teczka bikera meteor2017

avatar Miejsce robienia kawy do termosu: Żyrardów. Od 2009 nakręciłem 124075.40 km z czego 18790.55 wertepami i wyszła mi mordercza średnia 17.14 km/h
meteor2017 bs-profil

baton rowerowy bikestats.pl

Czerstwe batony

2025 2024 2023 2022 2021 2020 2019 2018 2017 2016 2015 2014 2013 2012 2011 2010 2009 Profile for meteor2017

Znajomi bikestatsowi

Jakieś tam wykresy

Wykres roczny blog rowerowy meteor2017.bikestats.pl

Kalendarium

współrowerzyści ma wycieczce:

Początek sezonu rowerowego 2019

Wtorek, 1 stycznia 2019 · dodano: 01.01.2019 | Komentarze 5

Od rana mokro, deszczowo, wietrznie... więc w planach była tylko krótka pętelka za miasto na rozpoczęcie roku. Ale potem przestało siąpić, kapać i mżyć, to jeszcze dokręciłem drugą, bardziej skomplikowaną po mieście.

Ale relację na Nowy Rok zacznę od przypomnienia XVI Księgi Tytusa (jedną z najlepszych moim zdaniem, a co za tym idzie jedną z ulubionych), żeby nie było, że ja mam spóźniony zapłon humoru (więcej skanów - strona 1 i strona 2)



Na drugą nóżkę kontynuuję noworoczno-sylwestrowym felietonem Wiecha, w zasadzie ciąg dalszy tych co wrzuciłem wczoraj ("Ładny początek" - strona 1, strona 2). Tym razem już nie kto inny, tylko Walery Wątróbka!



Wracając do pętelek - ta sama rzeczka co wczoraj (Wierzbianka), ten sam kadr, tylko pogoda gorsza.



Po przedświątecznej i przedsylwestrowej masakrze drogowej, dziś z rana jeździło się po mieście bardzo przyjemnie... co prawda mokro i bleh, do tego trzeba było uważać na zwiększone ilości szkła (zwłaszcza na bocznych uliczkach), ale za to ruch tak znikomy, że można było się zatrzymać nawet na środku średnio ruchliwych zazwyczaj uliczek i zająć się archeologią podasfaltową.




Znalazłem też kolejną, starą trylinkę brukową (zapewne przedwojenną), tym razem nie pełną, tylko 3/4 układaną na brzegach. Więcej o żyrardowskiej (i nie tylko) trylince i jej poszukiwaniach w tym wpisie na blogu pocztówkowym.





Skorzystałem też z okazji, że płyty chodnikowe są mokre, przez co lepiej widać odbite w nich litery niż gdy są suche i sieknąłem im kilka fotek. MŻ oznacza zapewne "Magistrat Żyrardów", albo "Miasto Żyrardów".




Tak się zastanawiałem, czy by nie skorzystać z umiarkowanie niebeznadziejnej pogody i nie zrobić aby kolejnej pętelki... ostatecznie jednak wróciłem i słusznie, bo ledwie zrobiłem sobie kawę, za oknem rozpadało się, tym razem solidnie i na dobre.

- Co tam panie gołębiu? Jak tam w Nowym Roku?
- A nic, pogoda taka, że nie ma co wyściubiać dzioba z dziury.



Wieczorem po Kluskę na dworzec, to po drodze jeszcze jedna pętelka, zwłaszcza że zrobiła się zadziwiająco ładna pogoda... co prawda wiało mocniej niż za dnia, ale za to wiatr przewiał chmury, więc pętla pod rozgwieżdżonym niebem. Z Kluską też powrót z dworca nieco dłuższą trasą i krótki postój przy cmentarzu na oglądanie gwiazd. Ale to była jakaś chwilowa anomalia pogodowa, bo jakieś pół godziny po naszym powrocie wszystko wróciło do normy i lunęło.




  • dystans 21.23 km
  • 0.90 km terenu
  • czas 01:15
  • średnio 16.98 km/h
  • rower Zardzewiały Rower itp
  • Jazda na rowerze

Zakończenie sezonu rowerowego 2018

Poniedziałek, 31 grudnia 2018 · dodano: 31.12.2018 | Komentarze 18

Ostatnio pogoda jest taka, że myślałem że dziś wyskoczę tylko po bułki i więcej koła z domu mi się nie będzie chciało wyściubić... ale dzisiaj pogoda była lepsza, znaczy nie padało*, no to machnąłem jeszcze symboliczną pętelkę na zakończenie roku.

*) - w ostatnich dniach "nie pada" oznaczało, że był co najwyżej niewielki, przelotny deszcz, albo mżawka, dziś naprawdę nie padało... przynajmniej z góry, co najwyżej mogło chlapnąć z kałuży.



A żeby zakończyć stary i zacząć nowy rok z humorem - oto dwa kawałki Wiecha w sam raz na dziś... przy okazji przestrogi i rady jak nie zaczynać Nowego Roku (w zasadzie powinienem wstawić je dopiero jutro, ale wtedy byście nie przeczytali tego na czas i moglibyście fatalnie zacząć rok)

Oto pierwszy, przedwojenny kawałek (Fatalny horoskop - cały tekst)


A tu drugi, powojenny (Pętak w szarfie - strona 1, strona 2), Wiech miał to do siebie, że niektóre felietony powtarzał wielokrotnie z kosmetycznymi tylko zmianami, czasem jednak z większymi lub wykorzystywał tylko najciekawsze fragmenty.





współrowerzyści ma wycieczce:

Ostatni raz do biblioteki

Czwartek, 27 grudnia 2018 · dodano: 29.12.2018 | Komentarze 3

Ostatni raz w tym roku oczywiście, a nie w ogóle. No i z Klu.

Tak mnie zastanawiało ile w tym roku Klu wypożyczyła książek... no bo od wakacji jeździmy prawie co tydzień, obskakujemy cztery filie i w dwóch (Centrala i Filia nr 2) często wypożyczamy do limitu na karcie (w każdej filii do 7 pozycji, przy czym w Centrali książek wypożyczamy po 5-6 bo do tego zwykle 1-2 gry planszowe). Początkowo wypożyczaliśmy mniej, ale w miarę czytania apetyt rośnie...

No i wyszło że 211 książek (gier nie liczę).  W grudniu mniej, bo Kluska była na wyjeździe, a potem sporo okołoświątecznego zamieszania i było mniej czasu na czytanie... natomiast w październiku więcej, bo była chora. Maj to w ogóle jedna wizyta i zapisanie pod koniec miesiąca (do biblioteki wybraliśmy się już 3 lata temu - wpis, ale dopiero teraz na dobre się zapisaliśmy).



Jako że to wpis podsumowujący, to wrzucam fotki z kilku miesięcy (te, których nie wrzucałem), kilka razy Klu pojechała do biblioteki na własnym rowerku.





Gdzieś w okolicach Dnia Pluszowego Misia.



Powyżej w Centrali na Mostowej, a poniżej w filii nr 2 na Wittenberga... Klu bardzo lubi tu jeździć, bo zaprzyjaźniła się z panią bibliotekarką, która dodatkowo pozwala jej na samoobsługę i samodzielne skanowanie karty bibliotecznej i kodów z książek, a nawet dzielnie w tym asystuje gdy ktoś przychodzi oddać/wypożyczyć książki.

Swoją droga, dobrze że książki dziecięce zostały ustawione w szafkach przy wejściu, dzięki temu zorientowałem się, że nie tylko w oddziale dziecięcym, ale i w bibliotekach dorosłych są ksiązki dla dzieci.





Kiedyś pani Renata pokazała nam inwentarze biblioteczne, w tym pierwszy inwentarz filii numer 2 (fotki poniżej i powiększenie: strona 1 i strona 2). Oprócz tego na start do biblioteki przeniesiono dwa inwentarze z Centrali... obecnie co prawda inwentarze są prowadzone komputerowo, ale jak już się zbierze cała księga, to są drukowane i oprawiane (taki nowy też oglądaliśmy).




A tu chyba jakiś Halloween... Czarownica Irenka ze Świerszczyka, no cóż, obecny Świerszczyk jakoś porywający nie jest, a ten komiks jest chyba najfajniejszą w nim rzeczą.




O, a to coś o nas... mniej więcej tak wyglądają nasze wizyty w bibliotece.



Przydałaby się osobna półka tylko na książki z biblioteki... oto kilka stosików wypożyczonych książek w różnych okresach.






Okres przedświąteczny... po choinką książki o tematyce świątecznej, szczerze mówiąc trochę flury (może fajniejsze zostały już wypożyczone?), ale coś tam udało się wybrać.



Fajniejszą, to my wypożyczyliśmy jeszcze w listopadzie i właśnie oddawaliśmy. Jako że na mnie wypadła w tym roku rola świętego Mikołaja, to wzorowałem się na panu Rurce w tym temacie... co prawda nie miałem takiego fajnego stroju jak on - fiński mundur wojskowy, przy czym każdy element z innej parafii - spodnie oficerskiej, kurtka bliżej nieokreślona, a do tego Żelazny Krzyż... wdziałem za to polar przewodnicki (czerwony, pasuje!), czerwony kapelusz w kropy, wygrzebałem też Brązowy Krzyż Zasługi, który mój tata dostał za nadgodziny zamiast premii.



A poza tym jesteśmy tak niszowi, że nawet kreskówki oglądamy w postaci książek, a nie w telewizji! W większości książeczki na podstawie kreskówek są takie sobie... a najgorsze są chyba Barbie, bo tam już kreskówki są wyjątkowo słabe, a ich streszczenie w postaci książeczki jest równie beznadziejne jeśli nie bardziej.

Hania była nawet całkiem całkiem, w tomiku są cztery opowiadania, które jak później sprawdziłem są przełożeniem treści czterech odcinków kreskówki.



A poza tym w październiku otworzyli nam nową bibliotekę blisko domu. Przeniesiono filię nr 6 z 1 Maja, gdzie od roku trwa remont, a gdzie będzie potem centralna biblioteka dziecięca (przed remontem był tam oddział dziecięcy nr 2, a nr 1 mają tam przenieść z Centrali na Mostowej), zaś dorosłą bibliotekę już teraz przeniesiono do centrum handlowego Stara Garbarnia.

To centrum handlowe nie jest niestety rewitalizacją garbarni... ostatnie zabudowania fabryczne zostały zburzone podczas jego budowy i w tej chwili nie ma po nich śladu, w dodatku jest niewypałem, chyba połowa lokali stoi pusta, zwłaszcza odkąd padł MarcPol i nie ma tu marketu spożywczego, miejsce świeci pustkami. Ale mimo to lokalizacja biblioteki jest niezła, bo choć tłoku nie ma, to ruch jakiś tam jest i sporo osób przypadkiem trafia na bibliotekę i się nią interesuje... kilka razy widziałem, że ktoś pytał jak się zapisać, albo oglądał jakie książki tu są.

My oczywiście od razu tu zajrzeliśmy, ale Kluska była zawiedziona że nie ma książek dla dzieci... na szczęście już półtora miesiąca później została uruchomiona półka książek dla dzieci i młodzieży (a w zasadzie na razie tylko pół półki), niewiele ale dobre i to, toteż od razu z niej skorzystaliśmy. Liczymy, że będzie przybywać książek na tej półce.








współrowerzyści ma wycieczce:

Zima (z Klu do przedszkola i EkoParku)

Poniedziałek, 17 grudnia 2018 · dodano: 23.12.2018 | Komentarze 1

Przyszłą zima, na placu zabaw przy przedszkolu buszują głównie ptaki




Kluska postanowiła więc narysować znak "Uwaga! Ptaki!", niestety uznała że ptaszek jej źle wyszedł i zaraz starła, więc nie mam fotki z gotowego dzieła.



W przedszkolu wystawa Mikołajków konkursowych



A po przedszkolu... na sanki za mało śniegu, ale jedziemy do EkoParku na jabłuszko!



Zjeżdżać, czy nie zjeżdżać? Oto jest pytanie



Raz kozie śmierć, jedziemy! Poza tym było turlanie itp. Jeśli myślicie, że mnie to ominęło, to się grubo mylicie, zostałem zmuszony i do zjeżdżania i do turlania się... po turlaniu tak mi się kręciło w głowie, że musiałem dłuższą chwilę poleżeć na śniegu, bo nie byłem w stanie wstać.



Ale krótki ten dzień



A poza tym trzeba zrobić dywizjon orzełków pod domem... albo jak kto woli chór aniołków, czy może stado motylków. Klu zrobiła ich dokładnie 20, ale następnego dnia dorobiła następne.




Iluminacja świąteczna na placu przed przedszkolem Kluski... w Żyrku na szczęście za dużo tego nie ma, poza kilkoma takimi jak poniżej głównie jakieś lampki zarzucone tu i ówdzie, oraz gwiazdki na latarniach. Najbardziej tandetny był renifer z saniami, ale w tym roku go nie ma (lub jest gdzie indziej), a niemal równie tandetne prezenty stoją gdzie indziej... tutaj ostały się te znośniejsze, a choinka miejska wygląda jak choinka.

No dobra, dzieciom to się podoba i latają dookoła tego i przez to... no, z wyjątkiem Kluski, która zamiast przez świetlne kaskady fontanny woli łazić po krzakach na klombach dookoła, gdzie ma swoje bazy, przez fontannę przeleci po drodze z jednej narożnej bazy do drugiej, bo tamtędy najkrócej.







Zima, zima i po zimie...


.


  • dystans 28.50 km
  • 8.00 km terenu
  • czas 01:45
  • średnio 16.29 km/h
  • rower Wrześniowy Rower
  • Jazda na rowerze

Ostatnie grzybobranie

Poniedziałek, 12 listopada 2018 · dodano: 13.12.2018 | Komentarze 5

- 13 podgrzybków

Oczywiście nie grudniowe to grzybobranie, bo wpis jeszcze z listopada, tyle że opóźniony.

Czy są tu jakieś grzyby? Nie ma? Jest, tylko się dobrze schował... omal się o niego nie potknąłem.




Tydzień później też były grzyby, ale zamarznięte na kość... gwoździe można by nimi wbijać. Może bym się i skusił, ale pierwsze dwa które znalazłem były stare i niezbyt ładne, dopiero trzeci był niczegowaty sobie, ale jeden grzybek w barszcz to trochę mało... a już się ściemniało, więc nie miałem już czasu połazić i poszukać więcej.

A poza tym coraz bliżej święta, trzeba by zorganizować świąteczne przystrojenie... co tam teraz mamy na tapecie? Może borówek do przystrojenia koszyczka? E, nie to chyba nie te święta.



Dobra, chojaka jakiegoś trzeba by wyciachać... tylko jakieś takie wysokopienne i rzadkie. E, to może lepiej wyciągnąć z piwnicy polietylenowe drzewko, obrzuci się na bogato obzdóbkami, to nikt się nie pozna, a przynajmniej na wiosnę nie oblata.



To może tradycyjnie jakiś w sam raz na tę okazję kawałek z Wiecha? Tym razem pan Teofil Piecyk pokazujący jak się handluje choinkami - poniżej fragment, a całość tutaj, za tymi linkami: kartka 1, kartka 2.





  • dystans 4.82 km
  • czas 00:26
  • średnio 11.12 km/h
  • rower Srebrny Rower
  • Jazda na rowerze
współrowerzyści ma wycieczce:

Jesienna Biblioteka

Czwartek, 18 października 2018 · dodano: 11.12.2018 | Komentarze 4

Jesienny wypad do parku w końcowej fazie choroby Kluski... jeszcze nie szła do przedszkola, ale już się na tyle dobrze czuła, że można ją było przewietrzyć, zwłaszcza przy takiej ładnej pogodzie. Choć trudno ją było z domu wyciągnąć, bo chciała się bawić w bibliotekę - w końcu zaproponowałem, że w parku otworzymy Jesienną Bibliotekę - filiię parkową nr 5, co prawie ją przekonało, a jak jeszcze dodałem że możemy pojechać poszukać skrzynki w ciuchci, to już nie było żadnych przeciw.

Najpierw skrzynka - szybko i sprawnie znaleziona, potem logowpisy i odkładanie.



A potem pytanie czy mam wierszyk... wiadomo jaki! Dobrze, że przewidziałem tę sytuację i wziąłem odpowiedni tomik, a nawet dwa. Tak więc siedzimy i czytamy "Lokomotywę" Tuwima, a na dokładkę "Parowóz" Broniewskiego.




Złota jesień w parku.





Jesienna Biblioteka - filia parkowa nr 5.

W domu mamy taką zabawkową kasę ze skanerem... a jak tu wypożyczać książki, skoro nie można skanować kodu i pikać skanerem? No cóż, trzeba jak za Króla Ćwieczka na karteczce, a właściwie karcie bibliotecznej. Dobrze, że miałem kartkę i długopis (z dzieckiem trzeba mieć cały zapas przydasi na podorędziu), tak spisywaliśmy numerki z książek przy wypożyczaniu...





A lektur - Kot Simona (powiększenia po kliknięciu w fotki).




Z bibliotecznych odkryć i ulubionych lektur - taka oto fińska książeczka. To był pierwszy tomik, który wypożyczyliśmy, potem jeszcze czytaliśmy trzy kolejne i pozostał nam jeszcze jeden do wypożyczenia. Ten pierwszy najbardziej nam się podobał (tak, bo zarówno nam, jak i samej Klusce), co poznać było łatwo po tym, że najwięcej razy musieliśmy to przeczytać... może to dlatego że jako nowość, a może że w nim było najwięcej absurdalnego humoru (a w pozostałych już taki bardziej zwyczajny). Tak więc nasz ranking fajności jest taki:

1. "Tato, w studni nie ma wody!" - czytaliśmy coś między 6 a 10 razy
2. "Tato, kiedy przyjdzie święty Mikołaj?" i "Tato, popłyńmy na wyspę!" - czytane 3-4 razy
3. "Tato, pojedźmy na grzyby!" - 2 razy przeczytane

- "Tato, zbudujmy domek!" - jeszcze nieczytany, więc czeka na ocenę i swoje miejsce w rankingu



Ot, taka próbka - powiększenia też po kliknięciu








  • dystans 36.79 km
  • czas 02:21
  • średnio 15.66 km/h
  • temperatura 21.0°C
  • rower Wrześniowy Rower
  • Jazda na rowerze
współrowerzyści ma wycieczce:

Złotojesienna wycieczka nad Wisłę 2

Niedziela, 14 października 2018 · dodano: 17.12.2018 | Komentarze 2

Wisła
Wyszogród 260cm
Wychódźc 264cm


  • dystans 81.68 km
  • 14.40 km terenu
  • czas 04:54
  • średnio 16.67 km/h
  • rekord 34.00 km/h
  • rower Wrześniowy Rower
  • Jazda na rowerze
współrowerzyści ma wycieczce:

Złotojesienna wycieczka nad Wisłę 1

Sobota, 13 października 2018 · dodano: 17.12.2018 | Komentarze 0



  • dystans 48.40 km
  • 1.70 km terenu
  • czas 02:42
  • średnio 17.93 km/h
  • rekord 37.40 km/h
  • temperatura 20.0°C
  • rower Wrześniowy Rower
  • Jazda na rowerze
współrowerzyści ma wycieczce:

Na grodzisko do Grodziska

Środa, 10 października 2018 · dodano: 11.10.2018 | Komentarze 2

Korzystając z ładnej pogody, robimy Klusce wagary w przedszkolu i ruszamy do Grodziska na grodzisko.

Ale po drodze jeszcze znajdujemy skrzynkę kapslową. Ja robiłem za GPS i mówiłem "zimno", "ciepło"... a właściwie "ciepło", "gorąco" bo Kluska poszła jak po swoje, jeszcze chciałem podpowiedzieć żeby do pniaka podeszła z drugiej strony (bo z tamtej jest wepchnięta skrzynka), ale okazało się że z drugiej strony też da się wyciągnąć.




A na koniec trzeba się posilić kawą.



Docieramy na grodzisko i też zaczynamy od skrzynki (trzeba korzystać, że akurat nikogo nie ma). lavinka przy okazji wykonuje serwis skrzynki, a Kluska znajduje w niej białego konika.




A po skrzynkowaniu, pora na drugie śniadanie, czyli płatki z mlekiem.





No, teraz można zwiedzić grodzisko i obejść je wałem.





Lokalne maksimum zdobyte.



Obrywanie bocznych gałązek z badyla, żeby zrobić z niego porządny patyczek.




A teraz idziemy na drugą stronę grodziska, żeby poczytać tablice - my idziemy przez grodzisko...



- "Ej tata, sybciej"!



A lavinka naokoło.




Czytanie tablic o grodzisku itp. mam je obfocone trzy lata temu - na dole tego wpisu.



I dalczy ciąg rozwałki przy grodzisku (tylko z drugiej strony) i zabawa konikiem z kesza, Kluska zrobiła mu stajnię i narwała świeżego sianka.



Tu cień konika je źdźbło trawy, poza tym odblask od obiektywu.



Potem jeszcze podjeżdżamy na urządzony niedawno po sąsiedzku skwerek.



Amfiteatr trzeba obiec





Kluska zarządziła seans filmowy, kazała nam wybrać film, bo ma duży wybór, wszystkie filmy na świecie i możemy wybrać sobie jaki chcemy pod warunkiem że będzie to "Piratki z Karaibów". Oto Kluska odgrywa ten film.



Ścieżka edukacyjna, podobna do tej, co mieliśmy okazję odwiedzić w Nadleśnictwie Radziwiłłów, ale na szczęście tablice są inne, nie ma powtórzeń. Kluska bardzo lubi tego typu obrotowe tablice.



Górki... tylko dlaczego nie tworzą modelu grodziska, hę?




Na trawie (zwłaszcza na górkach) babie lato.




W końcu zwijamy się i jeszcze podjeżdżamy obejrzeć mural nawiązujący tematycznie do grodziska.



Fotka z dziećmi



I z kurą... Kluska twierdzi że to Kura Adela (bohaterka jednej z książek, które wypożyczała z biblioteki). Kluska ją głaszcze i karmi.




O, znaleźliśmy tabliczkę.



No i pora wracać, powrót przy coraz niżej schodzącym słońcu. Jak dotarliśmy do domu, to Klu zaraz zasiadła do rysowania, narysowała więc prawie zachodzące słońce, białego konika i siebie w czerwonej sukience. A na dole certyfikat znalazcy kapslowej skrzynki.

Kategoria mazowieckie


  • dystans 50.29 km
  • 5.00 km terenu
  • czas 03:07
  • średnio 16.14 km/h
  • rekord 36.70 km/h
  • temperatura 21.0°C
  • rower Wrześniowy Rower
  • Jazda na rowerze
współrowerzyści ma wycieczce:

53. Złaz Harskiego

Niedziela, 7 października 2018 · dodano: 08.10.2018 | Komentarze 7

Trochę jestem do tyłu z wpisami na bikestatsa - drugi dzień wyjazdu nad Pilicę, dwa wypady do lasu na kanie, prace na cmentartzu wojennym w Joachimowie-Mogiłach... i różne drobnostki. Zatem zaczynam od tyłu i od najnowszej wycieczki, czyli Złazu Kampinoskiego.

Etap 1 - rowerowo-pociągowy:
Żyrardów - Warszawa Włochy

Dwa tygodnie temu została otwarta linia kolejowa Grodzisk Mazowiecki - Warszawa Zachodnia, remont się nie skończył, na peronach totalna rozpierducha, tunele nie są pokończone, po drodze oglądamy gdzie co i jak wygląda, jak się dostać na perony kolejnych stacji, jakie są utrudnienia w pobliżu torów (np. budujący się tunel drogowy w Pruszkowie).

Co ciekawe trasę pokonujemy ekspresowo - 689 km w 44 minuty, czyli mkniemy z prędkością średnio 940 km/h, a że po drodze sporo stacji, więc z pewnością musi wyciągać powyżej 1000km/h. Co się dziwić, Impulsy to obecnie najszybsze pojazdy szynowe z tych całkowicie polskiej produkcji, a właśnie jeden z Impulsów Kolei Mazowieckich bił rekord na CMK w 2015 roku.




Wejście na perony we Włochach.



Etap 2 - rowerowy
Warszawa Włochy - Blizne - Stare Babice - Lipków - Truskaw - Polana Pociecha

Przejmujemy Kluskę od babci i wujka, po czym dobijamy do Lazurowej i wzdłuż niej nowymi ddrk-ami tniemy do Górczewskiej... czymś takim jedzie się szybko, przyjemnie i bez kombinacji (po żyrardowskich śmieszkach rowerowych jest to czysta przyjemność). No i mieliśmy z wiatrem (potem miejscami z bocznym, ale generalnie bardziej pomagał niż przeszkadzał).





Niestety tutaj drogi rowerowe się kończą i musimy bez nich się przebić przez skrzyżowania nad S8, a potem bocznymi uliczkami, oraz ul. Hubala na Stare Babice. Ponieważ Kluska zaczyna domagać się jedzenia, zatrzymujemy się na drugie śniadanie - najpierw rzut okiem na model masztu Transatlantyckiej Centrali Radiotelegraficznej (10 takich, tylko dużo większych masztów stało w miejscu obecnego Lasu Bemowskiego).




Rzut okiem i obiektywem na kościół, część rodziny lavinki pochodziła właśnie z terenu parafii Stare Babice (ale w czasach, gdy jeszcze nie było pocisków wmurowanych w ściany tego kościoła).



A następnie popas na przyjemnym skwerku za urzędem gminy.





Po czym jedziemy dalej - ponieważ jest już blisko, a mamy zapas czasu, kolejny postój przy pomniku obok pętli autobusowej w Truskawiu. Fotka na czołgu musi być (nawet jeżeli jest to tylko lufa czołgu), a przy okazji znajdujemy tutaj dwie skrzynki (bo bawimy się w geocaching w dwóch serwisach). Skrzynki są co prawda mikro, ale w miarę łatwe, toteż co prawda zabawy z wymianą fantów nie ma, ale zabawa z szukaniem, wpisami i odkładaniem jest.




No i docieramy na miejsce startu - parking w rejonie Polany Pociecha, ponieważ prowadzących trasę dziecięcą jeszcze nie ma, to instalujemy się przy pobliskich wiatkach na trzecie śniadanie. Przy okazji Kluska zaczyna czyścić daszek z igiełek.



Ponieważ na pamiątkę każdych prac, inwestycji jest tabliczka o wykonawcy, inwestorze, funduszach... to Kluska też węgielkiem wykonuje podpis wykonawcy częściowego odiglenia dachu.



Etap 3 - pieszy (6.93 km)
Polana Pociecha - Ćwikowa Góra - Karczmisko - Truskaw - Polana Pociecha

Wreszcie zbiera się grupa i ruszamy na trasę . Idziemy najpierw zielonym szlakiem na zachód, po chwili odbijamy od brukowanej drogi, potem dobijamy  do czarnego i czerwonego szlaku, następnie zaś skręcamy w lewo na czarny szlak, którym docieramy do Truskawia i od pętli niebieskim wracamy na polanę na ześrodkowanie złazu.



Dwie dziewczynki się namawiają, że będą przewodniczkami i faktycznie ostro ruszają do przodu, Kluska by chętnie do nich dołączyła, ale jesteśmy za daleko, , na szczęście zaraz jest odbicie szlaku, gdzie muszą się zatrzymać i poczekać na grupę, a potem jak wycinają to Kluska też rusza z nimi i od tej pory całą trasę będą hop siup do przodu. Kolejny krótki postój (aż się zejdzie trasa) przy węźle szlaków, gdzie dołącza czarny i czerwony.

Klub Małej Przewodniczki.



O urbeksik... niestety nie da się wejść do środka, bo strasznie dużo śmieci.



Ruszamy dalej.



Dziewczyny tak załoiły, że my z wywieszonymi ozorami musieliśmy rypać za nimi... zwłaszcza my z rowerami (bo dla piechurów to był tylko szybki spacer), nie nastawialiśmy się na takie tempo pchania przez wydmy, toteż troszkę się zasapaliśmy... no i słusznie, dzięki temu nudnawy lajcik, wcale nie był lajcikiem, tylko solidną przebieżką.



Kolejny, tym razem większy postój na rozstaju szlaków, gdzie odbijać będziemy czarnym. Kawa, herbatka i deser pomiędzy trzecim a czwartym śniadaniem (bo nie zdążyliśmy jeszcze zgłodnieć).




Mini zapoznanie i częstowanie ciastem, przy czym dorośli dostali tylko po pół kawałka, bo ze względu na wyjątkowo ładną pogodę frekwencja przerosła oczekiwania prowadzących.



"Jak lusymy, to my sybko do psodu!"



"O, chyba lusamy"



"No to w długą!" (dziewczyny znaczną część trasy przebyły biegiem)



Do dziewczyn jeszcze dołączył chłopiec na rowerze, z tym że jak Kluska narzuciła tempo, to najmłodsza i najmniejsza dziewczynka (zresztą prowodyrka przewodnikowania) trochę nie nadążała... za krótkie nóżki. To był jak na razie najdłuższy odcinek marszowy, więc w połowie trasy niestety odpadła.




Kolejny punkt zborny, to plac zabaw na końcu Truskawia. My znowu w czołówce, ale że tym razem względnie długi odcinek, to zanim ostatni uczestnicy dotarli, to sporo czasu minęło. Zresztą nie było co się spieszyć, dzieciaki pobawiły się na placu, a ognisko nie zająć, nie ucieknie. A poza tym przerwa na czwarte śniadanie.



Ostatni odcinek był niestety najbardziej uciążliwy, najpierw asfaltem do pętli, a potem szutrówą na miejsce startu i zakończenia. Dzieciaków nie mogliśmy więc luzem puścić przodem, bo sporo samochodów jeździło w te i we wte, trasa mało urozmaicona ot. nudna prosta i zakurzona droga... trochę więc zaczynały marudzić, ale akurat trzech chłopaków, którzy wcześniej byli  w środku trasy, teraz szło z nami na czele, więc można było podkręcić tempo by szybciej pokonać ten odcinek - "Hej, chłopaki was wyprzedzili, nie dacie się chyba?", a potem do chłopaków - "Co tak marudzicie, że dziewczyny zostawiły was z tyłu?".

No i ześrodkowanie na polanie z ogniskiem, jak zwykle sporo znajomych z koła jak i stałych uczestników rajdowych.



Obiad!



Rysia trzeba nakarmić kiełbaską.




A dzieciaki świetnie się bawiły, zwłaszcza że dorośli im nie przeszkadzali, nie było znanych z placów zabaw tekstów "Nie biegaj bo się spocisz", albo "Nie siadaj na ziemi, bo się pobrudzisz"... o tarzaniu się po ziemi, czy rzucaniu liśćmi, albo włażeniu na drzewa nie wspomnę.



Zwała! Nie ma to jak stare, dobre, eskapebolskie zabawy.



Etap 4 - rowerowy
Polana Pociecha - Truskaw - Lipków- Stare Babice - Blizne - Warszawa Ursus

Trudno było zgarnąć Kluskę, zresztą nie mieliśmy do tego serca i zebraliśmy się dopiero gdy zaczęło się ściemniać, żeby choć kawałek pokonać jeszcze w świetle dnia. Trasa mniej więcej taka sama jak w tę stronę, tylko bez większych postojów (no może na granicy Warszawy, by uzupełnić Klusce prowiant w foteliku, bo wszystko zeżarła).

Tym razem jedziemy na stację do Ursusa, wybraliśmy ten kierunek jako wypadkową możliwości w miarę sensownego dojazdu i wbicia się na stację (Ursus Niedźwiadek jako nowa stacja uniknął totalnej rozpierduchy)... a poza tym chcieliśmy jeszcze jedną, większą skrzynkę po drodze znaleźć. Kluska już w Ursusie zaczęła nam przysypiać, ale podczas szukania skrzynki skutecznie się rozbudziła. Pod wieczór wiatr się wzmógł, ale też i wykręcił, toteż mieliśmy z wiatrem który bardzo pomagał (tylko przy Ursusie Północnym przez chwilę musieliśmy rypać pod wiatr).

Etap 5 - rowerowo-pociągowy
Warszawa Miś - Żyrardów

Warszawa Ursus Niedźwiadek,  ulubiona stacja Kluski (ze względu na Misia), na którą mówi Warszawa Miś. Tam nie ma kasy, ale okazało się że nie ma też biletomatu Kolei Mazowieckich (jest tylko ZTM). No cóż, trzeba kupić u konduktora, a zatem trzeba wsiąść bardziej z przodu (w zasadzie regulamin mówi o pierwszych drzwiach, ale mamy się zamiar wbić tam gdzie jest rowerowy). ponieważ wbicie się z doczepką Whehoo do pociągu też chwilę trwa, a Kluska jest dosyć duża, to ustalamy że ona wsiada osobno, lavinka ze swoim rowerem, a ja ze swoim i doczepioną przyczepką (a lavinka ciepnąwszy rower w środku pomaga mi z przyczepką).

podziewaliśmy się że wjedzie impuls lub kibel (EN57), a tu... wjechał piętrus i  to lokomotywą do przodu! Miejsce na rowery jest na samym końcu w wagonie sterowniczym, a pociąg dosyć długi trzeba by biec na koniec peronu i to z Kluską. Z drugiej strony żeby kupić bilet, powinniśmy wsiąść bardziej z przodu... eee, bo zaraz odjedzie bez nas, ładujemy się tu gdzie stoimy, a potem pomyślimy.




Kluska zajęła strategiczne miejsce na pięterku, a my upychaliśmy rowery tak, żeby inni ludzie mogli się przepchnąć do wyjścia. Wychodziło nam że na szczęście do grodziska wszystkie perony będą po lewej stronie, a potem wszystkie po prawej. No dobra, jak musiałem zostać pilnować rowerów by się nie przewróciły (zasadniczo były zaklinowane, ale ktoś przechodząc mógł przewrócić), ale co z biletem... trzeba by wysłać lavinkę, samą lub z Kluską. Ale w tym momencie przechodził konduktor i udało się kupić bilet (nawet nie zająknął się, że nie poszliśmy do niego po bilet, ani na temat na wpół zablokowanego przejścia... to już jednak nie jest stare PKP).

W ogóle bajzel był niezły i bez nas, bo system nie ogłaszał stacji Pruszków, tylko od razu Parzniew. Jakaś babinka wysiadła myśląc, że teraz będzie Brwinów, na peronie się zorientowała że coś jest nie tak i pyta konduktora co to za stacja, a ten że dopiero Parzniew. Potem jak miał być Brwinów, to znów ogłaszał Parzniew (to chyba dlatego, że jak dwa tygodnie temu uruchamiali tu ruch, to początkowo pociągi miały się nie zatrzymywać w Pruszkowie, ale w ostatnim momencie jednak uruchomili pół peronu... ale w rozkładzie w pierwszych Pruszków nawet nie figurował, za to pociągi odjeżdżały 2 minuty wcześniej lub później).



W Grodzisku było szybkie przestawianie rowerów na drugą stronę, bo okazało się że tak wjechał z perony, że już tu jest z prawej strony... a jakiś pan chciał akurat tu wysiąść, potem się okazało że Ukrainiec, gdy chciał nam pomóc wyjśc z rowerami, ale wytłumaczyliśmy że jedziemy dalej, tylko robiliśmy dojście do drzwi.



Na szczęście niezbyt dużo ludzi wsiadało i wysiadało, po jednej, góra dwie osoby. Dopiero w Żyrardowie więcej się szykowało do wyjścia i utworzyła się kolejka (w tym je, bo zablokowaliśmy kompletnie pomost szykując rowery do wyrzucenia ich na zewnątrz. Zresztą pasażerowie podeszli do tego z pełnym zrozumieniem, marudząc tylko na kolej, że podstawiają składy jak do pociągów przyspieszonych (piętrusy zwykle jako takie jeżdżą), a zatrzymują się na każdej stacji jak zwykły osobowy, tymczasem Wiedenka i Bolimek sa w takich godzinach, ze nijak człowiekowi nie pasują.

W Żyrardowie na szczęście już nie zrobił nam psikusa i choć wjechał na środkowy peron, to jednak peron był zgodnie z przewidywaniami po prawej stronie. Sprawnie się wyładowaliśmy... dobrze tylko że w tym zamieszaniu nie zapomnieliśmy o Klusce. Tak na marginesie, widzieliśmy że nie tylko my rowery wpakowaliśmy na pomost środkowego wagonu. No i myk ostatnie dwa kilometry do domu. Ufff, jednak podróż koleją często wiąże się z dodatkowymi przygodami, nie ma czasu na nudy.


Kategoria mazowieckie