teczka bikera meteor2017

avatar Miejsce robienia kawy do termosu: Żyrardów. Od 2009 nakręciłem 124075.40 km z czego 18790.55 wertepami i wyszła mi mordercza średnia 17.14 km/h
meteor2017 bs-profil

baton rowerowy bikestats.pl

Czerstwe batony

2025 2024 2023 2022 2021 2020 2019 2018 2017 2016 2015 2014 2013 2012 2011 2010 2009 Profile for meteor2017

Znajomi bikestatsowi

Jakieś tam wykresy

Wykres roczny blog rowerowy meteor2017.bikestats.pl

Kalendarium

  • dystans 89.32 km
  • 10.50 km terenu
  • czas 05:33
  • średnio 16.09 km/h
  • rekord 36.50 km/h
  • rower Wrześniowy Rower
  • Jazda na rowerze
współrowerzyści ma wycieczce:

Weekend Bez Samochodu 1: Podlaskie klimaty

Sobota, 23 września 2017 · dodano: 04.10.2017 | Komentarze 2

grzyby w krzakach - Dobrowoda - Kleszczele - Milejczyce - Hornowo - Żurobice - Siemiatycze - Siemiatycze-Stacja - most na Bugu - Stare Mierzwice - Sarnaki - krzaki (MAPA)

Album ze zdjęciami

Na początek wzmianka historyczna o tym jak wyglądała przynależność tych terenów w czasach zaborów (to będzie istotne przy wzmiankach o odwiedzanych obiektach) - otóż na północ od rzeki Bug początkowo był to zabór pruski a na południe austriacki. Od 1807, gdy postało Księstwo Warszawskie , objęło ono tereny na południe od Bugu, a te na północ trafiły do zaboru rosyjskiego i podział ten utrzymał się po wojnach napoleońskich, tyle że na południe od rzeki była granica Królestwa Polskiego (do granic na zachodzie i północy na Nurcu i Narwi nie jechaliśmy).

Poranek w mokrym lesie, za to grzybów po prostu zatrzęsienie... nie dało się rozbić namiotu, żeby nie spać na grzybach. Rano najpierw nie padało, ale gdy już się pakowaliśmy to zaczęło kropić, a potem rozpadało się nieco bardziej. Na szczęście namiotu nie zdążyliśmy złożyć i mogliśmy w środku przeczekać. Trochę popadało, ale w końcu przeszło i mogliśmy się zwijać.



Grzyby wszelakich gatunków, głównie niejadalne, ale jadalne też się trafiały. Na przykład okazało się, że rowery postawiliśmy na kurkach. Były też kozaki, zajączki, podgrzybki, jakiś prawdziwek... nie zbieraliśmy jednak, bo po deszczach dosyć namoknięte, nawet w normalnych warunkach pewnie by się do transportu nie nadawały, a co dopiero do wiezienia przez dwa dni.




Kania, która wczoraj w nocy witała nas przy bocznej dróżce, którą wbijaliśmy się w krzaki.



Widłaki



No to jedziemy, o ile wjazd w las był piaszczysty to wyjazd błotnisty... a Green Velo poleciało asfaltem, to ewidentne przeoczenie, nasza trasa jest bardziej urozmaicona i wnioskujemy o zmianę przebiegu szlaku!



Pod Dobrowodą przekraczamy linię kolejową Czeremcha - Hajnówka.



Dobrowoda nad rzeczką Dobrowódką, to całkiem przyjemna wieś, w której jest trochę drewnianej zabudowy.




I tu się okazuje, że wróciliśmy na Green Velo... i już po chwili trafiamy na bruk! Wzorem lokalsów jedziemy chodnikiem, a potem ścieżką, na szczęście odcinek brukowy ma tylko 400m. Jakby kto się pytał jak na mapce GV jest oznaczona ta nawierzchnia, to jest to "kostka/płyty".




Spokojnie dojeżdżamy do Kleszczeli, mamy zamiar podjechać do centrum wsi obejrzeć kościół, cerkwie i zrobić zakupy w sklepie... Green Velo jednak zaczyna jakoś dziwnie kręcić, widzimy znak MOR - 1 i postanawiamy podjechać przetestować ten MOR, bo potem chyba nie będzie okazji.

A to przykład jednej z ewidentnych niedoróbek - znak postawiony za słupem, tak żeby nie było wszystkiego widać.



Co się okazuje - MOR jest poza szlakiem, który odbija dalej w kierunku Hajnówki nie wjeżdżając do środka wsi. Sam MOR (Miejsce Obsługi Rowerzystów) jest gdzieś na opłotkach, od szlaku prowadzą osobne znaki. Zarówno GV, jak i odbitka do MORu doskonale omijając zabytki i inne atrakcje Kleszczel, w tym sklepy.



No i trafiliśmy w końcu na MOR, na który składają się:
- wiatka z ławkami i mapą szlaku
- ławki ze stołem
- toi-toi  ukryty za wiatką
- stojaki rowerowe
- kosze na śmieci



Kosze na odpady segregowalne... brak kosza na odpady niesegregowalne. Poza tym nie ma podpisów, są tylko kolory klap. Ponieważ nie pamiętam, który kolor co oznacza (bo u nas jest jeden kosz ogólny na wszystkie odpady segregowalne... no, jakiś czas temu pojawił się jeszcze na szkło), to po chwili wahania wrzucam słoik i pokrywkę razem do pierwszego lepszego kosza, a sądząc po zawartości wszyscy robią dokładnie tak samo. To tyle jeśli chodzi o segregację.



Jest mapka poglądowa całego szlaku, ale brak bardziej przydatnej na szlaku mapki szlaku w najbliższej okolicy. Jest też lista najważniejszych i najbardziej znanych atrakcji turystycznych na całym szlaku, ale co z tego że są oznaczone atrakcje np. okolic Przemyśla, gdy nie ma nic o zabytkach i atrakcjach Kleszczeli i najbliższej okolicy.



MOR postał obok siłowni plenerowej, może to był główny powód tej dziwnej lokalizacji?



No i to tyle, jeśli chodzi o Green Velo, bo odbijamy zwiedzić Kleszczele, a potem w zupełnie innym kierunku. Odcinek szlaku, którym jechaliśmy był generalnie ok, ale czytając testy szlaku na stronie Zielonego Mazowsza okazuje się że trafiliśmy po prostu na jeden z lepszych odcinków "Od Czeremchy jakość szlaku znacząco się poprawia. Możemy spokojnie poruszać się na zasadach ogólnych po wygodnych i mało uczęszczanych drogach lokalnych." (tutaj test odcinka Grabarka - Puszcza Białowieska, a tutaj także innych odcinków).

Oczywiście to nie przypadek, bo nie jechaliśmy szlakiem "na pałę", tylko planowaliśmy trasę tak by jechać głównie asfaltami, najlepiej bocznymi. A tak wygląda podsumowanie powyższego testo: "Te kilkadziesiąt kilometrów szlaku należy w ocenie podzielić na dwie części. Pierwszą część, od Grabarki do Czeremchy, należy omijać szerokim łukiem. (...) Drugą część trasy, od Czeremchy do Hajnówki i Białowieży, można z czystym sumieniem polecić praktycznie każdemu rowerzyście. Poza drobnymi mankamentami i uwzględniając kilka korekt przebiegu jest on wygodny..."

Jak wcześniej wspominałem, ponieważ kiedyś nie ładowała mi się mapa szlaku na stronie GV, potem ignorowałem już ten szlak. Teraz po powrocie sprawdziłem i okazało się że mapa działa (pewnie dlatego że jest "po sezonie", lavinka twierdzi że w środku nocy też kiedyś udawało jej się ją odpalić). Okazuje się że w końcu dodali informację o nawierzchni szlaku (początkowo chyba tego nie było)... jednak dobór kolorów jest dosyć dziwny, bardzo nieintuicyjny, kolory są zbliżone do siebie, a szary znika na podkładzie Open Street Map... mając całą paletę barw można było to dużo lepiej dobrać. Poza wspomnianym oznaczeniem gdzie bruk jest oznaczony jako kostka/płyty (a to istotna różnica w nawierzchni), znalazłem też błąd - w Czeremsze przy stacji zaznaczyli gruntówę, a jest tam asfalt.

Ponad dwa lata temu jechaliśmy częściowo po śladzie szlaku, który dopiero miał powstać, rzuciłem więc okiem na przebieg szlaku w tym rejonie i widzę że w Kodniu też objeżdża miejscowość skrajem, omijając wszelkie atrakcje. W testach ZM piszą tak:  "W Kodniu szlak zupełnie niepotrzebnie zbacza na ścieżkę z kostki przy drodze lokalnej. Ścieżka jest kiepskiej jakości, niebezpieczna, omija zarówno główne atrakcje miejscowości jak i bazę noclegowo-gastronomiczną. Lepiej trzymać się drogi wojewódzkiej." Wniosek więc, że nie jest to jednostkowy przypadek, tylko częstsza praktyka i lepiej na szlak nie liczyć, samemu się przygotować do zwiedzania miejscowości na trasie... zwłaszcza że na mapę nie są naniesione atrakcje, a nawet gdyby, to w wyszukiwarce miejsc (osobna zakładka) w Kleszczelach nic ciekawego nie ma poza informacją turystyczną, oraz miejscami noclegowymi.

Oznakowanie szlaku jest dobre, przynajmniej na razie, bo już kilku znaków ewidentnie brakuje... pytanie czy będzie on utrzymywany w dobrym stanie i jak będzie to wyglądać za kilka lat.

Podsumowując - trafiliśmy na w miarę dobry odcinek szlaku, nie jeden z tych bardziej krytykowanych, jednak jest sporo drobiazgów, do których można się przyczepić, które co prawda nie dyskwalifikują szlaku jako takiego, ale przy takiej inwestycji, która została przygotowana na setki milionów, zastanawiająca jest ilość niedoróbek... no cóż, jak się to robiło w pośpiechu na ostatnią chwilę, żeby zdążyć wydać kasę w terminie, żeby nie cofnęli dotacji, to tak to wygląda. A to  jest jeden z lepiej ocenionych odcinków.


Opuszczamy szlak i zwiedzamy Kleszczele - najpierw drewniana cerkiew. Tak, to na zdjęciu to nie jest dzwonnica, tylko sama cerkiew... a właściwie jedno i drugie, a właściwie... no to może po kolei. Historia jest dosyć dokładnie opisana na Wikipedii (patrz: cerkiew i dzwonnica), poniżej z grubsza tylko streszczę.

W tym miejscu znajdowała się drewniana cerkiew św. Mikołaja, była to cerkiew prawosławna, parafia nie przyjęła postanowień Unii Brzeskiej z 1596 i pozostała przy prawosławiu, w latach 1632-35 przechodziła z rąk do rąk i w 1635 komisja królewska nakazuje zwrot cerkwi prawosławnym ... ale to nie koniec historii, w 1648 unici siłą zajmują ostatecznie cerkiew. W 1709 zostaje zbudowana dzwonnica (obiekt z poniższego zdjęcia). W 1839 następuje likwidacja Kościoła Unickiego w zaborze rosyjskim (W Królestwie Polskim zaś w 1875) i cerkiew staje się znów prawosławna. W 1915 roku prawosławni mieszkańcy Kleszczel udają się na bieżeństwo, a cerkiew ulega zniszczeniu... ocalała jedynie dzwonnica, która to obecnie pełni funkcję prawosławnej cerkwi filialnej, również p.w. św. Mikołaja.



Naprzeciwko druga, murowana cerkiew Zaśnięcia Najświętszej Maryi Panny (historia na wiki), której filią jest drewniana dzwonnica-cerkiew. Jej dzieje nie są aż tak burzliwe, ale również ciekawe.  Otóż w tym miejscu znajdował się drewniany kościół katolicki, który został zamknięty w 1866, a w następnych latach w jego miejscu stanęła cerkiew prawosławna. Ponoć materiału z rozebranego kościoła użyto do jej budowy... hmmm, cerkiew jest murowana, więc może do konstrukcji dachu? "Inwestycja została opłacona przez rosyjski skarb państwa, natomiast miejscowi parafianie zgromadzili kwotę 3299 rubli i 49 kopiejek na zakup wyposażenia". Konsekrowana w 1877 od tego momentu była cerkwią parafialną, a drewniana cerkiew po drugiej stronie ulicy (a obecnie dzwonnica-cerkiew) jej filią.

Ta cerkiew dla odmiany uległa zniszczeniu pod koniec II wojny światowej "W lipcu 1944 cerkiew została spalona podczas działań wojennych. Całkowitemu zniszczeniu uległ dach i większość wyposażenia wnętrza, uszkodzeniu uległ ikonostas." Po wojnie odbudowana, sprawdzałem czy nie ma pocisków, ale nie.




Oto jeden z nagrobków z medalionem poświęcony słudze bożemu Joannowi i wszystkim żołnierzom poległych na polach bitew w 1915 roku (napis - powiększenie). Tak się zastanawiam, czy data 1933 to data śmierci Joanna, czy też data wystawienia symbolicznego nagrobka poległemu w 1915 mężowi.



Odnośnie medalionu, podlinkowałem wariagowi, który stwierdził "Ciekawa fotka bo na wierzchu czapki krzyż opołczeńca (coś w rodzaju pospolitego ruszenia) a na otoku typowa żołnierska 'kokarda'". Jak jednak szybko googlnąłem, to okazuje się  że takie zestawienie nie było jakieś niezwykłe i rzadkie, bo szybko trafiłem na taką oto fotkę.



Na skwerkach rzeźby-krzesła. Ten drugi skwerek spory w centrum Kleszczeli, zadziwiające że tam nie zrobili MORu, bo prowadząc szlak (lub chociaż odbitkę do niego) dałoby się obejrzeć zabytki Kleszczeli. Poza tym pomnik Zygmunta I Starego, na którego polecenie założono tę miejscowość i nadano jej prawa miejskie (Kleszczele straciły je w 1950, a odzyskały w 1993).




I jeszcze kościół p.w. św. Zygmunta Burgundzkiego z drewnianą dzwonnicą. Pierwotnie kościół znajdował się tam, gdzie obecnie cerkiew, ale po Powstaniu Styczniowym "Ukazem (Nr 38/1866) Konstantego von Kaufmana, gubernatora grodzieńskiego i wileńskiego w dniu 30 czerwca 1866 roku kościół kleszczelowski został zamknięty, a całe beneficjum, pięć dzwonów i trzy obrazy przejęli prawosławni."

Dopiero po wydaniu przez cara ukazu tolerancyjnego w 1905 roku (kilka słów o tym na pocztówkach) i była możliwość wybudowania nowego kościoła, który powstał w latach 1907-10 w nowym miejscu (patrz też historia kościoła). Dzwonnica jest z 1923.





A w kościele pocisk, wysoko z prawej w elewacji. Z tablicy informacyjnej: "W czasie wojny sowiecko-niemieckiej  w czerwcu 1941 roku świątynia została poważnie uszkodzona przez artyleryjskie pociski, a ślad po jednym z nich można zobaczyć w bryle po prawej stronie". Dodatkowo można przeczytać, że remont miał miejsce w 1946.

Na starszych zdjęciach (foto wiki) sprzed odmalowania elewacji, widać że tuż pod pociskiem była napisana data - jakby 1945... tak przynajmniej mi się wydawało, ale teraz jak się przyglądam, to równie dobrze mogło to być 1946. Musiałbym mieć lepsze zbliżenie, a ponieważ daty już nie ma, to nie mogłem sprawdzić osobiście.



Jeszcze odwiedzamy sklep by nabyć pieczywo itp, jakaś kapliczka po drodze.



I opuszczamy miasteczko Kleszczele... żeby pasował do nazwy, witacz jest umieszczony w krzakach.



Jedziemy na zachód drogą wojewódzką, ruch jest owszem, ale na szczęście niezbyt duży i tak dojeżdżamy na opłotki Milejczyc i do cmentarza żołnierzy radzieckich. Kilka lat temu zniszczony, teraz po remoncie... choć już nie tak klimatyczny jak kiedyś. Została jeszcze wielka dłoń, oraz sierp i młot na ogrodzeniu jeśli chodzi o detale nadające niepowtarzalny charakter miejscu, ale nie ma już czerwonych gwiazd sterczących z tablic nagrobkowych, a napis na pomniku już zwyczajny, taki od linijki z komputera na prostym postumencie (kiedyś udawał flagę). Tak wyglądał kilka lat temu - galeria.








No i wjeżdżamy do samych Milejczyc - najpierw pod kościół, drewniany z XVII wieku, a obok dzwonnica z 1740 (informacje o kościele). Ten kościół również został zamknięty w 1866, a następnie zamieniony  na cerkiew prawosławną. Ponownie przejęty przez katolików w 1917 roku.




A ten budyneczek obok, to chyba parafia z ok. 1900 roku.



Synagoga z 1927, po wojnie mieścił się tu Dom Kultury z kinem i biblioteką... w latach 80. ruszyła przebudowa budynku, według projektu który zakładał znaczną ingerencję w wygląd, ale jednocześnie zachowanie dwóch ścian z zachowaniem oryginalnych otworów okiennych i uzupełnienie detali. Jednak prace  przebiegały niezgodnie nawet z tym projektem - "Przemurowano otwory okienne i drzwiowe, większość zmniejszono oraz zmieniono ich kształt, zbito również detal elewacyjny". W latach 90. przebudowa stanęła i budynek stoi opuszczony do dziś.





Myk dalej przez Milejczyce.



Cerkiew prawosławna p.w. św. Barbary, wzniesiona w latach 1899–1900 (poprzednią zniszczył pożar w 1859). Parafia i wcześniejsza cerkiew, były najpierw prawosławne, a po Unii Brzeskiej unicki - "Obecny na synodzie w Brześciu (1596) proboszcz milejczyckiej parafii złożył podpis przeciwko postanowieniom zawieranej unii. Mimo to prawdopodobnie już w XVII w. obydwie cerkwie stały się unickie." Ponownie prawosławne od 1839 i likwidacji wyznania unickiego w zaborze rosyjskim (wiki: cerkiew, parafia).

Jeszcze parę lat temu cerkiew była niebieska (foto), ale po remoncie jest teraz brązowa. Na teren nie mogliśmy wejść, bo trwały jakieś prace przy alejkach, furtce itp. i wejście przez jedną furtkę było zagrodzone, a z drugiej strony furtka zamknięta.



Zahaczyliśmy też w międzyczasie o cmentarz, gdzie jest prawosławna cerkiew cmentarna p.w. św. Mikołaja z 1890 roku (wiki), to już chyba co najmniej trzeci obiekt w tym miejscu i tak jak parafia, były one kolejno prawosławne, unickie i znów prawosławne.



Odbijamy z drogi wojewódzkiej i bocznymi asfaltami jedziemy do Siemiatycz. Po drodze klimatyczne wiatki przystankowe, ale gdy zdecydowaliśmy że pora na jakiś postój, to trafił nam się zwykły blaszak... za to ładnie zamaskowany chmielem i barszczem (zwyczajnym).





Mały skok w bok do cerkwi w Żurobicach -dawniej unicka, obecnie prawosławna, z 1805 roku, pierwotnie znajdowała się na południe od wsi, ale w 1845 przeniesiona na cmentarz przy drodze przez wieś i tam jest do dziś. Wieża dobudowana dopiero w 1953.

Do niedawna również była niebieska (foto), niestety furtki na dziedziniec zamknięte na cztery spusty, więc tylko fotki zza ogrodzenia.




No to jedziemy dalej, powrót do szosy pod wiatr, a potem dalej mniej lub więcej z wiatrem (tak jak większość trasy dzisiaj).






W Siemiatyczach witają nas jakieś cpr-y i ddr-y... ot przykład, boczna uliczka osiedlowa z uspokojonym ruchem (wyniesione przejścia), ale jest kostkowy ddr i zakaz jazdy ulicą. Po ok. 150m jest skrzyżowanie z rondem i koniec ddr-u - trzeba albo zejść z roweru i z buta udać się za winkiel, przejść przez ulicę i tam za winklem z powrotem można jechać ddr-em. Można też zjechać na ulicę, a za rondem trzeba z powrotem zjechać na ddr. Ja zjechałem na rondo, ale dalej już olałem śmieszki i pojechałem normalnie ulicą do kolejnego skrzyżowania 150m dalej.



Docieramy do całkiem przyjemnego zalewu... przyjemny głównie dlatego, że jest pusto. Postanawiamy tutaj więc zrobić sobie kolejną rozwałkę.






Po odpoczynku jedziemy zwiedzać, pierwsza na trasie jest malowniczo położona na wzniesieniu cerkiew. To bodaj trzecia z kolei cerkiew w tym miejscu, początkowo była to parafia prawosłana, potem unicka "Przeszła na własność Kościoła unickiego formalnie natychmiast po podpisaniu aktu unii brzeskiej, de facto zaś w 1614". Tak jak inne cerkwie na naszej trasie, od 1839 do chwili obecnej jest prawosławna. Parafia była uboga, a cerkiew w złym stanie, opisywana tak: "budynek w ostatecznej ruinie, kryty słomianym dachem". 

I znów po Powstaniu Styczniowym nastąpiły zmiany, w tym przypadku budowa nowej, murowanej cerkwi obok starej drewnianej (rozebranej dopiero jakiś czas po wybudowaniu nowej). "Budowa świątyni została sfinansowana częściowo przez skarb państwa rosyjskiego (3 tys. rubli), z daru biskupa brzeskiego Ignacego oraz ze składek parafian, którzy również za darmo pracowali przy wznoszeniu obiektu. Właściciele cegielni Ciecierski i Fanshawe przekazali na ten cel po 25 tys. cegieł, 10 tys. zaś pozyskano z rozbiórki części budynków katolickiego klasztoru misjonarzy. Według Dobrońskiego trzytysięczna dotacja państwowa pochodziła z wymuszonej na pozostałych mieszkańcach Siemiatycz kontrybucji, podobnie wymuszono na właścicielach cegielni przekazanie „daru”".

W 1915 cerkiew została zamknięta, ponieważ duchowieństwo i znaczna część prawosławnych mieszkańców udała się na bieżeństwo. (wiki - historia cerkwi, historia 2)



Studzienka i zachowane nagrobki z cmentarza przycerkiewnego.




Pomnik na pamiątkę bieżeństwa w 1915 roku (parę słów o tym w wiki), czyli wielkiej ucieczki i ewakuacji przed Niemcami, gdy w 1915 front został przerwany w Galicji i na północy, a wojska niemieckie i austro-węgierskie niepowstrzymanie parły na wschód. "Pod wpływem agitacji rodzinne strony opuściło od 2 do 3 milionów ludzi (...) Według szacunków około 1/3 bieżeńców nie przeżyła ucieczki i pobytu w Rosji"




Kolejny obiekt, to kościół - który został wybudowany w latach 1626 - 1637 ufundowany przez Sapiehów. W XVIII przebudowany min. zmieniona została fasada, zyskał wieżę, obok powstała dzwonnica, został też zbudowany klasztor. (historia kościoła - tego jak i poprzednich, historia 2).



W wieży są dwa pociski... chyba, bo z wyglądu nie jestem w 100% stwierdzić co to jest, są dosyć wysoko a lavinka niestety nie wzięła teleobiektywu, więc dysponuję słabej jakości fotkami. Z jednej strony trochę dziwny kształt i jakby jakieś szkiełko w nie wprawione (czy coś), które w słońcu się błyszczy, a z drugiej strony co innego mogłoby to być?





Obok klasztor, został on zamknięty w czasie represji po Powstaniu Listopadowym, a ponadto później: "w czasie publicznej licytacji w 1856 roku większość zabudowań gospodarczych została sprzedana, a murowany spichlerz rozebrano w 1865 roku na budowę cerkwi prawosławnej w Siemiatyczach" - aha, czyli stąd te wcześniej wspomniane 10 tys. cegieł na budowę cerkwi.




Następnie udajemy się na cmentarz - oto cmentarna kaplica katolicka.



Przed nią mogiły wojenne - mogiła powstańców styczniowych poległych w Bitwie pod SIemiatyczami (wiki), a na niej kapliczka.




Obok trzy mogiły żołnierzy poległych w 1920 (powiększenia - grób 1, grób 2, trzeci zaś bezimienny)



Oraz mogiła żołnierza zmarłego w 1919 (powiększenie)



Kolejny obiekt na cmentarzu, który oglądamy, to kaplica ewangelicka, która jest teraz galeria sztuki sepulkralnej, a konkretnie jest tam ekspozycja żeliwnych krzyży nagrobnych wykutych przez okolicznych kowali.




Dom talmudyczny z 1893, a za nim synagoga z 1797 wg projektu Szymona Bogumiła Zuga.

Synagoga została ufundowana przez księżnę Annę z Sapiehów Jabłonowską, a historia jej powstania jest dosyć nietypowa. Otóż podczas przebudowy miasta i budowy pałacu, księżna postanowiła poprowadzić ulicę z pałacu na rynek... jednak przebiegać miała ona przez teren kirkutu. Księżna uzyskała zgodę jednego z przedstawicieli społeczności żydowskiej, ale inni się nie zgadzali, ale ulica została wybudowana, a Żydzi otrzymali teren na cmentarz w innym miejscu. Jednak później jej syn zachorował i zmarł na nieznaną chorobę, księżna widząc w tym karę bożą, postanowiła ufundować synagogę przy ulicy wiodącej do pałacu. (o synagodze)




Jedziemy tą ulicą w kierunku pałacu i na jej końcu, lekko z boku jest pomnik min. powstańców styczniowych .



 
A teraz pałac... niewiele z niego zostało, bo spłonął w czasie powstania styczniowego, ocalały sfinksy które stały przy bramie wjazdowej, chociaż nie wiem czy to te oryginalne, bo gdzieś tam jest wzmianka że zrekonstruowane. Jest jeszcze oranżeria.  (informacje - tablica) (o sfinksach, oraz o sfinksach i pałacu). A tak na marginesie, inny pałac Anny Jabłonowskiej odwiedziliśmy wiosną w Kocku.




No to pora jechać dalej, bo robi się późno, odbijamy tym razem na zachód i rypiemy wyjątkowo pod wiatr. Stacja Siemiatycze (na linii Siedlce - Czeremcha) jest ładnych parę kilometrów od Siemiatycz, ww wsi o nazwie Siemiatycze-Stacja. Budynek dworcowy taki sam jak dworce na linii Skierniewice - Łuków (np. Mszczonów, Tarczyn itd.)



Dojeżdżając do Bugu przecinamy linię sowieckich umocnień budowanych na początku lat 40. tzw. Linię Mołotowa... nie robimy rundki po bunkrach, bo ich tam niemało, a noc się zbliża. Ot tylko oglądamy dwa nieduże, jednoizbowe schrony bojowe z dwoma otworami strzelniczymi (na wprost i w bok). Jeden ma normalne wejście od tyłu, ale drugi nie ma wcale... za to zejście do ciasnej kanciapy na poziomie -1, ponoć wyjście było tunelem, który jest jednak zasypany.






Most na Bugu - o miała być wieczorna perełka, ale... był w remoncie. Po pierwsze nie jest tak klimatyczny jak stary, zardzewiały (ech, spóźniliśmy się), po drugie przejście niezbyt przyjemne, bo straszny hałas - trwa piaskowanie, a po trzecie jest ryzyko że w ogóle nam nie pozwolą go pokonać - i niby objechać się da, ale raz że nadrabiamy trochę drogi (a jest późno i nie mamy zapasu czasu), a dodatkowo drogą krajową.

Ponieważ nikogo nie widzimy, to po cichutku wbijamy się na most (znaczy w barakach się ktoś kręci, ale szybko przechodzimy nim ktoś nas zauważy) i długa! Uszy trzeba zatykać, taki hałas... znaczy jedno ucho, bo druga ręka jest potrzebna do prowadzenia roweru. Po minięciu strefy piaskowania i przejściu połowy mostu zwalniamy - jest ciszej, a my ogłuszeni na jedno ucho. Robimy parę fotek, ale lavinka pogania, bo znając nasze szczęście, za chwilę nadjedzie pociąg. Po drugiej stronie mostu widzimy że chodzi jakiś człowiek... ani chybi ochrona, jak będzie teraz chciał nas cofnąć, to będziemy negocjować że przecież nie będziemy rypać całego mostu z powrotem. Mijamy go, słowa nie powiedział, ale dobrze że jechaliśmy od północy, bo gdybyśmy trafili na niego na wjeździe, to może próbowałby nas cofnąć. A zresztą, kto wie może jednak nie? Tak czy inaczej - wielkie uff, udało się!





No i tak oto opuszczamy województwo podlaskie, a wjeżdżamy w mazowieckie (choć cały czas jesteśmy na historycznym Podlasiu), tutaj też była granica zaborów, a później Księstwa Warszawskiego i Królestwa Polskiego.

Z drugiej strony rzeki jest las, grzybiarze, grzyby... maślak sitarz, cała kępa przy drodze, chyba dużo tu innych grzybów i takich nawet nie zbierają.




Ale to nie koniec przygód, jedziemy kawałek drogą leśną wzdłuż torów i... trafiamy na wiatrołom. Na szczęście tylko parę drzew zwalonych drzew, po ich obejściu da się normalnie jechać, z dróg drzewa uprzątnięte. Mam wrażenie że te zostały zostawione specjalne, żeby zablokować dojazd do mostu i w las.




No i wyjeżdżając okazuje się że był zakaz wstępu (powiększenie, oraz komunikat z mapą na stronie nadleśnictwa)



Takie hasełko zrobione z korków od butelek, kartonów itp.



To chyba dotyczy tej oto podniebnej kładki rowerowej.



Pod Mierzwicami mijamy taki oto przystanek autobusowy.




A przed Sarnakami o taki.




Pomnik w Sarnakach - model rakiety V2 w skali 1:1, upamiętnia przechwycenie rakiety V2 przez AK. A było to tak - po zbombardowaniu ośrodka badawczego w Peenemünde, gdzie prowadzono badania nad V1 i V2 i uruchomiono ich produkcję sprawił, że produkcję przeniesiono, a testy przeprowadzano na poligonie w miejscu wysiedlonej wsi Blizna (w rejonie Dębicy). Wystrzeliwano stamtąd rakiety, a oddziały stacjonujący w szkole w Sarnakach szukały miejsca ich upadku i  zbierały ich szczątki... to ok. 250km od miejsca wystrzelenia, swoją drogą niewesoło mieli w tym rejonie, w każdej chwili na chałupę mogła spaść rakieta V2.

Jedna z rakiet spadła 20 maja 1944 roku na mokradła nad Bugiem i nie eksplodowała, partyzanci z 22 pp AK dotarli na miejsce przed Niemcami i zamaskowali niewybuch sitowiem, w nocy wrócili z zaprzęgami, wydobyli rakietę (która przełamała się na dwie części) i przetransportowali do jednej ze wsi pod Sarnakami i tam ukryli. Później przybyli specjaliści, wymontowali najważniejsze części i samochodem przewieźli do Warszawy (ukryte pod ziemniakami). W międzyczasie sąsiedni oddział AK dostał zadanie patrolowania lasów i odwracania uwagi Niemców, w potyczkach zginęło dwóch partyzantów. W lipcu na lądowisku pod Tarnowem wylądował samolot RAFu, który zabrał części rakiety i wyniki badań do Włoch, skąd trafiły do Londynu (operacja Most III - wiki, artykuł, zdjęcia: fragment V2 spod Sarnak, schematy V1 i V2 z raportu AK) / (tablica informacyjna, oraz mapa)

Pomnik ma odwzorowywać rakietę V2 wbitą w nadbużańskie bagna, na paskach po bokach są wymienione miejscowości - szlak rakiety od Peenemünde do Londynu, a z drugiej strony jednostki biorące udział w przechwyceniu. Hasło na tablicy "Oni ocalili Londyn / They saved London", wziął się od tytułu książki brytyjskiego pisarza Bernarda Newmana, który pisał o rozpracowaniu i bombardowaniu ośrodka w Peenemünde, zdobyciu V2 itp. zekranizowana pt. "Battle of the V-1




W Sarnakach oglądamy jeszcze drewniany kościół z 1816 roku - "Budowali go miejscowi cieśle, wzorując się na starej świątyni (...) Niezbyt starannie postawiony kościół był kilkakrotnie gruntownie przebudowywany: w 1873 roku, w latach 1880-1886, po zawaleniu się 6 sierpnia 1880 roku jednego z bocznych filarów, a także w latach 1904-1905" (historia)





Wyjeżdżamy z Sarnak szosą i kawałek dalej odbijamy w las... baliśmy się, że i tu będą wiatrołomy, ale nie. Wybieramy miejsce na rozbicie namiotu (oczywiście w grzybach), kolacja i lulu.




  • dystans 7.86 km
  • 3.35 km terenu
  • czas 00:39
  • średnio 12.09 km/h
  • rekord 21.90 km/h
  • rower Wrześniowy Rower
  • Jazda na rowerze
współrowerzyści ma wycieczce:

Weekend Bez Samochodu 0: Green Velo znienacka

Piątek, 22 września 2017 · dodano: 26.09.2017 | Komentarze 4

Żyrardów >>> Siedlce >>> Czeremcha - Kuzawa - krzaki

Dzień Bez Samochodu... no, dla nas to dzień jak codzień, ale tego dnia w Kolejach Mazowieckich można było pojechać za darmo. Postanowiliśmy skorzystać z okazji i wyruszyć na weekend już w piątek, dziecko wcześniej odstawiliśmy na dworzec (weekend z babcią u wujka, jak zwykle), a my złapaliśmy piętrusa bezpośrednio do Siedlec - oszczędzamy czas na braku przesiadki w Warszawie, a także na tym, że jest przyspieszony, nie zatrzymuje się na części stacji za Warszawą. Co prawda przesiadka w Siedlcach jest nieoptymalna, bo aż godzinę czekamy na szynobus.



Z Siedlec do Czeremchy jedziemy nowym szynobusem 222M (kiedyś już takim jechaliśmy w drugą stronę - fotki w tym wpisie). Jeszcze nie wyjechał na dobre z Siedlec, a już zaczyna szwankować... raz staje, drugi raz staje i przygasa światło, łapie opóźnienie. Hmm, ciekawe czy dojedziemy? No, my w zasadzie możemy dojechać nawet na rano - karimaty się rozłoży, prześpimy się, tylko z odpaleniem epigazu kierownik pociągu i może instalacja ppoż mogą mieć coś przeciwko. Trudno, na kolacji kanapkowej też przeżyjemy.

Już prawie zaplanowaliśmy noc w pociągu, aż tu nagle pociąg ruszył potem już jechał normalnie, nawet te kilka minut opóźnienia chyba nadrobił. Jak się okazało były problemy z napięciem, ale po wyłączeniu ogrzewania już było ok. No cóż, konstrukcja prawie prototypowa, powstały dwa egzemplarze, a my jechaliśmy tym pierwszym 222M-001, czyli tym samym co 2,5 roku temu (przy czym wtedy na trasie był jeszcze tylko jeden szynobus tej serii, drugi został zamówiony później).

W międzyczasie okazało się, że pani w kasie w Siedlcach nie wiedziała o Dniu Bez Samochodu i sprzedawała bilety, konduktor chodził i wypisywał coś tam na ich odwrocie, żeby podróżni mogli w kasie żądać zwrotu pieniędzy... jak znów będą w Siedlcach, bo w kasie wydania.



No i jesteśmy na miejscu, wypakować się z pociągu i w drogę. Na szczęście nie pada, choć po drodze mijaliśmy deszcze (na przykład za Siedlcami padało).



Ledwie wyjechaliśmy z dworca, a prawie spadamy z rowerów... Green Velo! No tak, jadąc pod wschodnią granicę, można się było spodziewać że się natkniemy na GV, ale jakoś o nim zapomniałem... może dlatego że jak kiedyś zastanawiając się nad jakąś trasą próbowałem na ich stronie odpalić mapę i sprawdzić czy nie natkniemy się na GV i może nam będzie po drodze, to mapa nie działała i się zraziłem. lavinka twierdzi, że mapa szlaku GV online zazwyczaj nie działa i jej udało się kiedyś ją załadować w środku nocy jak nikt nie korzystał ze strony.. teraz po powrocie sprawdziłem, mapa działa, może dlatego że jest już "poza sezonem rowerowym" i strona nie jest tak obciążona jak w sezonie.

Tak więc dziś znienacka wpadamy na szlak Green Velo, kawałek nim jedziemy bocznymi asfaltami, a potem skręcamy w piaszczystą drogę w las, dobrze że po deszczach, to jakoś dało się nią jechać. GV leci na Kleszczele, a więc jutro jeszcze się spotkamy.



W lesie mokro (od rana tu padało), z tego powodu, a także dlatego że już późno, nie rozpalamy ogniska, tylko kolację gotujemy na epigazie (lavinka chinszczaka, a z gara w lodówce wziąłem do słoiczka leczo z ziemniakami - mniam!).



No to weekend rozpoczęty - prognozy pogody mieszane, może popadywać, może nas nawet zlać. No trudno, jakoś przeżyjemy jakby co, ale liczymy że zbyt dużo i zbyt intensywnie nie będzie padać. Dobranoc.




.


  • dystans 40.58 km
  • 9.80 km terenu
  • czas 02:42
  • średnio 15.03 km/h
  • rower Wrześniowy Rower
  • Jazda na rowerze
współrowerzyści ma wycieczce:

Leśny Żłobek, Leśne Przedszkole i Szkółka Leśna

Wtorek, 19 września 2017 · dodano: 25.09.2017 | Komentarze 3

Korzystając z ładnej pogody, zrobiliśmy Klusce wagary i zamiast do przedszkola, pojechaliśmy z nią do lasu. Leśny Żłobek, jak na to mówi lavinka... choć teraz z racji wieku raczej już Leśne Przedszkole, a ze względu na dzisiejsze elementy edukacyjne, to nawet Leśna Szkoła.

Leśne Przedszkole



Najpierw pojechaliśmy do Nadleśnictwa Radziwiłłów pod Puszczą Mariańską, gdzie jest urządzony punkt edukacyjny. Miejsce to wypatrzyliśmy już dawno i pora była wybrać się tam z Kluską.



Zaczęliśmy od leśnych zagadek, gdzie jest tablica z obracanymi tabliczkami. Z jednej strony wierszyk-zagadka, z drugiej obrazek i podpis.





Jest osiem zwierzątek i dla zmyłki drzewa na dziewiątej tabliczce (fotka - rewers zagadki)



Praca umysłowa zaostrza apetyt, toteż przerwa na kanapki i kawę.




Idziemy dalej - do drzew. I znowu zagadki, nieco trudniejsze tym razem, bo trzeba odgadnąć gatunki drzew. Stoją też pnie odpowiednich gatunków, choć te przydałoby się już wymienić na nowe, bo w sporej części kora już poodłaziła i poza brzozą nie bardzo się różnią między sobą.



A na nich rosną mchy i porosty.



Kolejna tablica - najfajniejsza. Zabawa polega na kręceniu korbką która obracała wałek z piktogramami, w ten sposób losowało się kategorię pytań. A na obracalnych sześcianach były po trzy pytania z każdej kategorii.

Gdzieś tutaj Klu ustaliła, że bawimy się w przedszkole numer 9, lavinka będziej panią Justynką (jej przedszkolanka), a my grupą przedszkolną. Dalej chodziliśmy w parach za panią Justynką... znaczy za lavinką.





- Co to jest szkółka leśna?
- To jest takie miejsce gdzie rosną małe drzewa, uczą się i mają swoją panią Justynkę i panią Marzenkę które im pomagają.



Dwa słupy - jeden ze ssakami, drugi z ptakami.




No i leśne cymbały.



Było też trochę tradycyjnych tablic informacyjno-edukacyjnych, ale one nas na długo nie zatrzymały.




Oglądamy co tam jeszcze - drzewka, głazy, tablice.





Gdzieś tam rośnie też mała kania.



No i fotka pamiątkowa na koniec.



Klusce bardzo się podobało, więc zarządziła powtórkę i musieliśmy oblecieć tablice z zagadkami jeszcze raz. W trakcie zagadek z korbką przyszła pani z nadleśnictwa (wcześniej przechodziła ze dwa razy obok) i przyniosła Klusce prezenty - książeczki o lesie, zwierzętach itp. odblaski, smyczki (z motylami, ptakami i tropami zwierząt), mapy nadleśnictwa (obejmują okolice Skierniewic, Żyrardowa, Sochaczewa) i drewnianą tabliczkę-kolorowankę.

Czasem warto być nadgorliwym, gdyby nie druga rundka naokoło, to byśmy się już zebrali i pojechali dalej.




W końcu kończymy drugą rundkę i jedziemy dalej. Kluska zakłada smyczkę, odblask i zabiera się za czytanie książeczki... a przynajmniej za oglądanie i pilnie ją studiuje po drodze.



Znajdujemy miejsce na rozwałkę w lesie... okazuje się, że prawie stanęliśmy na prawdziwku.
- Kluska patrz - prawdziwek.
- Moment, tylko skończę czytać.



Ja z Kluską ruszyliśmy w las za grzybami, a lavinka w spokoju rozwieszała hamak. Kurczę, trzeba było wziąć kluskowy koszyczek na grzyby... nawet o tym pomyślałem przez chwilę, ale nie wiedziałem gdzie jest, a potem się zapomniało. Dobrze że jakiś kubełek mieliśmy.



Podgrzybek - poznajemy jedną z ważnych cech podgrzybka, czyli sinienie.




Zajączek.



Jemu sinieją nie tylko rurki, ale i nóżka. A poza tym jak kapelusz jest popękany lub nadgryziony, to lekko tam różowieje (ale to dłużej trwa).





Pierwszy zbiór - nim lavinka rozwiesiła hamak.



Kolejna przerwa na kawę.



Borówki... co ciekawe, jeszcze kwitną.



Jak Kluska zaległa z lavinką w hamaku, ja ruszyłem w las dozbierać grzybów. Po pewnym czasie usłyszałem wołanie -Kluska mnie szukała, wkrótce mnie znalazły i kontynuowaliśmy grzybobranie razem.




Czubajek tym razem nie zbieraliśmy.



Udało się znaleźć kozaka.



Tak wygląda ostateczny zbiór.
- 32 podgrzybki
- 6 prawdziwków
- 2 kozaki
- 1 zajączek (podgrzybek złotopory)

Głównie podgrzybki, ale fajnie, że były w sumie 4 gatunki, to Kluska mogłem pokazać, że zbiera się różne grzyby (chociaż oczywiście w domu też jej wcześniej pokazywałem różne przywiezione grzybki). Takie ładne, młode łebki, że przeznaczyłem je na suszenie i rozwiesiłem nad kuchenką.



Jedziemy dalej, no to pora przeczytać kolejną książeczkę.




Na asfalcie spotkaliśmy małego zaskrońca, którego tradycyjnie przegoniliśmy w trawę, żeby nic go nie rozjechało.




O, pociąg!




Kategoria mazowieckie


  • dystans 54.61 km
  • 16.50 km terenu
  • czas 03:28
  • średnio 15.75 km/h
  • rekord 35.40 km/h
  • rower Wrześniowy Rower
  • Jazda na rowerze

Wysyp kań, kurki i inne okoliczności

Sobota, 16 września 2017 · dodano: 25.09.2017 | Komentarze 4

140 kurek
28 maślaków
6 maslaków
17 podgrzybków
32 czubajki
3 prawdziwki
3 kozaki
1 podgrzybek zajączek
22 podgrzybki złotopore (zajączki)
26 kań

Po południu zapowiadali deszcze, więc postanowiłem szybko wyskoczyć do Puszczy Bolimowskiej, nazbierać szybko grzybów i chodu... ale plany panami, jednak z grzybami nic pewnego i zaplanować się nie da. Liczyłem na to, że miejscówka w której rok temu nazbierałem mnóstwo podgrzybków, wreszcie obrodziła, bo właśnie jest wysyp min. na podgrzybki w podobnych miejscach. Ale gdzie tam... albo ich nie było, albo zostały wyzbierane, albo jedno i drugie (grzybiarze co prawda byli głównie na skraju lasu, a nie w głębi, ale dalej też się zdarzali). Znalazłem kilka podgrzybków, a poza tym ogromny urodzaj czubajek - dużo, duże, zbierałem same łebki, a i to tylko co któreś.



No i tyle jeśli chodzi o szybkie grzybobranie. Nastawiłem się że mnie zleje i pojechałem na kolejne miejscówki. No i w sumie trochę tego i owego się nazbierało. Podgrzybków jakoś dużo w końcu nie było.



Udało się zebrać trochę zajączków, które prawie wszystkie były zdrowe... latem to już nawet się po nie nie schylałem, bo w 90% robaczywe, lub zapleśniałe. W ogóle latem grzyby bardziej robaczywe, teraz tylko pojedyncze musiałem odrzucić, lub odkroić ogonek. No i nie jest tak gorąco, człowiek nie chodzi spocony po lesie. Co jesień, to jesień.



lavinka pytała mnie ostatnio o maślaki, bo chciała ugotować z nich zupę. No to znalazłem, oprócz zwyczajnych, także kilka żółtych. Aczkolwiek zupa taka warzywna, w której pływa kilka grzybów... a dlaczego maślaki, a nie podgrzybki lub prawdziwki? Bo bardziej delikatne w smaku, a chodziło o to żeby zupy nie czuć było grzybami (co się udało). Ech lavinka, lavinka.




Kozaki też się jakieś trafiły.




Sporo kurek udało się znaleźć




Dużo też purchawek. Choć usmażone na słodko są bardzo dobre, to nie zbierałem, bo stwierdziłem że za dużo mam roboty z grzybami i nie będę miał się kiedy nimi zająć.




Lakówki ametystowe, choć też jadalne, to również nie zbierałem.



Jednak głównym bohaterem dzisiejszego grzybobrania były kanie, których w tym sezonie jeszcze nie miałem okazji zbierać. A teraz jest aż nadmiar. Trochę przesadziłem z nimi, bo początkowo zbierałem te mniejsze, a potem dopiero trafiłem na większe... jakbym od razu trafił na okazałe "talerze" to tymi małymi bym sobie głowy nawet nie zawracał. Wracając podrzuciłem kilka Werronie.



W ogóle te najmniejsze to możliwe że nie czubajki kanie, tylko jeden z  bardzo podobnych, też jadalnych gatunków -  czubajki gwiaździste.




Poniżej mała kaniowa galeria, a szczególnie młode, bardzo fotogeniczne kanie, których nie zbierałem.



















Podsumowując - może to dobrze że nie było tych podgrzybków, bo dzięki temu trafiłem na kanie i kurki. A w końcu mnie nie zmoczyło. Coś tam kropiło jak zbierałem kurki, myślałem że się rozpada ale przeszło. Pod Żyrardowem widziałem mokre asfalty, tam chyba większa chmura przeszła, ale ja drogę powrotną miałem na sucho.

Brama do lasu niestety padła :-(




  • dystans 14.13 km
  • 9.00 km terenu
  • czas 01:10
  • średnio 12.11 km/h
  • rower Wrześniowy Rower
  • Jazda na rowerze

Trzech grzybiarzy na jeden grzyb

Środa, 13 września 2017 · dodano: 19.09.2017 | Komentarze 6

No dobra, aż tak dramatycznie to nie  byłot, zwłaszcza jak się wjechało głębiej w las, bo najwięcej ludzi na skraju lasu, albo blisko szos i głównych dróg leśnych. Ale i tak jest to już ta pora roku, gdy ludzie się zwiedzieli że są grzyby i ruszyli zbierać...  to jest ta pora, gdy jedzie się skoro świt, żeby inni nie zdążyli wyzbierać (a ja oczywiście świtkiem pod południe), zwłaszcza w żyrardowskim lesie, który aż taki duży nie jest, też raczej bardzo dużo grzybów  nim nie ma, ale za to ze względu na bliskość miasta, grzybiarzy jest w nadmiarze.

Niestety na miejscówce, z którą wiązałem największe nadzieje, trafiłem akurat na jakiegoś pana z rowerem wyłażącego z krzaków. I faktycznie, coś tam znalazłem ale niewiele, albo wyzbierane, albo jednak nie było zbyt dużo podgrzybków tym razem, albo jedno i drugie. Pojeździłem jeszcze tu i tam, i w końcu trochę grzybów się uzbierało.

- 56 czubajek
- 33,5 podgrzybka
- 9 zajączków (podgrzybków zajączków)
- 7 kozaków
- 2 surojadki
- 1 maślak zwyczajny
- 0,5 prawdziwka




Część grzybów zaatakowała pleśń, głównie niejadalne, ale trochę podgrzybków niestety też i to wcale niezbyt zgrzybiałych.



Było bardzo dużo czubajek, zbierałem same czubki (swoją drogą, to jest kolejna nazwa tego grzybka, ciekawe w jakim rejonie używana), a i tak nie wszystkie.



Kozaki też były.




Nawet prawdziwek się trafił, ale w połowie robaczywy.



Skusiłem się na dwie surojadki.



Grzybiarze...



Z grzybów jadalnych, których nie zbierałem - maślak pstry. Tak w ogóle już wiem skąd go znam, u nas co prawda rzadko się go spotyka, ale kiedyś jak szliśmy sobie wdłuż wybrzeża z Ustki na Hel, to w młodych sosenkach było ich zatrzęsienie (tylko większych, bardziej rozłożystych, stąd początkowo nie poznałem). Konsultując się z grzybiarzami, którzy mieli pełne kosze tego, też szybko nazbieraliśmy aż za dużo i jeszcze paru osób się popytaliśmy, by się upewnić co do grzyba. Miejscowi nazywali ten grzybek miodówką. Wieczorem ugotowaliśmy to na kempingu, ale faktycznie żadna rewelacja.



Opieńki, nowo wyrośnięta kępka, na pniaku były jeszcze starsze nóżki, bo ktoś już tu był i zebrał kapelusze. Też nie zbierałem, raz że słabo się na nich znam (nigdy nie zbierałem), a dwa że jak w zeszłym roku na próbę nazbierałem, to się zastanawiałem co z nich zrobić i wybów padł na "kotlety mielone" z opieniek. Równolegle zrobiłem też kotlety z podgrzybków, które były lepsze... tak więc dałem sobie spokój z opieńkami, zwłaszcza że i tak rzadko na nie trafiam.



Czernidłak kołpakowaty, jeszcze nie miałem przyjemności jeść :-)



Lakówka ametystowa, czyli podgrzybek denaturatowy... kiedyś nawet na próbę zamarynowałem, ale w końcu nie skusiłem się na degustację (link do zdjęć).



Purchawka, takie białe to nawet zbierałem i  jadłem potem smażone na słodko - całkiem, całkiem.



Z innych grzybów, niekoniecznie jadalnych - kolekcja surojadek, w tym jedna służąca jako leśne poidełko.






Takie maleństwa zbiorczo się u nas określa psiakami.




Trafiłem kilka tęgoskórów(chyba)  z zupą zarodnikową w środku. Trochę wyglądały jak żurek w chlebku.





Jakiś muchomor, całkiem ładny, ale nie wnikałem, czy jadalny.



Grzyb świerkowy ;-)



  • dystans 6.57 km
  • czas 00:30
  • średnio 13.14 km/h
  • rower Srebrny Rower
  • Jazda na rowerze
współrowerzyści ma wycieczce:

Z Kluską po skrzynke itp.

Wtorek, 12 września 2017 · dodano: 18.09.2017 | Komentarze 0

Jak się zbierałem by jechać po Klu do porzedszkola, przyszło powiadomienie o nowej skrzynce, no to wyszedłem ciut wcześniej, pojechałem za park i znalazłem skrzynkę (byłem pierwszy). A potem standardowo po Klu.




- A to mój jeżyk :-)




Spytałem czy chce jechać szukać skarbu, odpowiedź była oczywiście taka:
- TAAAAAAAAAK!!!!!!!

No to pojechaliśmy, a po drodze obejrzeliśmy kwiatki, które się nazywają, że witają zimę.





I spacer dookoła Żabiego Oczka... jak każde oko, przykryte jest rzęsą. Obejrzeliśmy sobie z bliska rzęsę, a ja wytłumaczyłem dlaczego jeziorko jest zielone i nie widać wody. No i po drodze nazbieraliśmy jeszcze kasztanów.







A potem po skrzynkę, obok miejsca gdzie był kiedyś basen... tam gdzie ten prostokąt krzaków, basenu już nie ma, ale jest zagłębienie w ziemi, które porosły akacje.



Wpis do logbooka.



Schowaliśmy skrzynkę i nim odjechaliśmy, przyszli jeszcze ciocia Werrona i wujek Piotrek... ale my byliśmy pierwsi :-)




  • dystans 54.61 km
  • 6.00 km terenu
  • czas 03:23
  • średnio 16.14 km/h
  • rekord 32.70 km/h
  • rower Wrześniowy Rower
  • Jazda na rowerze
współrowerzyści ma wycieczce:

Wkra Wkre mija - dzień 2

Niedziela, 10 września 2017 · dodano: 17.09.2017 | Komentarze 11

krzaki noclegowe - Boęcin - Kuchary Żydowskie - Sochocin - Malużyn/Małużyn - Wola Młocka - Młock - Kownaty Żędowe - Ciechanów >>> Modlin >>> Warszawa >>> Żyrardów (MAPA)

Album ze zdjęciami

Ponieważ wczoraj na dróżce którą zdążaliśmy na miejsce noclegowe wypatrzyłem podgrzybka, rano nim obudziłem lavinkę, udałem się na małe grzybobranie. Oto zbiór:
- 25 kurek
- 4 podgrzybki
- 3 zajączki



Na zdjęciu jest więcej niż ostatecznie, ale przed zapakowaniem (do lodówki turystycznej, żeby trzymały porannych chłodek - wkład już nie chłodził) sprawdziłem i dwa okazały się robaczywe, a jeden uznałem za zbyt miękki na transport. Ogólnie podgrzybków było więcej, ale zbierał tylko te twarde ze względu na transport... niektóre były tak namięknięte od deszczu, że normalnie też bym sobie je chyba odpuścił. A na kolację były dziś kurki smażone.




Czubajki też rosły (choć niewiele)... ciekawe jak je tutaj nazywają.



Nie, nie gotuję od razu tych grzybów... to kawka się robi.



Jak się rano okazało, ta kupa obok namiotu porośnięta mchem, to nie ziemia, a głaz narzutowy. Coś mamy do nich nosa.



Mimo że las w innych rejonach dosyć świetlisty, to my znaleźliśmy chyba największe krzaki w tym lesie i się tam rozbiliśmy...  wybraliśmy boczną dróżkę, taką co już zarastała, dalej okazało się że z jednej strony mocno zakrzaczona, z drugiej zwalone drzewo, więc nic nam przypadkiem nie przejedzie tędy w pobliżu namiotu.

Zresztą rano okazało się, że do lasu przyjechało sporo grzybiarzy, ale nasza miejscówka była bardzo dobra, w tych krzakach nikt nam nie przeszkadzał. Swoją drogą to trochę żenada - leśnictwo wybudowało porządny parking leśny z infrastrukturą, w opisie było że właśnie min. z myślą o grzybiarzach, a kierowcy co? Parkują dosłownie 200m dalej w lesie... jadą na grzyby i tych 200m przejść nie dadzą rady? Grzyby też zbierają tylko naobkoło samochodu?



No to jedziemy. Zaczynamy od cyklogrobbingu -  pierwszy fotostop na cmentarzu żołnierzy Armii Czerwonej w Bolęcinie.







Kwatera oficerska i podoficerska zaopatrzona jest w rozwałkowe ławeczki.



Kolejny postój w Sochocinie (dobiliśmy z powrotem do Wkry). Przy kościele przyjemny skwerek z ławeczkami, na którym przeczekaliśmy tłum wywalający się z kościoła (trafiliśmy na koniec mszy). Jednak... no właśnie, za daleko do kosza było? Druga ławka podobnie wyglądała, tylko że z flaszkami po piwie.



Oto i kościół, jak się okazało z pociskiem. Na trasie mieliśmy w sumie 5 kościołów z wmurowanymi pociskami, przy czym tych w Sochocinie i Jońcu nie miałem wcześniej namierzonych, zaś w Cieksynie, Starej Wronie i Nowym Mieście i owszem.

Tutaj tylko jeden i w takim miejscu, że niełatwo wypatrzeć (wysoko w załomie, a poza tym kościół ceglany)




Były też aż trzy repery - oto najstarszy.



Kamień węgielny i inne kamienie upamiętniające budowę kościoła.



To chyba plebania.



Jedziemy dalej w górę Wkry (której jednak nie widzimy) do Malużyna (choć na niektórych tabliczkach jest Małużyn. Tam oglądamy ceglano-drewniany kościółek.








Miejsce przyjemne, jednak możliwości rozwałkowe takie sobie... no to jedziemy na rozwałkę na mostek nad Wkrę, przy okazji pożegnać się z tą rzeką, bo zaraz odbijamy od niej w kierunku Ciechanowa. Nad rzeką krzaki, a jedyna łączka w słońcu (znów się robi gorąco), robimy więc sobie rozwałkę na mostku, bo droga bardzo boczna, po drugiej stronie Wkry jakaś nieduża wieś, do której jest chyba zresztą inny dojazd... w czasie postoju przejechał tylko jeden samochód, z dwoma kajakami i ekipą, która tu wodowała.




Żegnamy się z Wkrą i rypiemy na Ciechanów. W Młocku niepokojące znaki, że objazd, że roboty drogowe itd.  Okazuje się że nasza droga jest w remoncie. Możliwości objazdu są dwie, nadrabia się parę kilometrów ale nie tak znowu dużo, tyle że z jednej strony trzeba rypać drogą drogą krajową, a z drugiej strony wojewódzką do samego Ciechanowa. Postanawiamy sprawdzić czy da się przejechać... i słusznie, jedzie się jak średniej jakości gruntówą i na szczęście tylko do następnej wsi (ok. 2km), ufff.

Po drodze lavince przypomina się jak na pograniczu słowacko-węgierskim, wyczaiłem kiedyś skrót z mostem granicznym kolejowym na którym była piesza kładka. Wiodła tam właśnie jakaś taka gruntówa wśród pól, tyle że zupełnie nie w tym kierunku co trzeba... ale tą drogą jechała akurat jakaś pani na rowerze, no to zapytałem ją po polsku wtrącając słówka słowackie (byliśmy jeszcze na Słowacji) czy tędy dojedziemy na most kolejowy, a pani mi odpowiedziała po węgiersku że tak.

No to przypomniało nam się jak pod Budapesztem w piekarnio-cukierni kupowałem pieczywo i jakieś słodkie bułki - jak pani zapytała mnie czego sobie życzę, a ja odpowiedziałem po angielsku że na razie się tylko rozglądam, to na zapleczu zapanowała panika i próba znalezienia kogoś kto parla po angielsku. Nie znaleźli i spanikowana pani wróciła do mnie, a jak widząc co jest grane, po prostu pokazywałem palcem co chce kupić i ile.
- Tam to bardziej po niemiecku byś się dogadał. Pamiętaj, po niemiecku "proszę" jest "bitte".
- Ale ja nie chciałem dać im w mordę, tylko kupić bułki. Jak jest bułka po niemiecku.
- Bułka, hmmm... może spróbować "kajzerka"? Powinni zrozumieć.



Dojeżdżamy do obwodnicy Ciechanowa. Jest pełny krąg i zdaje się wzdłuż całości jest ddr-ka, łw zachodniej, czyli nowszej części jest ładna asfaltowa... z minusów, to niestety cztery razy zmienia stronę szosy. Na wschodniej połówce jest po jednej stronie (tak wynika z map), ale dla odmiany z kostki.



Najpierw myk na stację. Dworzec jest nowy i całkiem ładny. Kupujemy bilety, żeby potem nie stać w kolejkach w ostatnim momencie i ruszamy na miasto.



Jedziemy ulicą Sienkiewicza, naszą uwagę zwracają ciągnące się po obu stronach klimatyczne budynki. Jak się okazuje, jest to osiedle Bloki, wybudowane przez Niemców w latach 40 (info). My jedziemy jej skrajem, a budynków (w tym część znacznie dłuższa), jest ok. 100.





Ulica Sienkiewicza jest częściowo w remoncie, powstaje asfaltowa ddr-ka - końcówka ma już nawierzchnię, ale poza tym trzeba albo tyrtać się poniemieckim brukiem, albo wzorem lokalsów jechać chodnikiem. Po drodze trafiamy na taką rzeźbę, skoro ma tabliczkę, to znaczy że jest to Wielka Sztuka (tzw. kryterium lavinki-meteora, czyli jak poznać że jest to sztuka, a nie na przykład ubikacja, stos gruzu, albo Pan Marian). Okazuje się, że przed centrami handlowymi Dekada są stawiane takie rzeźby...

Hmm, u nas w Żyrku jest też takie centrum, ale po centrach handlowych nie chodzimy (chyba że do marketu po żywność, ale tam marketu ni ma), a obok nie jeździmy, bo ulica jest ruchliwa i nieprzyjemna. Potem podjechałem i sprawdziłem, faktycznie stoi tam identyczna rzeźba, jak to trzeba pojechać do Ciechanowa, żeby dowiedzieć się co przybyło w moim mieście.




Przeprawiamy się przez rzeczkę Łydynię (dopływ Wkry).



Ale przed mostem jest park im. Marii Konopnickiej z pomnikiem tejże.



Hotelem dla owadów.



I wyrwikółkami, jak się okazało ten wzór jest stosowany w Ciechanowie (widzieliśmy jeszcze w paru miejscach).



Docieramy na stoki Farskiej Góry (która zresztą jest grodziskiem).



Znajdujący się na dole kościół św. Tekli oglądamy przelotnie, bo trwa msza i dużo osób jest na dziedzińcu, więc pchamy rowery na skarpę obejrzeć farę.





Trochę tu powmurowywali głazów (ale kul nie ma), niektóre stanowią fundament pod przypory... swoją drogą w tychże przyporach są nawet otwory maculcowe.




Wdrapujemy się na na Farską Górę, na szczycie której jest dzwonnica.



W okolicy góry.




Msza w sąsiednim kościele się w międzyczasie skończyła, więc możemy spokojnie obejrzeć i ten, z klasztorem obok.





No to w drogę, podjazd pod skarpę i dalej deptakiem (ul. Warszawska).




Ratusz



No i docieramy do wizytówki Ciechanowa, czyli Zamku Książąt Mazowieckich.



Niestety okazuje się że wejście na baszty tylko z przewodnikiem i wchodzi się za kwadrans. W międzyczasie oglądamy sobie dziedziniec, w tym niezachowany, ale częściowo odbudowany budynek przy północnym murze.






Hmmm, piaskownica archeologiczna? Wyposażenie niekompletne - tylko plastikowe pojemniki, brak łopatek i sitka.... może już sezon archeologiczny się zakończył, bo mali archeolodzy poszli do szkół i przedszkoli, toteż nie ma komu jeździć na wykopki.




Oglądamy wystawę archeologiczną.



Są tu min. kule armatnie



A to mi się kojarzy z trapezami gimnastycznymi w różnych stylach, które wymyślił Tytus.



Zaglądamy też do sali multimedialnej, ale tylko na chwilę - wielkie eee tam. Umieścili by to samo na stronie, to można by sobie poklikać na telefonie lub w komputerze, a tutaj to trochę strata czasu.

No i wchodzimy na baszty... to niestety była totalna porażka, oprócz nielubianego przez nas zwiedzania z przewodnikiem, czyha na nas wystawa multimedialna (o ta). Już samo zwiedzanie z przewodnikiem - nie da się swobodnie połazić, porobić zdjęcia i pooglądać... jak się wtłoczy kilkanaście osób do niewielkich pomieszczeń baszty to jest straszny tłok, nie da się nawet obejrzeć co tam jest bo trzeba się przepychać itp. Oczywiście przyjęliśmy strategię - wleczemy się w ogonie i mamy trochę wolnej przestrzeni bez ludzi.

Niestety okazało się że jest zwiedzanie multimedialne - pani gasi światło i jest wyświetlany film (na cegłach, więc słabo widać), do tego głośno i z pogłosami więc słabo słychać. Albo nie film, tylko nagrany kawałek, pół biedy jakaś pani coś czytająca, gorzej jak jakiś rap... pochlastać się można. Do tego targetem tych kawałków jest młodzież szkolna, albo stereotypowy Janusz. To było dla nas za dużo... przy pierwszej okazji urwaliśmy się i polecieliśmy wyżej.

Przez chwilę mieliśmy spokój, zwiedziliśmy sami ze dwie salki, oraz obejrzeliśmy widoki ze szczytu baszty. Mieliśmy zamiar wrócić i wmieszać się w tłum, a potem uciec na drugą basztę ale pani oprowadzająca zauważyła nasz brak (kurczę, zbyt charakterystyczni jesteśmy), dostaliśmy zjebkę że nie wolno samemu zwiedzać i od tej pory filowała czy jesteśmy ... toteż nie udało się wejść na górną, zamkniętą część drugiej baszty (drzwiczki były tylko przymknięte, a nie zamknięte).  No cóż, pozostało przyjąć z powrotem strategię "wleczemy się w ogonie". Ogólnie poczuliśmy się jakbyśmy wrócili do szkoły (zresztą w Ciechanowie ostatni raz byłem właśnie w szkole... nie pamiętam czy poza zamkiem coś zwiedzaliśmy), a poza tym jak zwykle przy takich okazjach przypomnieliśmy sobie dlaczego nie lubimy zwiedzania z przewodnikiem, a poza tym nauczyliśmy że należy się wystrzegać wystaw multimedialnych.



 Sama wystawa taka se - najciekawsza była salka a 'la zbrojownia, bo tam w ogóle były jakieś eksponaty... bo gdzie indziej to np. sztuczny pan w kajdanach itp. O, tu znów mamy kule i chyba granaty armatnie, oraz dwie bombardy małego kalibru.











Żeby nie było - niektóre rzeczy nam się podobały. Na przykład pieczątki, muzeum ma sporą, dwukolorową pieczątkę. Poza tym w salkach baszt są pieczątki stylizowane na pieczęcie różnych książąt mazowieckich, które można sobie przybić na karteczkach z informacjami o danym księciu (ja przybijałem sobie na mapie, którą miałem szczęśliwie w kieszeni, ale lavinka nie wzięła swojego notesu). Tylko że nie wiem czy znaleźliśmy wszystkie, bo w tłoku nie zawsze dało się dokładnie salek obejrzeć - zwłaszcza na początku jak nie wiedzieliśmy o pieczątkach.



Zwiedzanie baszt to ok. 40 minut, my byśmy sobie spokojnie je oblecieli dwa razy szybciej, a może nawet w 15 minut, a jednocześnie zobaczyli dwa razy więcej i więcej porobili zdjęć. No i przez to wariag nie zaliczy nam gminy miejskiej Ciechanów, bo już zabrakło czasu podjechać do koszar (a chcieliśmy)... prosto z zamku rypiemy na dworzec, bo już późno.

Na dworcu lavinka zobaczyła stojący pociąg i od razu tam pobiegła nie czekając na mnie... a tu stały w sumie cztery pociągi (pojedyncze składy typu Elf) przy dwóch peronach.  No to  sprawdziłem na wywieszonych rozkładach z którego odjeżdża nasz, poszedłem sprawdzić co się wyświetla na wskazanym składzie i gdy upewniłem się że to nasz, dawaj szukać lavinki. Na szczęście zorientowała się że poleciała do złego pociągu i nie musiałem latać po tunelach.



W Elfach jest mało miejsca na rowery - jeden zakątek z trzeba pionowymi wieszakami. W poziomie dałoby się tu więcej upchnąć rowerów, ale jak ktoś już się powiesi, to za późno. Wsiadamy na pierwszej stacji, więc początkowo w miarę luźno (znaczy wszystkie miejsca na rowery zajęte).



A była niedziela popołudniu, pociąg zaczął się zapełniać, w tym zakątku i dwóch sąsiednich wyjściach w pewnym momencie było 10 rowerów, a zdaje się że przy kolejnych też jakieś były. Jak wysiadaliśmy w Modlinie, nie było to wcale łatwe.



Przesiadka w Modlinie, bo ze względu na remont kolei obwodowej, pociąg z Ciechanowa nie dojeżdża do Zachodniej, tylko do Gdańskiej... i tak musielibyśmy się przesiadać na metro, albo co, więc wybieramy przesiadkę w Modlinie. Elf lotniskowy (też jedna jednostka) jest już podstawiony, więc z drzwi do drzwi.



W tracie jazdy sytuacja się powtarza i pociąg się zapełnia rowerami (były jeszcze przy wejściach)



Kolejna przesiadka na wschodnie... i znowu nasz pociąg już stoi, tym razem Impuls i to dwie jednostki. W Impulsie jest więcej miejsca na rowery, bo w dwóch miejscach w sumie 6 stojaków poziomych, nie zawieszając da się upchnąć więcej, poza tym naprzeciwko jednego ze stojaków jest stolik barowy, pod który znów da się ze dwa rowery wepchnąć... A że dwie jednostki, to w sumie daje zaprojektowanych wieszaków sztuk 12. Tak więc luz.

A na Zachodniej wsiada babcia z Kluską, które wracają z Warszawy.



  • dystans 120.27 km
  • 13.50 km terenu
  • czas 06:36
  • średnio 18.22 km/h
  • rekord 41.80 km/h
  • rower Wrześniowy Rower
  • Jazda na rowerze
współrowerzyści ma wycieczce:

Wkra Wkre mija - dzień 1

Sobota, 9 września 2017 · dodano: 12.09.2017 | Komentarze 14

Żyrardów - Kaski - Kampinos - Leoncin - Zakroczym - Swobodnia - Borkowo - Cieksyn - Stara Wrona - Joniec - Nowe Miasto (nad Soną) - krzaki noclegowe (MAPA)

Album ze zdjęciami

Nie leje, morderczego upału nie ma, dziecko z babcią... nic tylko wyskoczyć na weekend. No to fru z wiatrem, czyli na północ (choć były odcinki jazdy na zachód lub wschód z wiatrem bocznym). Pierwszy postój w Kaskach, gdzie okazało się ostatnio postawili mini tężnię... obok jest też siłownia plenerowa, do tego ławki, wiatka. No cóż, mam pewne wątpliwości, czy taka kieszonkowa tężnia ma jakiekolwiek znaczące właściwości inhalacyjne, ale przybyło sympatyczne miejsce rozwałkowe, akurat na spotykanie się z huannem, który tą trasą czasem pędzi na Warszawę.




Pole dyniowe, chyba jest urodzaj.




Na razie rypiemy, bo okolice znane, poranek w miarę chłodny, ale robi się coraz cieplej więc trzeba korzystać z pogody optymalnej do jazdy... kolejny postój w Kampinosie ma placyku obok siłowni plenerowej i placu zabaw, a następny już po przebiciu się przez Puszczę Kampinoską w Leoncinie przy siłowni plenerowej i placu zabaw. Obrodziło tymi siłowniami.

Przy okazji rzut okiem na kościół w tymże Leoncinie, czy nie ma pocisków...jesteśmy na przedpolach Twierdzy Modlin, a kościół w czasie którejś z wojen był poważnie zniszczony (kiedyś oglądałem zdjęcia z odbudowy, wywieszone w kruchcie). Pocisków jednak nie ma.



Jest też pomnik z tablicą, która formą jest bardzo podobną do takich upamiętnijących poległych w wojnie polsko-bolszewickiej (link), może i tu kiedyś taka była?




Prze most ekspresówki przebijamy się przez Wisłę



Jakiegoś zejścia, czy zjazdu z kładki pieszej nie ma... na szczęście jest wyrobiona ścieżka. Tutaj już robi się gorąco, więc przebieram się na wersję light, zostaję w sandałkach, krótkich spodenkach i koszulce bez rękawów.



W Zakroczymiu dawno nie byliśmy... to znaczy w ostatnich latach przejeżdżaliśmy tędy, ale spieszyliśmy się do Modlina na pociąg, więc nie było okazji zwiedzać.  Dziś trochę czasu tu poświęciliśmy na fotostopy i keszowanie.

Pomnik-latarnia na Rynku, upamiętnia Powstańców Styczniowych, choć po od budowie nie tylko... na szybkach latarni herby Zakroczymia, ziemi zakroczymskiej, rewers i awers orderu Gwiazda Wytrwałości - odznaczenia ustanowionego w 1831r. w Zakroczymiu, jednak jako odznaczenie państwowe nie zostało wtedy nikomu przyznane. Z opisu w wiki: od 1981 odznaczenie prywatne nadawane przez bliżej nieokreśloną kapitułę.






Zjeżdżamy do kościoła




Znajdujemy tu wmurowane dwie kule armatnie i żarno





Kamieni wmurowanych jest więcej, ale już nie w tak eksponowanych miejscach, a poza tym już nieregularne.



Jeszcze stopik przy kościele przyklasztornym





I na kwaterze z 1939





I rypiemy dalej na północ... uwaga na nisko latające samoloty, przejeżdżając przez wiadukt obowiązkowo schylić głowy!



Kolejne pole z dyniami



Powoli dobijamy do Wkry, ale choć jedziemy wzdłuż niej, to jeszcze jej nie widzimy. Pomnik w Borkowie upamietniający poległych w wojnie polsko-bolszewickiej i bitwę warszawską (tutaj toczyły się walki na przeprawach). W okolicy jest też na cmentarzach trochę kwater wojennych z tego okresu, ale w końcu o żadną nie zahaczyliśmy.

Powiększenie po kliknięciu w fotkę.



No i jest Wkra, przejeżdżamy na drugą stronę, Generalnie okolica trochę turystyczno-letniskowa - kajaki, domki letniskowe, ośrodki itp.



Niebieskie kajaki... te czerwone zaś, to chyba przewodnickie.




Zielona konkurencja.



Wjeżdżamy do Cieksyna, który jest w bok od Wkry (ale blisko)




Przy przystanku trafiamy na pierwszą z rzeźb ze szlaku kolorowych drzew (drzewo pomarańczowe -  tabliczka)




Sam przystanek też całkiem ładny




A tak wygląda rozkład jazdy - zdziwko, co? Powiększenie po kliknięciu w fotkę.



A teraz kościół - a w nim 5 pocisków artyleryjskich (czerwone kółka) i dwie kule armatnie (fioletowe).




Poniżej na fotce zniszczenia w czasie I wojny światowej... zdaje się że walki w tym rejonie mogły się toczyć jakoś w okresie lipiec-sierpień 1915, bo zdaje się że wcześniej front był za Ciechanowem. No i potem w 1920.




Pociski wmurowane ścianie południowej i zachodniej są dużego kalibru, cylindryczne, przy czym jedne ma otwór po zapalniku dennym, czyli umieszczonym z tyłu, a nie na czubku.




Kule armatnie sa od strony północnej, wmurowane w szkarpy dzwonnicy.




Rzut obiektywem do środka.



Ta chałupa, to chyba coś w rodzaju domu kultury




Drzewo turkusowe, wszystkie tabliczki są mniej lub bardziej uszkodzone... na szczęście same rzeźby są nieco bardziej odporne.




Rzeczka Nasielna, dopływ Wkry (Nasielna - tablica informacyjna), a obok mostku strażnik.





Linia kolejowa Nasielsk - Sierpc... już pierwszy rzut oka wystarcza, żeby wyjaśnić dlaczego na tej trasie kursują szynobusy.

Przypomniał mi się wierszyk wypisany na stacji Sułkowice, ale pasowałby i tutaj:
Cztery słupki, dwie tablice
To jest stacja Sułkowice





Drzewo cytrynowe, a że stoi  przy torach, to pień jest z szyn kolejowych (tablica). Na czwarte drzewo nie trafiliśmy, ale też nie mielismy czasu, żeby objeżdżać wzdłuż i wszerz całą wieś.



Wracamy tym samym mostem na drugą stronę Wkry i nieco oddalamy się od rzeki. Po drodze mija nas jakiś samochód, jadący jakieś 30km/h (+/-5) z otwartym do góry bagażnikiem, a za nim koleś na kolarce... eee, śrubuje się rekordy na apce?



Kościół w Starej Wronie (w okolicy są jeszcze Nowa Wrona, Wrona i Ślepowrony) a w nim 19 pocisków.





Jeden z otworem po zapalniku dennym, a dwa nawet z zapalnikiem.




Najniżej wmurowany pocisk pomalowany... skwar daje się we znaki i w końcu temu nie zmierzyłem średnicy.



Znów spotykamy linię na Sierpc (tym razem ze strażnikiem), ale teraz ją przekraczamy



Dojeżdżamy do Jońca nad Wkrą. O ile wiedziałem, że w poprzednich dwóch kościołach są pociski, o tyle tutaj nie... ale okazało się, że są dwa z tyłu w mało eksponowanym miejscu.




A na dzwonnicy taka tablica (powiększenie po kliknięciu), Klusce by się spodobała.



Przekraczamy znów Wkrę i oddalamy się od rzeki jadąc do Nowego Miasta.



To kolejny kościół, a obok drewniana dzwonnica





Trochę późno się już robi, no to sprawdźmy która godzina



Sześć pocisków... ten jeden zakończony ściętym stożkiem, to chyba raczej z II wojny światowej (przynajmniej tak mi się wydaje, że takie nie były stosowane jeszcze w czasie I wojny), nad nim nie wiadomo co, ale chyba jakiś częściowo zniszczony. A z tych kolejnych czterech w kształcie walca, trzy niższe posiadają zapalnik denne... niestety wysoko, w cieniu, a lavinka nie wzięła teleobiektywu, więc niestety nie mam dobrego zbliżenia.





Sporo głazów tu wmurowali, a poza tym widać chyba zamurowanie otworów maculcowych.






Postój robimy sobie na Zielonym rynku w wiatce przy placu zabaw i siłowni plenerowej. A na zdjęciach resztki zabudowy małomiasteczkowej zachowanej w tym rejonie.






Orzełek na pomniku na Głównym Rynku.




Nowe Miasto nad Soną (dopływem Wkry)



Cmentarzyk z I wojny pod Nowym Miastem.




Powoli jedziemy szukać miejsca na nocleg... przy szosie trafiamy na taki parking leśny. Miejsce sympatyczne i w odróżnieniu od większości tego typu miejsc, nie jest drewniano-drewniany, a ławki, wiatki są dosyć nowoczesne w formie. No i fajnie wtopione w zieleń, nie jest to wycięty w lesie placyk. Nazwa jest zastanawiająca - Przystajnia Przepitki.

W regulaminie jest zakaz rozbijania namiotu, to jednak nie Norwegia (można natomiast zaparkować przyczepę kempingową na jedną dobę - regulamin), ale nawet jeśli można by było, oraz gdyby pozwalał na palenie ognisk (a jest zakaz), to i tak jak na nasz gust za blisko szosy - raz że hałas przejeżdżających samochodów, dwa ryzyko że wpadnie jakaś imprezowa ekipa, albo co gorsza awanturna. Tak czy inaczej jedziemy dalej i znajdujemy przyjemne miejsce w krzakach.






Trasa biegowa obok parkingu.




  • dystans 4.86 km
  • czas 00:19
  • średnio 15.35 km/h
  • rower Srebrny Rower
  • Jazda na rowerze
współrowerzyści ma wycieczce:

Z Klu na dworzec

Piątek, 8 września 2017 · dodano: 12.09.2017 | Komentarze 0

Już tydzień temu trudniej się jechało przez miasto ze względu na większy niż w wakacje ruch samochodowy... ale dziś to już jakaś masakra - ruch koszmarny, prawie co skrzyżowanie zatory, a nawet korki (w Żyrardowie!). Widać już ostatecznie pokończyły się wakacje, a szkoła zaczęła na dobre.



Stojaki rowerowe pod stacją - już w momencie ich postawienia było ich za mało (mimo że z drugiej strony budynku są jeszcze wyrwikółka, a za krzakami zadaszone wyrwikółka na starym park&ride). Teraz budują nowe p&r, za torami są już gotowe i też są zadaszone stojaki... tym razem U-kształtne. Po tej stronie jeszcze w budowie i też stojaki.



To nieco poprawi sytuację, ale moim zdaniem nadal będzie za mało - na oko nie zmieszczą się tam nawet wszystkie rowery, które w tej chwili są przypinane gdzie popadnie. Ale to tak jak z samochodami -  im więcej dróg i parkingów, tym więcej samochodów, a im więcej stojaków i ddr-ów, tym więcej rowerów (choć to oczywiście tylko niektóre z czynników).



A na torach mały przegląd taboru - piętrus (tym razem lokomotywa i wszystkie wagony od Bombardiera).




Dwa pociągi z PKP Intercity - klasyczny wagonowy ciągnięty przez EU07, oraz Dart.




Poza tym manewrowała spalinówka w barwach PKP Cargo (SM42)



No, a na koniec podjechał Impuls, do którego upchnęliśmy dziecko i babcię... papa i jedziemy się pakować na weekendówkę.




  • dystans 17.02 km
  • 8.00 km terenu
  • czas 01:09
  • średnio 14.80 km/h
  • rower Wrześniowy Rower
  • Jazda na rowerze

Nagły Wysyp Podgrzybków

Wtorek, 5 września 2017 · dodano: 11.09.2017 | Komentarze 10

Mimo że znów się pokazały grzyby (dzięki deszczowej pogodzie), to jakoś nie było kiedy się wybrać... teraz też za bardzo czasu nie miałem, ale na szybko do żyrardowskiego lasu udało mi się wyskoczyć.  Las mokry po porannym deszczu, w trakcie zbierania też trochę siąpiło, przez to byłem kompletnie sflorzony, a buty suszyłem potem przez dwa dni. Ale było warto - ładną mieszankę grzybów udało się zebrać: Za to grzyby ładnie błyszczały, co trochę pomagało w ich namierzeniu.

- 49 podgrzybków
- 21 czubajek
- 18 zajączków
- 8 maślaków
- 7 kozaków
- 3 surojadki
- 1,5 prawdziwka
- (3 maślaki pstre)



Na dzień dobry, jeszcze nie zsiadłem z roweru, a już trafiłem na takiego prawdziwka - tak zwana podpucha, bo potem prawdziwków mało, a te które były, to starsze i już robaczywe.




Ale głównie były podgrzybki.






Było też dużo czubajek, mogłem zebrać kilka razy więcej, ale tylko symbolicznie co ładniejsze czubki zbierałem, bo w transporcie się łamią, zwłaszcza między twardszymi grzybami.



Całkiem sporo też podgrzybków zajączków - ten pierwszy mnie zaskoczył, taki maluch, myślałem że jakiś blaszkowy, strzeliłem fotkę, zaglądam pod kapelusz... a tam żółte rurki!




Kozaki, od szaro-czarnego po szaro-białe i jeszcze z zielonkawym odcieniem kapelusza się trafiały.




Maślaczki



A, skusiłem się na kilka surojadek... dużo ich było, ale zebrałem tylko trzy ładne, żółciutkie (żółte są co najmniej dwa gatunki - jasnożółty i brudnożółty), sprawdziłem jeszcze  tylko dokładnie, czy nie ma nawet ledwie wyczuwalnego szczypania na języku.



Z nieznanych mi dotąd grzybów - maślak pstry, sztuk trzy. Przynajmniej tak sądzę. Ostatecznie do gara nie trafił, bo jednak miałem cień wątpliwości, a poza tym ponoć smakowo taki sobie.





Kategoria mazowieckie