teczka bikera meteor2017

avatar Miejsce robienia kawy do termosu: Żyrardów. Od 2009 nakręciłem 124075.40 km z czego 18790.55 wertepami i wyszła mi mordercza średnia 17.14 km/h
meteor2017 bs-profil

baton rowerowy bikestats.pl

Czerstwe batony

2025 2024 2023 2022 2021 2020 2019 2018 2017 2016 2015 2014 2013 2012 2011 2010 2009 Profile for meteor2017

Znajomi bikestatsowi

Jakieś tam wykresy

Wykres roczny blog rowerowy meteor2017.bikestats.pl

Kalendarium

  • dystans 5.77 km
  • czas 00:24
  • średnio 14.42 km/h
  • rower Srebrny Rower
  • Jazda na rowerze
współrowerzyści ma wycieczce:

Partyjka Piotrusia na dworcu

Piątek, 9 marca 2018 · dodano: 15.03.2018 | Komentarze 19

Dziś na dworcu rozegraliśmy parę partyjek Czarnego Piotrusia. Bo ostatnio z Klu grywamy właśnie w Piotrusia i jeszcze w Wojnę.




Co tam jakiś wjeżdżający pociąg, tu się gra toczy!




InterRegio do Łodzi. Ostatnio podstawiony był Feniks (EN57FPS) w barwach PolRegio, a dziś EN57AKM w łódzkim malowaniu.




W Piotrusia graliśmy specjalną talią z Kubusiem Puchatkiem (a więc w zasadzie graliśmy w Kubusia), Klu miała kiedyś też talię z Minnie i Daisy gdzie zamiast symboli były liczby... ale tę talię gdzieś rozwlekła po domu i teraz jest mocno niekompletna.




Mamy też w domu większą talię ze Słowacji... dla nieco większych dzieci. (powiększenie)



A gdy zapytałem Klu, czy wie że zwykła talią też można grać w Piotrusia, to bardzo się zdziwiła... no to jej pokazałem jak  (aczkolwiek graliśmy tylko połówką talii - czerwonymi).




Wydaje mi się, że w Piotrusia nigdy wcześniej nie grałem... w dzieciństwie grałem w wojnę (kto nie grał) i to chyba tylko w domu, potem w podstawówce i w domu  grało się w Kuku, Pana, Makao, w liceum już jakby mniej a jeśli już to w Makao i Remika. Gry w które  grałem, ale rzadko - raz albo parę razy, to Oko, Tysiąc, Poker,mam też wrażenie (ale głowy nie dam), że zdarzyło się grać jeszcze w Durnia, czy Licytację. mogłem też o czymś zapomnieć rzecz jasna. A Wy w co grywaliście?

Aha, później to już w ogóle mało się grało, na studiach zdarzyło mi się grać w Kierki i parę razy w Brydża. A na Ukrainie z lokalsami w Kozier.

Zdecydowanie najwięcej się grało w podstawówce, na zielonej szkole uciekaliśmy z dyskoteki, żeby się zaszyć w pokoju i grać w karty, kości, oraz radzieckie gierki elektroniczne. Sukcesem było też dostać karę - za karę nie szło się na jakieś zajęcia, tylko zostawało w pokoju... i można było grać do oporu! Kiedyś na zielonej szkole w Załęczu nad Wartą poszliśmy odwiedzić w sąsiednich domkach dziewczyny z Łodzi... potem za karę przepadły nam jakieś zajęcia, a że kilka osób miało te karę, to było z kim grać.

Inna historyjka, to jak uczyłem się grać w brydża - w pięć osób z Wydziału wybraliśmy się na długi weekend listopadowy w góry. Okazało się, że jest trójka brydżystów i dwie osoby, które grać nie umieją. Przy braku czwartego do brydża, postanowili nas nauczyć, więc przez żeby się nauczyć rozgrywki brydżowej, w pociągu do Zwardonia rżnęliśmy w kierki. A potem już w górach tłumaczyli nam zasady licytacji i na noclegach grywaliśmy w brydża.

Natomiast kiedyś jak byłem na obozie wędrowny w Gorganach, musiałem wcześniej wrócić. Zszedłem sam z gór i nocowałem w miejscu biwakowym pod Osmołodą, oprócz mnie rozbiło się tam dwóch Ukraińców. Zagraliśmy w karty, a konkretnie w kozier... pierwsza rozgrywka była ćwiczebna, bo się uczyłem i ją przegrałem. Okazało się że jest to rozgrywka zbliżona do brydżowej, a koziernyj, to kolor atutowy (co ciekawe po ukraińsku i rosyjsku atut to obecnie kozyr, natomiast po polsku zanim weszła do użycia obecna nazwa francuska, używano słowa kozer... czyżby kozier to taki zachodnioukraiński regionalizm?). Tak czy inaczej, jak zorientowałem się w zasadach, to kolejne trzy partie wygrałem i już nie chcieli więcej ze mną grać.


Ale wracając do dnia dzisiejszego, oprócz Piotrusia gramy z Kluską oczywiście w Wojnę. Jak to z kartami bywa, każdy zna inne zasady... przy czym o ile w makao było to oczywiste i jak gra wychodziła poza zgraną ekipę, to każda rozgrywka zaczynała się od ustalenia wspólnych zasad (jak na przykład graliśmy w domu, to nie stosowaliśmy zasad takich jak dama na wszystko, wszystko na damę, schodzenie z wagonika, czy przebijanie dwójki trójką, poznałem je później), a i tak często się kończyło sporami odnośnie jakiegoś nie uzgodnionego wcześniej przypadku (czy dama może być kartą rzuconą po makale, czy można schodzić z wagonika kartami funkcyjnymi itp.). O tyle w wojnie wydawałoby się, że trudno o różne zasady... a jednak.

Standardowa wojna wyglądała tak, że walczyć mogły tylko najwyższe figury na kupce (niższe odpadały - dla ustalenia uwagi odwróciłem więc dziesiątkę). Wygrywała osoba, która zaczynała jedną z tych wyższych kart, nawet jeśli na końcu na wierzchu było coś niższego (od dziesiątki w naszym przypadku).




Jednak jeśli zastosować kolonijną zasadę lavinki, że wojna jest nadrzędna, sytuacja jest inna i w powyższym przypadku wygrywa dziesiątka...

Otóż w poniższym przypadku normalnie wygrałaby dama, ale z zasadą  wojna jest nadrzędna, niższe figury najpierw przeprowadzają wojnę i na koniec porównuje się karty leżące na wierzchu u wszystkich graczy. W tym wypadku wygrywa as.




Zasada ta sprawia, że wojna jest nieco ciekawszą grą (choć bez przesady, toteż jest grą tylko dla najmłodszych), zwiększa się częstotliwość wojen, pojawiają się wojny krzyżowe i znacznie zwiększa się  szansa na wojny wielopiętrowe. Wojny bowiem przeprowadza się do momenty, aż każda karta na wierzchu będzie inna. Również do końca nie można przewidzieć kto wyjdzie zwycięsko z takiej wojny.

Jeszcze jeden przykład,  po pierwszej wojnie na wierzchu są dwie damy, które z kolei przeprowadzają następną wojnę. A na koniec wygrywa osoba, która na początku miała najniższą kartę, a potem przegrała wojnę... jednak na koniec i tak ma ósemkę, która jest najwyższą kartą.





Nadal jednak największy problem wojny jest taki, że rozgrywka jest strasznie długa... dla dwóch graczy w zasadzie nie ma sensu kontynuować gry, więc my w tym momencie uznajemy, że obaj są zwycięzcami i zaczynamy nową grę.

Dlatego też, żeby wyeliminować ten problem wymyśliłem nową odmianę wojny, którą nazwałem:



♥ ♦ Wojna na kolory ♣ ♠

Karty dzielimy na kupki według kolorów i każdy gracz otrzymuje do gry potasowaną kupkę danego koloru. Są dwie możliwości:
- dwie kupki - karty czerwone i karty czarne (gra dla 2 graczy)
- cztery kupki - kiery, kara, piki, trefle (gra dla 2-4 graczy)

Dalej gramy w wojnę, ale pokonane karty przeciwnika nie są przechwytywane, lecz zbijane - eliminowane z gry i odkładane na bok, do gry wracają tylko karty osoby zwyciężającej (czyli chodzi o to, żeby na ręce gracz miał cały czas karty tego samego koloru). Grając nie stosowaliśmy zasadywojna jest nadrzędna, ale to już jak kto sobie tam chce.

W ten sposób udało mi się osiągnąć to co chciałem, a mianowicie rozgrywka nie jest długa i nie ciągnie się w nieskończoność (nawet dla dwóch graczy). W grze jest spora szansa na remis, gdyż na koniec gracze mają mało kart, ale za to mocne... kilka razy nam się zdarzyło, że na koniec była wojna, która nie mogła być dokończona z powodu braku kart u obu graczy (uznaliśmy, że to remis).

Jest to nadal wojna, a więc gra prosta, niezbyt ciekawa i przede wszystkim dla najmłodszych dzieci, które są jeszcze za małe na bardziej zaawansowane gry. Na pewno jest dobra jako choćby urozmaicenie, gdy zwykła wojna się znudzi.


  • dystans 3.77 km
  • czas 00:16
  • średnio 14.14 km/h
  • rower Srebrny Rower
  • Jazda na rowerze
współrowerzyści ma wycieczce:

Z Klu na łyżwy

Poniedziałek, 5 marca 2018 · dodano: 14.03.2018 | Komentarze 2

Trzeba się posilić i do parku na łyżwy



To ostatni moment, bo zaczyna się odwilż... już dziś w dzień dochodziło do +3, śnieg nieprzyjemnie lepki, ale jeszcze wszystko jako tako zmrożone po nocy, gdy było od -8 do -10. Tak więc pojechaliśmy ostatni raz do parku na zamarznięte Żabie Oczko.

Klu bardziej chodziła na łyżwach niż jeździła. Jeździła wtedy, gdy ją ciągnąłem.



Rysujemy ślimaczka - ślimaczek śpi i jest schowany w skorupce.




Kaczki tu były.



No to dalej jazda






O, wmarznięty kijek... nie da się wyjąć.



Przygotowaliśmy trasę, a teraz nią jeździmy. Najpierw na kolankach



O, a tu jest wmarznięta gałązka.




Mała przerwa



Gramy w curling kawałkami lodu



A właściwie w curlingo-golfa, bo ktoś próbował wybić przerębel, ale się nie przebił, powstał tylko dołek.



Znaleźliśmy nawet użyte narzędzie



A potem przyszedł Pan Marian, wyjął z kieszeni trzy granaty i zaproponował grę w ruski curling. To się gra tak - wyciąga się zawleczkę i puszcza granat po lodzie... Żabie Oczko po tej grze, wyglądało następnego dnia tak:



Widać jak gruby był lód, te bryły miały ponad 20cm (dokładnie nie wiem ile, bo nie miałem miarki)





  • dystans 32.32 km
  • 18.50 km terenu
  • czas 02:30
  • średnio 12.93 km/h
  • rekord 36.30 km/h
  • temperatura -7.0°C
  • rower Wrześniowy Rower
  • Jazda na rowerze

Nieco naobkoło nad Pisię

Niedziela, 4 marca 2018 · dodano: 13.03.2018 | Komentarze 4

To koniec mroźnej pogody - w nocy jeszcze solidny mróz, gdy wyjeżdżałem było -7, ale w dzień dobiło lub prawie dobiło do zera... śnieg zaczął się robić nieprzyjemnie lepiący, to jeszcze nie odwilż, ale zapowiedź odwilży w kolejnych dniach. Wybrałem się więc nad Pisię, dopóki jest w lodowych okolicznościach przyrody. Jechałem jednak nieco naokoło, a to podjechałem po skrzynkę, a to pojechałem sprawdzić ściezki i miejsca, których ostatnio nie odwiedzałem.

Parapet de luxe



Przy torach odkryłem ciekawe miejsce - rów, który był wypełniony wodą, gdy zaczynały się mrozy, woda rozlała się też na sąsiedni las. Niedługo po tym, gdy lód pokrył powierzchnię, woda spłynęła... tak więc powstała warstwa lodu wisząca w powietrzu na drzewach i krzaczkach.  Gdy się po nim stąpało, to się załamywał (zresztą ktoś już wcześniej po nim chodził).






Można było więc sobie obejrzeć lód od spodu i znajdujące się tam różne nacieki.


















Skoro przy torach, to trochę trainspottingu



Trafiłem na skład ŁKA złożony z dwóch Flirtów - jeden standardowy, a drugi w okolicznościowym malowaniu (z okazji Święta Niepodległości, ponadto nadano mu imię Marszałek).




Chwilę później w drugą stronę jechał drugi skład ŁKA, również podwójny (ale ze dwa razy widziałem już na tej trasie potrójne).



Mostek na Suchszym Dopływie Suchej... blisko torów, może dlatego jest z podkładów kolejowych.




Drugi też z podkładów, a ponadto na szynie kolejowej




Jedno z mokradeł po drodze...



Po którym wcześniej hasała sarenka



Dworek dawnego Folwarku Raczyn. Z roku na rok w coraz gorszym stanie.




Mount Cegielest? Ten który kilkakrotnie zdobywaliśmy? Link do relacji (niestety w starszych relacjach zdjęcia wrzucałem na Imageshack i już dawno szlag trafił).

Nie mam pewności czy jest to Mount Cegielest, bo ten był dwa razy wyższy, a obok rósł duży kasztanowiec (ten ze zdjęcia powyżej). Oczywiście Mount Cegielest mógł zerodować, a drzewo zostać wycięte... ale mógł się też całkowicie zawalić,  a o ile pamiętam, to był tam też drugi, mniejszy masyw - Mount Cegielest III, więc to może on?




Jako że Mount Cegielest III nie był do tej pory chyba zdobyty, więc na wszelki wypadek dokonałem zimowego wejścia.



Wąwozik po sąsiedzku.




A w dole Okrzesza




Tu też bobrza tama i rozlewisko (ale mniejsze niż to na Pisi).






Hmmm, a czyje to ślady? Może jakiejś kuny, tchórza, czy innej łasicy?







Klimatyczny płotek



Leśna Krzyżówka



A oto i Pisi Gągolina, z mostem CMK w tle.



Dojechałem tam, gdzie ostatnio skończyłem, czyli do bobrzej tamy. Tam porzuciłem rower w krzakach i dalej wzdłuż rzeki z buta - prawie do Hamerni i z powrotem.

Powyżej tamy liczne śladu działaności bobrów.







I znów jakieś ślady, czyżby też jakieś łasicowate?





No i zając.



Spacer wzdłuż częściowo skutej lodem Pisi







Miejsce śmierci Tymoteusza Tatara



I dalej wzdłuż Pisi













Bliżej Hamerni znalazłem jeszcze dwie bobrze tamy, jednak obie niższe i żadna nie spiętrzała Pisi powyżej koryta.



Ta druga może i niższa, ale dłuższa... bo zbudowana nie w poprzek koryta, ale częściowo też wzdłuż.




Tych tropów nawet nie próbuję zidentyfikować



Machnięcie skrzydłami... ale nie będę zgadywał jaki to ptak



W drodze powrotnej jeszcze postój na mostku i klasyczny kadr z mostku






  • dystans 41.34 km
  • 29.00 km terenu
  • czas 03:21
  • średnio 12.34 km/h
  • temperatura -9.0°C
  • rower Wrześniowy Rower
  • Jazda na rowerze

Łoś na Trakcie Kozackim

Sobota, 3 marca 2018 · dodano: 11.03.2018 | Komentarze 7

Jak wyjeżdżałem było -9, ale w dzień dochodziło do -6.

W nocy znów popadało śniegu... niedużo, ale wystarczyło żeby ulice stały się nieprzyjemnie mokre. Dopiero na bardzo bocznych drogach było znośnie, znaczy tak:



Ujście Suchszego Dopływu Suchej (ciek z góry kadru) do Suchej (ciek z prawej).



Jak z rana jechałem, to było tak... a jak później wracałem, to było tak jak na drugiej fotce.




Bajorko leśne



Ruinki leśne



Bagienko leśne (ten śnieg leży na lodzie)... no i znów zaczął prószyć śnieg.




Bardzo przyjemne bagienko, bo niezakrzaczone i da się wygodnie po nim jeździć rowerem.



Kawka na środku bagna.



Spacer rodziny kubeczków po bagnie



Trakt Kozacki - w dali kolejne zamarznięte rozlewiska. Udałem się tutaj, bo mroźna zima to jeden z nielicznych momentów, kiedy tę drogę da się w miarę sprawnie przejechać. W innych okresach jest to przebijanie się przez zalaną drogę.



Hmmm, duży ślad nawet jak na dzika... hmmmm... łoś?



O, tu się poślizgnął na lodzie



Okazało się, że trafiłem. Wkrótce spotkałem łosia na trakcie



O, zauważył mnie




Powoli się oddalił drogą, a gdy zobaczył że podążam w tym samym kierunku, zrobił skok w bok w krzaki.



A tutaj już świeże ślady. Swoją drogą bardzo dużo tu teraz łosiowych tropów. Byłem tu sześć dni temu i nie widziałem ani jednego, od tej pory pojawiły się dosłownie wszędzie... gdzie nie zszedłem w bok z traktu, żeby obejrzeć jakieś zamarznięte bajorka, rozlewiska, wszędzie były ślady. Ciekawe czy to wszystko ten sam łoś, czy jest ich tu więcej?





A tu wyraźnie szedł po moich śladach sprzed niemal tygodnia... i słusznie, bowiem gdzie wujek To Mi, tam na pewno jest jakieś żarcie.



Porównanie ze śladami sarny.




I inne tropy...



Wracając postanowiłem zahaczyć o skrzynkę, którą założyłem dwa dni wcześniej. Postanowiłem pojechać doliną Suchszego Dopływu Suchej, a co!

Hmmm, przede mną niedawno wylało... jechać, nie jechać? Może jak szybko przejadę lód wytrzyma, nawet jeśli osłabiony?




Udało się



Podjazd pod skrzynkę miałem efektowny przez zalane łąki... szkoda że akurat nikogo przy skrzynce nie było (tego dnia, ale wcześniej, były tu dwie ekipy).



Wieczorny trainspotting




Dopisek:
Aha, lavinka jak zobaczyła zdjęcia śladów łosia, to rzuciła że ktoś wrzucał ostatnio fotki tropów żubra i dodała "To będzie ciężko przebić". Co, ja nie przebiję? Kiedyś widziałem w Bieszczadach śladu żubra i to z ich właścicielem! Chyba nie zdążyłem zrobić fotki żubra, ale może gdzieś mam analogowe zdjęcie tych śladów na śniegu.

A co tam ślady - przebiję jeszcze kupą żubra! Kup żubra jak szedłem w Bieszczadach na Maguryczny (szczyt poza szlakami) było bardzo dużo, ale najciekawsza była pewna kupa, która leżała centralnie przed wejściem do pewnego szałasu... ale to nic, jak byliśmy tam 9,5 miesiąca później, tak kupa nadal tam leżała, tylko zzieleniała (foto 1, foto 2 po 9 miesiącach)


  • dystans 24.83 km
  • 5.00 km terenu
  • czas 01:43
  • średnio 14.46 km/h
  • temperatura -9.0°C
  • rower Wrześniowy Rower
  • Jazda na rowerze

Wzdłuż Pisi Gągoliny

Piątek, 2 marca 2018 · dodano: 10.03.2018 | Komentarze 5

W międzyczasie przyszła odwilż, w dzień +10°C, ale jestem do tyłu z bikestatsem, toteż jeszcze jakiś będzie u mnie zima i -10°C.


Pisia Gągolina najpiękniej moim zdaniem wygląda wiosną i zimą... przy czym zimą za każdym razem jest inna i wszystko jest niepowtarzalne.

Zaczynam od Okrzeszy tuż przed ujściem do Pisi



Oraz Pisi Gągoliny tuż za ujściem Okrzeszy



Zalew Żyrardowski - tu kiedyś była piękna dolina Pisi pośród łąk. Ale to było dawno temu, wtedy uczyłem się tu pływać - po warszawsku, tyłkiem po piasku (ewentualnie brzuchem). Inaczej się po prostu nie dało, bo głębiej było tylko na zakrętach.




Zalew Korytowski przy młynie. Tutaj też się uczyłem pływać, ale poważniejszymi stylami - rozpaczliwym pieskiem, żabką dyrektorską i dryfować na plecach.








Zaczyna się Las Radziejewski, kładeczką myk na drugą stronę i w las.





A to nasz ulubiony mostek.



I kadr z mostka (ten sam w innych warunkach śniegowo-mrozowych o tutaj na blogu pocztówkowym)




Kwa, kwa, kwa! Kwaczka Dziwaczka

Nad rzeczką, opodal krzaczka
Mieszkała Kaczka Dziwaczka
Lecz zamiast trzymać się rzeczki
Pędziła bimber z porzeczki



Postój na kawę i kanapki. Kubek wytopił na pniu dziurę w śniegu, aż do zielonego mchu.




Dobry widoczek na meander z niezbyt wysokiej skarpy, poniżej to samo miejsce  2 dni i 4 godziny później, oraz 9 dni później (a w tym wpisie 3 i 4 zdjęcie - to samo zakole 2 lata temu).





Rower zostawiłem przypięty w krzakach i ruszyłem na dłuższy spacer wzdłuż Pisi. Potem przeszedłem po zwalonym drzewie na drugą stronę (nawet w miejscach, gdzie rzeka zamarznięta, lód niezbyt pewny) i powrót drugim brzegiem. Potem przejechałem kawałek dalej i powtórzyłem manewr.






Grzybki są, a jakże.






Skraj doliny Pisi - skarpa.



Ktoś tu chyba grał w bierki















A gdzieś tu miałem wtopę - robiąc poniższe zdjęcia, nie zauważyłem że nie stoję już na brzegu, a na lodzie (pochyłym, bo poziom wody się obniżył i lód osiadł). W pewnym momencie się poślizgnąłem i pojechałem do wody, Zatrzymałem się, ale buty chlupnęły... na chwilę tylko, więc nie przemiękły, a potem woda zamarzła i miałem dodatkową impregnację.

































O, tu z lewej. Meander lada moment będzie odcięty i zamieni się w starorzecze.



Tego rowu parę lat temu nie było, a rok, czy dwa lata temu był płytszy... jak jest wysoki stan wody, to płyn ie i nim.






No, tu bobry zrobiły fest tamę, a nie jakąś popierdółkę. Dalej Pisia rozlewa się w zasadzie na całą szerokość doliny od skarpy do skarpy.









Tropy sarenki





  • dystans 3.36 km
  • czas 00:13
  • średnio 15.51 km/h
  • rower Srebrny Rower
  • Jazda na rowerze
współrowerzyści ma wycieczce:

Po Klu do przedszkola

Czwartek, 1 marca 2018 · dodano: 09.03.2018 | Komentarze 0

- musli - mniam!
- kanapki- mniam!
- barszcz- mniam!
- kasza pęczak -- mniam!
- zrazy - ??? - znaczy mięsko - mniam!
- surówka - trochę zjadłam
- sok owocowy- mniam!
- budyń - trochę zjadłam



Kolejny element wystawy w szatni - kukiełki



Kluska bawi się w pociąg - jest kierownikiem pociągu.
- Plosę wsiadać, dzwi zamykać!



  • dystans 19.31 km
  • 12.60 km terenu
  • czas 01:27
  • średnio 13.32 km/h
  • temperatura -11.0°C
  • rower Wrześniowy Rower
  • Jazda na rowerze

Suchszy Dopływ Suchej 2

Czwartek, 1 marca 2018 · dodano: 08.03.2018 | Komentarze 3

Dziś znów szybki wypad w dolinę Suchszego Dopływu Suchej. Zreaktywować skrzynkę, która kiedyś tam zginęła, założyć drugą nową. A po drodze jeszcze odłożyć trzecią, którą kilka dni temu zabrałem do suszenia.

Podmokłe łąki zamarznięte, ale to nie jest jednorodna powierzchnia lodu na stawie - tu trzeba uważać. A to kruchy lód, a to płynąca woda, która jeszcze tu i ówdzie wybija na powierzchnię lodu (to poznajemy po tym, że lód nie jest pokryty śniegiem).






Jest i rzeczka



O, jakaś kładka... a przynajmniej jej resztki.



Jedna z licznych bobrzych tam



Działalnośc bobrów widoczna na każdym kroku.



Takie tam przyjemne widoczki




Ptaszki buszują pod olchami wydziobując ziarenka, które z szyszeczek wypadają na śnieg.




  • dystans 40.60 km
  • czas 02:27
  • średnio 16.57 km/h
  • temperatura -11.0°C
  • rower Srebrny Rower
  • Jazda na rowerze

po mieście x6

Wtorek, 27 lutego 2018 · dodano: 07.03.2018 | Komentarze 2

Bielnik dzień po dniu (prawie)










Pisia Gągolina - widok z jazu Lutza.






Kacze lodowe wysepki przy ujściu Starej Pisi do Pisi.



I sam jaz Lutza





W temacie smogu zaznaczę, że średniodobowy poziom dopuszczalny pyłu PM10 wynosi 50 µg/m3 i że ten poziom może być przekroczony maksymalnie 35 dni w roku. W styczniu i lutym ten poziom być już w Żyrku przekroczony 37 razy (a w marcu jak do tej pory we wszystkie dnie - czyli plus kolejne 7)... czyli już na początku roku została przekroczona norma na cały rok.

Dane nie są z jakiegoś prywatnego czujnika, tylko ze stacji WIOŚiu.

A poniżej przykład jak to wygląda w praktyce, jeden domek potrafi zadymić całą ulicę... ciekawe co by wykazał czujnik, gdyby był tu umieszczony.



Altanka coraz bardziej niszczeje w krzakach



Tak się wozi dzieciaki w Żyrku.



A tu ciekawostka z cmentarza - krzyż z szyn, sądząc po rozmiarze z jakiejś kolejki wąskotorowej. Ciekawe skąd ta szyna została zorganizowana.





Podjechałem z linijką i zmierzyłem jej wymiary (tak powiedzmy z dokładnością +/- 2mm). I tak:
- wysokość - 55mm
- szerokość stopki - 45mm
- szerokość główki w najszerszym miejscu - 35mm



  • dystans 4.10 km
  • czas 00:18
  • średnio 13.67 km/h
  • temperatura -10.0°C
  • rower Srebrny Rower
  • Jazda na rowerze
współrowerzyści ma wycieczce:

Z Klu na ślizgawkę

Poniedziałek, 26 lutego 2018 · dodano: 06.03.2018 | Komentarze 0

Przegląd menu w przedszkolu



- kasza jęczmienna na mleku - Wypiłam samo mleko
- kanapki - Mniam!
- owoc - Mniam!
- zupa jarzynowa - Mniam!
- ryż brązowy - Mniam!
- potrawka z kurczaka - Mniam!
- sałatka - Mniam!
- sok pomarańczowy - Mniam!
- makaron z serem i truskawkami - Mniam! I dostałam małą dokładkę.
- herbata z dzikiej róży - Mniam!

Z tymi dokładkami to jest tak, że jak Kluska weźmie, to potem marudzi że ją brzuszek boli bo za dużo zjadła... dwa razy przez to nie poszła na zajęcia z zumby, czy na trampolinach. Któregoś dnia lavinka jej zapowiedziała:
- Jutro nie bierz dokładki, bo są zajęcia na trampolinach, znów cię będzie bolał brzuch i nie pójdziesz.
Kluska zrobiła bardzo smutną minę:
- Ale jak będzie coś dobrego?



Tak się wozi dzieci do naszego przedszkola



Ślady ptaków pod przedszkolem... tam urzędują kawki i gołębie.




A ponadto gołębie mieszkają w tej dziurze między oknami na górze... dodam, że te okna z lewej, to do sali grupy Kluski.




Ej ty, posuń się.



No i dojechaliśmy do parku na zamarznięte Żabie Oczko.




Jakieś ślizgawki były z weekendu, ale w nocy trochę popadało śniegu i musieliśmy sobie sami kawałek lodu odśnieżyć.









  • dystans 16.02 km
  • 10.30 km terenu
  • czas 01:17
  • średnio 12.48 km/h
  • temperatura -10.0°C
  • rower Wrześniowy Rower
  • Jazda na rowerze

Suchszy Dopływ Suchej

Poniedziałek, 26 lutego 2018 · dodano: 05.03.2018 | Komentarze 2

W nocy odrobinę dosypało śniegu... niewiele, ale na leśnych ścieżkach i drogach wyraźnie trochę trudniej się dziś jeździło

Ciek wodny bez znaczenia strategicznego



Rozlewiska jakieś wzdłuż innego cieku.




Dolina Suchszego Dopływu Suchej.



Niby już nieźle zamarznięta, ale trzeba było uważać, bo miejscami świeżo wylała woda spod lodu i można było zaliczyć wtopę.



Kiedyś jedna Sucha, druga Sucha i Suchszy Dopływ Suchej okresowo wysychały, bywało że przez większość roku były suche... teraz to się trochę zmieniło, a to przez bobry. Kilka takich bobrzych tam widziałem tam w dolinie.





I widok z drugiej strony



Zresztą nie tylko bobry spiętrzają wodę



Jakiś ptak




Dzik




Sarna



Zając



Poprzednio pisałem, że takich tropów nie podejmuję się identyfikować, ale tutaj mogę napisać że to ślady lisa, bo chwilę wcześniej go widziałem.





Rowerzysta



Jedno z bagienek - korzystając z okazji zabrałem stamtąd skrzynkę do podsuszenia na parę dni... a już tego samego dnia dostałem mejla od jednego z keszerów, że następnego dnia będzie w okolicy i czy skrzynka zdąży wrócić na miejsce. No cóż, skrzynka leży sobie, pies z kulawą nogą się nią miesiącami nie zainteresuje, a jak człowiek weźmie ją do serwisu, to w takim właśnie momencie... normalka.