



Jest i sam głaz, największy na Mazowszu choć obecnie w województwie łódzkim. Aczkolwiek nie wiem, czy dokłądnie został zbadany pod ziemią, jakby go całkowicie odkopać, może by się okazało że jest największy w Polsce.




A obok Głazik Mszczonowski.



Dalej trafiamy na pierwiosnki. Na Mazowszu nie ma ich zbyt dużo, choć oczywiście można je trafić - pod samym Żyrardowem znam tylko jedno stanowisko. Bardzo dużo jest ich natomiast na przykład w Beskidzie Niskim




Uff, jakoś przeżyliśmy pierwszy dzień... choć ja się trochę przypiekłem na ramionach i stopy, no cóż wcześniej jeździłem co najwyżej w krótkim rękawku, a jak w sandałkach to najczęściej w skarpetkach. Teraz trzeba było wdziać wersję ultra-light - krótkie spodenki i koszulkę bez rękawów, a do tego bandama i sandałki.

Wieczorna herbatka z pokrzywy zbieranej przez Klu:




  • dystans 39.85 km
  • 5.20 km terenu
  • czas 03:08
  • średnio 12.72 km/h
  • rekord 34.20 km/h
  • rower Wrześniowy Rower
  • Jazda na rowerze
współrowerzyści ma wycieczce:

Majówka Minimum 3: Kiblowanie i powrót

Sobota, 1 maja 2021 · dodano: 05.05.2021 | Komentarze 3

No i wreszcie majowa część majówki, a nie kwietniowa jak do tej pory.

Jakoś tak po piątej nad ranem, obok nas zaczął stukać dzięcioł... miałem nadzieję że przestanie, bo nie chciało mi się wychodzić z namiotu, a poza odsuwając suwaki mógłbym wszystkich obudzić. Ale ten dziad nie przestawał, robił przerwy między łupaniem i wydawało się że odleciał... a potem znów łupłupłupłup! W końcu, gdy i lavinka i kluska też się obudziły, ruszyłem go przegonić.

Często jak się podchodzi dzięcioła, to mimo że się idzie powoli i jak najciszej, to nim człowiek stanie pod drzewem, ptak odlatuje... ale ten nie. Zrobiłem parę kółek wokól, nie starajc się być cicho - nic. W końcu zacząłem stukać patykiem w drzewo, najpierw niezbyt głośno - nic, potem już mocniej i głośniej - uff, wreszcie pomogło.


W nocy oprócz ślimoli wychodziły biegacze (inne owady też, ale biegacze były najokazalsze), ponieważ ciężko im zrobić w świetle latarki dobre zdjęcie, złapaliśmy dwa do pudełka, a rano po sesji zdjęciowej wypuściliśmy.

Trafiliśmy dwa bardzo podobne biegacze, różniące się właściwie kolorem - jeden brązowawy, drugi niebiesko-fioletowawy. Początkowo zastanawiałem się czy to nie dymorfizm płciowy, ale po sprawdzeniu okazało się że jest kilka albo i więcej gatunków bardzo podobnych biegaczy, które różnią się właśnie połyskiem i kolorem na brzegach, a także żłobkowianiem, dołkami i gruzełkami na pokrywach... co gorsza w obrębie jednego gatunku może być zmienność kolorystyczna.

No cóż, wstępna hipoteza jest więc taka, że są to dwa różne gatunki biegaczy, ale nie można wykluczyć że mimo wszystko jest to jeden gatunek




Porównanie



I fotki nocne - ten brązowawy to chyba ten sam co na zdjęciach powyżej



Ale ten to prawie na pewno inny egzemplarz (fotka z poprzedniej nocy). Szkoda że wcześniej nie wpadliśmy na pomysł ich łapania i zrobienia porządnej sesji, żeby mieć lepsze porównanie.



Rano jak zacząłem szykować śniadanie przy ognisku, było sucho. Jednak po pewnym czasie zaczęło siąpić - na początek niezbyt dokuczliwie, tylko trzeba było pochować rzeczy, które mogły zamoknąć. potem jednak coraz bardziej kropiło i w końcu Kluska ewakuowała się do namiotu, ja zaś dokończyłem gotować kolejne porcje wody na kaszki, kawy, herbatki do termosów i też przeniosłem się do namiotu.

Zaczęło się kiblowanie - kiblowaliśmy... bo ja wiem, może ze cztery godziny. Najpierw tylko kropiło, ale później przeszło kilka fal regularnego deszczu. A my w tym czasie jedliśmy, śpiewaliśmy, graliśmy, rysowaliśmy opowiadaliśmy historyjki itp.



W końcu przestało padać i zaczęliśmy się pakować. Zebraliśmy się, ruszyliśmy ok 13:40 i wtedy znów zaczęło padać. No trudno, jedziemy mimo wszystko.

Dodatkowo zerwała mi się linka od przedniej przerzutki, musiałem jechać na jedynce, dobrze że tł działał. W sumie nawet nie bardoz przeszkadzało - dziś chłodno i wilgotno, toteż nie jechałem za szybko, by Klusce z tyłu za bardzo nie wiało, a mimo to lavinka i tak zostawała z tyłu (tylko jak było w dół, to nie odstawała).



Przejeżdżamy mostek na Chojnatce, dziś miała być trasa wzdłuż Chojnatki.




Podjeżdżamy pod sklep w Jeruzalu, żeby uzupełnic zapasy (w szczególności wodę), ale jest zamknięty. Za to mniej więcej w tym miejscu przestało padać.

Jedziemy teraz do skrzynki lavinki... lavinka chce jechać przez Wólkę Jeruzalską, twierdząc że tam jest lepsza droga, bo od drugiej strony zryte po ścinkach (przynajmniej tak było w zeszłym roku). Ale ja decyduję, żeby pojechać przez Paplin, bo tam jest wiejski sklep, który może być dziś otwarty.

I rzeczywiście sklep jest otwarty, a przed nim menel, który już z daleka jak nas zobaczył, zaczął machać rękami i wołać, że tu jest otwarty sklep. Kurczę, skąd on wiedział że szukamy sklepu. W końcu w całym tym zamieszaniu zapomniałem zrobić fotkę (znowu, bo parę razy wcześniej tędy przejeżdżając, nie chciało mi się zawracać jak go minąłem) - a sklep nazywa się "Sklep Wiejski", o czym informuje tablica nad bramą powitalną przez którą się wchodzi na dziedziniec przed sklepem.

Z Kluska wbijamy się do sklepu, a Pan Menel w międzyczasie opowiada lavince historię życia, okazuje się że ma ksywkę "Kapsel" i siostrę w Żyrardowie, podaje jej imię i nazwisko (panieńskie, bo po mężu nie pamięta), podaje swój adres i zaprasza cały Żyrardów do siebie. A na koniec próbuje Klusce wcisnąć minipizzę (skąd on wie, że Klu ma permanentne "Żrrryć!"?), od czego się delikatnie by go nie urazić wymigujemy. To był menel de luxe,  nie tylko nie próbował od nas wysępić złotówki "na śniadanie"... płynne oczywiście, ale wręcz przeciwnie. Na koniec spodobała mu się moja broda i chce się zamienić na brody. W końcu odjeżdżamy.

To było pierwsze takie spotkanie z Kluski z menelem, żulikiem, czy jak go tam określić. Nawet stwierdziła że Paplin - miejscowość meneli, a ja dodałem (gdy mijaliśmy odpowiedni drogowskaz) Paplinek - miejscowość Menelików (I i II).



Dworek w Paplinie w trakcie jakiegoś remontu.



Następnie znów przekraczamy Chojnatkę i wbijamy się w las w gruntówę... droga góra-dół (skrajem skrajem doliny Chojnatki) i większość drogi musimy prowadzić obładowane rowery. Ale przynajmniej można się rozgrzać marszem. Ale za to ta trasa nie jest zryta przez ścinki (dopiero ostatni fragment, ale dosyć krótki). Tak docieramy do "ostatniego menhira na Mazowszu", jak ten głaz nazwała lavinka i skrzynki którą z tej okazji założyła.




A oto komiks wyjaśniający skąd się tu wziął (powiększenie po kliknięciu w fotkę).



Pomrów XIII Wielki, król ślimoli. Co prawda po sprawdzeniu wydaje się, że to nie pomrów wielki, a czarniawy (wielki ma plamy na całym ciele, a czarniawy nie ma ich na płaszczu, który jest czarny).



Jeśli chodzi o aurę, to mimo że nie pada, to jest mokro i dosyć zimno. Z prognoz wynika, że niedziela deszczowa i wietrzna - to był ten dzień który mieliśmy przekiblować w namiocie... jednak dodaktkowo ma być silny wiatr, a ponadto poniedziałem też może być deszczowy i raczej chłodny. A biorąc pod uwagę, że już dziś parę godzin kiblowaliśmy, że już dziś jest mokro i zimno, a przeczekując niedzielę nie doczekamy do dnia z ładną pogodą, lecz wręcz przeciwnie... decydujemy się od razu wracać do domu.

Jest już dosyć późno, gdy ruszamy jest ok. 16-ej, ale na szczęście dzień jest długi i mamy ponad cztery godziny do zachodu słońca. Do domu też niezbyt daleko, bo poniżej 30km i nawet licząc przepchanie się przez gruntówy tego lasu i Wólki Jeruzalskiej, mamy zapas czasu.

Po drodze spotykamy na drodze padalca, ponieważ się nie rusza mimo że oglądamy z bliska, wydaje nam się początkowo że jest martwy (aczkolwiek nie ma mechanicznych uszkodzeń ciała). Postanawiamy jednak przenieść go z drogi w głąb lasu, a gdy podnosimy, wydaje się że lekko się porusza... tak więc chyba tylko jest mocno schłodzony i niemrawy. Dodatkowo przykrywamy go liściami, by nic go nie zeżarło w czasie gdy jest taki niemrawy.





Przepychamy się przez las, mimo zapowiedzi lavinki, to jest ta bardziej zrta część drogi, bo w międzyczasie właśnie tutaj były ścinki. Na szczęście ostatnio było sucho i nie ma jeszcze błota. Potem przebijamy się przez Wólkę, piaszczystymi drogami. A tam sporo ruinek i ogólnie dosyć klimatycznie, mimo trudnej drogi.






W końcu wydostajemy się na asfalt w Jeruzalu (przez który przejeżdżamy już trzeci raz w ciągu tej majówki!) i rypiemy prosto do domu. początkowo tą samą trasą, tyle że w drugą stronę.

Dziurdzioł Mazowiecki.




I tak jak w tamtą stronę, tak teraz robimy postój na cmentarzyku w Studzieńcu, ale przy zupełnie innej aurze.



Do wyboru są trzy drogi - najkrótsza która oszczędza co najmniej 5 kilometrów, wiedzie od pewnego momentu drogą wojewódzką, droga koszmarna z dużym ruchem i choć dziś spodziewamy się dużo mniejszego ruchu, to może być jeszcze gorzej - na pustej drodze wszelcy bandyci drogowej będą pewnie pruć jak wariaci. Tak więc pozostaje pojechać nieco naokoło, w tamtą stronę objechaliśmy las z jednej strony, teraz objeżdżamy las z drugiej strony

Można teoretycznie jeszcze przez las, ale droga to totalny dziurdziol po części też strasznie zryty przez sprzęt od ścinki i zrywki ze sporym ryzykiem błota (nawet z niewielkim obciążeniem staramy się ten odcinek omijać). Można też wybraną trasę nieco skrócić, ale znowu jakąś wertepiastą dróżką, którą wysypali grubym tłuczniem albo gruzem (rany, może by wreszcie ją wyasfaltowali jak większość okolicznych wiejskich dróg - byłby fajny skrót).

Po drodze mijamy przed domami kilka smętnych, okutanych w kurtki grupek, które próbują świętować Święto Grilla.



Po drodze spotkanie z bocianem, kilka spotkań z bażantami itp.



Zahaczamy o Aleksandrię, mając nadzieję że Biblioteka Aleksandryjska jest wreszcie znów otwarta, ale niestety w międzyczasie spłonęła.



Na koniec jeszcze przejeżdżamy obok harcówki drużyny Kluski, a pnieważ dziś jest 1 Maja, przejeżdżamy przez ulicę 1 Maja (nie musieliśmy nawet specjalnie zbaczać, bo od tej strony nie da się przejechać przez miasto nie przejeżdżając przez 1 Maja. No i tak docieramy do domu.

Niedzielę kiblujemy więc w domu, zamiast pod namiotem, zresztą niektórzy kiblowali dziś w terenie (tak jak i my początkowo planowaliśmy). Otóż obecny drużynowy Kluski z ekipą kiblowali na łódce gdzieś na Mazurach i wieczorem nadawali śpiewanki live na fb (link do śpiewanek jakby kto był zainteresowany). Otóż ponad rok temu w czasie lockdownu zaczęli nadawać online śpiewanki i od tej pory co niedziela nadają je pod tyułem "Usiądź z nami przy ognisku", teraz był już 37 odcinek. Zwykle nadają z harcówki, ale tym razem z łódki i nie obyło się  bez początkowych problemów technicznych... a poza tym był ogólny klimacik kiblowania po obu stronach ekranu.

Co do pogody, to co prawda u nas w poniedziałek tylko raz krótko padało (za to grad), ale z radarów wynikało że chmury deszczowe które nas omijały, szły tam gdzie byśmy byli gdybyśmy nie wrócili wcześniej i przez pół dnia co chwila jakiś deszcz by przechodził Tak więc przynajmniej nie żal było wcześniejszego powrotu (ale nawet gdyby poniedziałek był pogodny, skrócenie majówki i tak by było dobrą decyzją).

Natomiast najlepszą decyzją był wcześniejszy wyjazd na majówkę, dzięki temu mieliśmy trzydniówkę i dwa dni dobrej pogody.


  • dystans 16.60 km
  • 4.50 km terenu
  • czas 01:30
  • średnio 11.07 km/h
  • rekord 32.50 km/h
  • rower Wrześniowy Rower
  • Jazda na rowerze
współrowerzyści ma wycieczce:

Majówka Minimum 2: Pętelka Minimum

Piątek, 30 kwietnia 2021 · dodano: 04.05.2021 | Komentarze 8

Nad ranem pada trochę deszcz, potem nisko przelatuje wojskowy helikopter, ale poza tym noc przebiega spokojnie.

Gdy wstajemy, już się rozpogodziło i nawet słońce zaczyna świecić. I tak będzie cały dzień - słonecznie, wietrznie i bezdeszczowo. W cieniu, albo gdy słońce zajdzie za chmury, jest trochę chłodno (zwłaszcza w wietrznym miejscu), za to na słońcu i w osłoniętych miejscach dosyć ciepło.

Nim zjemy śniadanie i się zbierzemy (niezbyt wcześniej, ale zdążyliśmy przed południem), namiot wyschnie... ale wcześniej można umyć twarz i ręce korzystając z wody na tropiku.



Przed zwinięciem namiotu trzeba eksmitować ślimole, które oblazły sypialnię (fotka ze środka namiotu).



A na oponie znajduję takiego robala.



Ruszamy, dzisiaj króciutka trasa po okolicy.

Pierwszy postój, to przystanek w Esterce (więcej zdjęć we wpisie na blogu pocztówkowym).





A potem gruntówami dalej.



Aż docieramy do doliny Rawki.




Czeremcha jeszcze nie kwitnie



W końcu docieramy do samej Rawki



Grodzisko w drugim planie




Szukamy skrzynki przy grodzisku i zdaje się że znowu zginęła... albo pniak się rozpadł tak, że nie da się go rozpoznać, a skrzynka pogrzebana pod próchnem i dopiero archeolodzony kiedyś ją odkryją... ponieważ w logach jest info, że ktoś znalazł skrzynkę walającą się luzem, przeczesujemy okolicę, żeby ją znaleźć ewentualnie jakieś resztki. Aż tu Kluska woła:
- Znalazłam sztuczne jajko!

Przynosi mi znalezisko i co się okazuje? Jest to prawdziwe jajko! Ale hipoteza było o tyle sztuczna, że dzień wcześniej w skrzynce było sztuczne jajko. Robimy mu zdjęcia i czym prędzej odkładamy je tam skąd Klu wzięła i mamy nadzieję że nasz krótki kontakt z jajkiem mu nie zaszkodzi. Leżało na ziemi przy drzewie, nie było żadnego gniazda, no ale cóż - różne są zwyczaje lęgowe ptaków... rzucam jeszcze okiem w górę, ale nie widzę żadnego gniazda z którego mogło wypaść (na przykład wyrzucone przez kukułkę).

W domu sprawdzam i wychodzi mi że jest to jajo drozda śpiewaka - kolor i plamkowanie się zgadzają, rozmiar też (miało gdzieś pomiędzy 2,5 a 3cm). Śpiewaki budują porządne gniazdo, więc jajo znajdowało się poza nim, doczytałem się że kukułki podrzucają im swoje jaja, więc wydaje się że hipoteza z kukułką była słuszna... widziałem fotkę kukułki z jajkiem w dziobie, więc może odfrunęła dalej z jajem nim je wyrzuciła, żeby ptaszki się nie zorientowały (co by tłumaczyło że nie widzieliśmy obok gniazda).

Jeśli dobrze wykombinowałem, to znaczy że jajku nie zaszkodziliśmy, a w każdym razie nie my mu zaszkodziliśmy.



Przy okazji wstawię fajne porównanie jaj (na grafice są modele jaj, a nie prawdziwe jaja... z wyjątkiem kurzego), podobne ale z mniejszą ilością jaj krążyło w okolicach Wielkanocy. Powiększenie po kliknięciu w fotkę. A tu inne tablice jaj - link.



A poza tym - jaskółki nisko latały, znaczy będzie padać. Poza tym jest to znak, że już przyleciały, pora sprawdzić po powrocie z majówki, czy hipotetyczna kolonia brzegówek jest zasiedlona.



Po dłuższym postoju na łączce nad Rawką, przebijamy się do kładki i nią przechodzimy na drugą stronę.




A tut taka fajna łąka, tak Klusce się podoba, że znów musimy się zainstalować na dłużej (ale spoko, dlatego trasa krótka, żeby się nie spieszyć i pobyć dłużej tam gdzie nam się akurat spodoba).



Kluska lornetkuje okolicę



Min. grodzisko w Starej Rawie, większe od tego w Dzwonkowicach.



Przyszła pora na zmianę koszulki - znaczy zielona , która była na wierzchu, teraz idzie pod spód, a na wierzchu ląduje maskująca spod spodu.



W końcu docieramy do kościoła w Starej Rawie.



Grób przy kościele



Anioł na monocyklu?



Wtem! Po ogrodzeniu biegnie wiewiórka - zasuwa szczytem ogroszenia jak kot, tylko że koty zwykle powoli kroczą, a ta zasuwa pełnym gazem (pożyczam fotkę od lavinki, bo mi słabiej wyszły). Niesamowity widok.



W skrzynce sporo logbooków, zostawiamy najnowszy, a różne karteluszki zabieramy... po rozprostowaniu i posegregowaniu okazuje się, że są min dwie ocalałe kartki z pierwszego logbooka sprzed 11 lat.



Docieramy na grodzisko



Ścieżka na szyt doskonale nadaje się puszczania i łapania piłeczki.



I tak nie wiadomo kiedy zrobił się wieczór, więc pora się kierować na upatrzone miejsce noclegowe w krzakach. Jeszcze kilka kadrów z trasy.

A tym widoczkiem Kluska się zachwyciła.



Jeszcze raz Rawka



Krokodyl rawkowy (Crocodylus ravcoticus)






  • dystans 31.62 km
  • 5.60 km terenu
  • czas 02:33
  • średnio 12.40 km/h
  • rekord 35.00 km/h
  • rower Wrześniowy Rower
  • Jazda na rowerze
współrowerzyści ma wycieczce:

Majówka Minimum 1: Na Wysoczyznę Rawską

Czwartek, 29 kwietnia 2021 · dodano: 03.05.2021 | Komentarze 12

Majówka Minimum, bo jedziemy tylko za granicę... znaczy za granicę województwa i to tuż tuż za granicę. A daleko też nie mamy, bo do granicy z łódzkim mamy ze dwadzieścia kilometrów, a pewnie dałoby się przekroczyć granicę przejechawszy tylko kilkanaście. Poza tym Minimum, bo nie planujemy długich przebiegów, niewiele więcej niż to co ja przejechałem w jeden dzień w ramach rekonesansu, mamy zamiar przejechać w cztery dni.

Zasadniczo planowaliśmy wyruszyć w piątek, ale prognozy na majówkę sprawiły, że postanowiliśmy wyjechać już w czwartek (najlepiej by było jeszcze dzień wcześniej, ale już byśmy się nie wyrobili). Plan jest taki - cztery dni jazdy i jeden dzień zapasowy na kiblowanie, a jakby pogoda zrobiła się beznadziejna to ewentualny wcześniejszy powrót (daleko nie mamy).


Ruszamy niezbyt wcześnie, na start obowiązkowo buła i książka.



Pierwszy postój na krzaczki i Kluska znajduje w zagajniku obrączkę gołębia. Bardzo się cieszy, bo jak się okazuje marzyła o takim znalezisku od dawna (sam mam w domu jakąś znalezioną). Odczytaliśmy że był to zwykły gołąb (nie pocztowy, nie egzotyczny), z 2015 i z rejonu Kutna.



Tradycyjny postój na cmentarzyku w Studzieńcu. Kluska ogląda groby wychowanków zakładu poprawczego (z roczników dostępnych online, wyczytałem, że na zajęciach stolarskich sami wykonywali trumny, było wyszczególnienie ile czego wykonali w danym roku).



Wygodny pniaczek na skraju cmentarzu, robi za stolik, albo siedzenie... gdy już się rozpadnie, nie będzie tak fajnie. Kluska wpisuje się do skrzynki - jest to jedna z trzech pierwszych moich skrzynek, które założyłem 11,5 roku temu (rany, jak ten czas leci).



Zagajniczek przy cmentarzu



Graby zielenieją



W zagajniczku w tej chwili kwitną głównie głównie fiołki i ziarnopłony wiosenne. Można na nich przyłapać motyle - to chyba bielinek bytomkowiec.




A tu gody cytrynków (dwa samce z ciemniejszymi skrzydełkami i jasnożółta samiczka)



Kluska wypatrzyłą oleice i to ze cztery po kolei (w sumie ich z sześć znaleźliśmy).

Tutaj z lewej samica (najłatwiej poznać po czułka - są względnie proste, znaczy tylko falują), a z prawej samie (czułki wyraźnie w połowie załamane mniej więcej pod kątem prostym).



O, u tego samca wyraźnie widać załamanie czułków



I jeszcze jedna samiczka



Wyprawa na brzozową wysepkę, droga wiedzie po ziemi ubitej przez koła traktora.



Rypiemy dalej - pod wiat, pod górę i pod słońce. Pod górę, bo jedziemy z Równiy Łowicko-Błońskiej na Wysoczyznę Rawską, po drodze zaczynają się łagodne wzgórza wysoczyzny i lekkie zjazdy (ale potem trzeba to znów podjechać) i pierwszy konkretny zjazd do Jeruzala - już w województwie łódzkim.

Tam zdobywamy skrzynkę związaną z kwaterą wojenną z 1939. Tak więc najpierw odwiedzamy cmentarz i mogiły by spisać hasło do zalogowania skrzynki.



A potem do lasku po skrzynkę, gdzie robimy sobie rozwałkę. Przerwa na logowpisy, jedzenie itp.



Stamtąd idziemy po kolejną skrzynkę, bo jest już blisko, ale droga jest usiana pułapkami. A to górka piasku, na której utyka Kluska i nie chce się ruszyć.



A to krzaki akacji z kolcami, które Kluska odrywa, wbija w źdźbła trawy i tak ma broń (w tle kościół w Jeruzalu).



A to stare, połamane płyty lastriko za cmentarzem... Kluska dodatkowo znalazła węgielek i coś na nich rysuje.



Tak więc od znalezienia pierwszej skrzynki poprzez znalezienie drugie, poodkładanie wszystkiego i wszystkie atrakcje mija jakieś pięć kwadransów nim udaje nam się wyruszyć.

Jeszcze bawimy się w zwiadowców i podchodzimy mamę.



Lornetkowanie - Klu mam nową zabawkę, lornetkę z ośmiokrotny przybliżeniem, fajna bo kieszonkowa, na wyrypę z pełnym obciążeniem w sam raz.



Rypiemy dalej, droga przez las w wielu miejscach piaszczysta i trudno przejezdna, zwłaszcza z pełnym obciążeniem. Poza odcinkami pieszymi dałoby się nawet jechać, ale robimy sobie przyjemny spacerek przez las.



Tajemniczy las jak z horroru.







Aż docieramy do Gacny.



Jest to kaplica w środku lasu, w miejscu o nazwie Gacna - kiedyś mówiliśmy na niej Gocha, bo na mapie mieliśmy taką nazwę, chyba błąd w kopiowaniu map. Tak czy inaczej cały czas dla nas trochę Gochą jest.




Klu w jałowcach



Mierzenie obwodu sosny przy kaplicy - wyszło nam, że ma 262 cm.



Piasek! Tylko dlatego wyciągnęliśmy Kluskę z Jeruzala, bo obiecaliśmy jej piasek pod Gochą. To jest główna droga z Jeruzala, dlatego przepychaliśmy się bocznymi ścieżkami, bo tędy nawet pchać byłoby ciężko.



Kluska dokopała się do skały ma... przepraszam, do piachu macierzystego



Ruszamy dalej (znaczy pchamy dalej), wjeżdżamy... eee wchodzimy z powrotem do województwa mazowieckiego .



Poprzerastana sosna



Docieramy do stawów przy rzeczce Chojnatce.




W tle młyn. Po prawej województwo mazowieckie, po lewej łódzkie, do którego za chwilę wejdziemy (ale już w innej gminie).



Klon jesionolistny - kwiaty żeńskie



i męskie



Idziemy dalej:
- Łoooo! Ziuciek!



W końcu docieramy w krzaki, gdzie kilka dni temu złożyłem depozyt z wodą w butelkach i rozbijamy się noc. W nocy wypełzają ślimole.



Ale też można spotkać inne owady o nocnym trybie życia, czy na przykład takiego pająka.