teczka bikera meteor2017

avatar Miejsce robienia kawy do termosu: Żyrardów. Od 2009 nakręciłem 126796.81 km z czego 19354.65 wertepami i wyszła mi mordercza średnia 17.18 km/h
meteor2017 bs-profil

baton rowerowy bikestats.pl

Czerstwe batony

2025 2024 2023 2022 2021 2020 2019 2018 2017 2016 2015 2014 2013 2012 2011 2010 2009 Profile for meteor2017

Znajomi bikestatsowi

Jakieś tam wykresy

Wykres roczny blog rowerowy meteor2017.bikestats.pl

Kalendarium

  • dystans 25.25 km
  • 4.40 km terenu
  • czas 01:33
  • średnio 16.29 km/h
  • temperatura 21.0°C
  • rower Wrześniowy Rower
  • Jazda na rowerze

Pisio-kwiatkowycieczka

Środa, 2 maja 2018 · dodano: 03.05.2018 | Komentarze 10

Dziś było idealnie, wreszcie nie było za gorąco (w dzień temperatura ledwie przebiła 20 stopni), nie padało, wiatr nie był jakiś porywisty i było pochmurno (dzięki temu słońce nie smażyło i można było bez problemu porobić zdjęcia bez zwariowanych kontrastów).

A zatem - krótki wypad na kawkę nad Pisię Gągolinę, która w międzyczasie utonęła w zieleni... choć poziom wody znacznie spadł.








Kamienna Góra



A tak, to drzewko z którego wyciekał sok i ściągał mrówki to jednak jawor... a zatem mrówki zbierały syrop jaworowy. W którymś tomiku z serii "Domek na prerii" był dokładny opis zbierania soku z klonów i  całego procesu robienia syropu i cukru.



Dalej przez mostek i w prawo... tylko nie utonąć w tej zieleni.





Bobrze jeziorko, bobrza tama już ledwie widoczna za krzakami.








Zatopiony las



Wczesne kwiatki wiosenne już przekwitły, ewentualnie da się znaleźć pojedyncze, zapóźnione egzemplarze. Dwa dni wcześniej widzieliśmy pod Działdowem las cały w kwitnących zawilcach gajowych, tutaj trudno znaleźć ostatnie kwiatki.



Podobnie z zawilcami żółtymi i ziarnopłonami. Przylaszczek, złoci, kokoryczy, miodunek, zdrojówek w ogóle już nie ma.




Szczawik zajęczy już przekwitł, można poszukać czterolistnych koniczynek (nie znalazłem).



Łuskiewnik różowy też już przekwitł.



Śledziennica skrętolistna także... chociaż chyba można tu i ówdzie jakiś kwiatuszek wypatrzeć.



Kwitnie teraz bluszczyk kurdybanek




Zdrojówka rutewkowata





Gajowiec żółty, można też spotkać ze starszą nazwą jasnota gajowiec.






Jasnota też zresztą jest, plamista... a może purpurowa.



Gwiazdnica wielkokwiatowa





Czosnek niedźwiedzi dopiero zaczyna kwitnąć. Większość roślinek m a dopiero pąki, ale tu i ówdzie można znaleźć rozkwitające częściowo kwiatostany.







Konwalijka dwulistna ma dopiero pąki.




Konwalia majowa też, choć tu i ówdzie, można już znaleźć jeden czy dwa dolne kwiatki rozwinięte. A poza tym roślinki jeszcze często są fantazyjnie zwinięte,czemu poświęciłem osobny wpis na blogu pocztówkowym - konwaliowe spiralki, tam więcej zdjęć.





A z innych sporadycznie spotykanych dzisiaj - poziomki




Przetacznik



Mniszek żółci teraz na potęgę łąki (w mieście już nawet pojawiły się dmuchawce), a w lesie zakwitł min. na mostku.



A sosna?



Można już zbierać świeże pędy i zrobić syrop sosnowy.



Kwiaty męskie (u podstawy młodych pędów)



Kwiatów żeńskich nie znalazłem, ale też za bardzo dziś nie szukałem... znalazłem za to szyszeczki, rozwinięte z zeszłorocznych kwiatów (rok temu na szczycie młodych pędów, teraz u podstawy tegorocznych).



Taki sobie samotny dąbek, też kwitnie.





A to bodaj jabłoń.






  • dystans 82.29 km
  • 7.60 km terenu
  • czas 05:36
  • średnio 14.69 km/h
  • rekord 34.40 km/h
  • temperatura 28.0°C
  • rower Wrześniowy Rower
  • Jazda na rowerze
współrowerzyści ma wycieczce:

Kwietniowo-lipcowa majówka 3 - wiatr, skwar i burze

Poniedziałek, 30 kwietnia 2018 · dodano: 13.08.2018 | Komentarze 0

mikrożwirownia - Chojnowo - Sarnowo - Niechłonin - Gródki - Płośnica - Rutkowice - Turza Wielka - Uzdowo - Sławka Wielka - Kozłowo - Sarnowo - Kolonia Sarnowo Wybudowanie - Działdowo >>> Warszawa >>> Żyrardów (TRASA)

relacja być może w bliżej nieokreślonej przyszłości


  • dystans 83.96 km
  • 8.40 km terenu
  • czas 05:11
  • średnio 16.20 km/h
  • rekord 38.40 km/h
  • temperatura 26.0°C
  • rower Wrześniowy Rower
  • Jazda na rowerze
współrowerzyści ma wycieczce:

Kwietniowo-lipcowa majówka 2 - jako te skwarki na asfalcie

Niedziela, 29 kwietnia 2018 · dodano: 13.08.2018 | Komentarze 0

krzaki - Szulbory - Góra - Stare Gralewo - Raciąż - Gradzanowo Kościelne - Radzanów - Ratowo - Pączkowo - Szreńsk - Kuczbork Osada - Chojnowo - punkt widokowy (TRASA)

relacja być może w bliżej nieokreślonej przyszłości
Kategoria mazowieckie, wyprawki


  • dystans 108.77 km
  • 5.80 km terenu
  • czas 06:21
  • średnio 17.13 km/h
  • rekord 35.80 km/h
  • rower Wrześniowy Rower
  • Jazda na rowerze
współrowerzyści ma wycieczce:

Kwietniowo-lipcowa majówka 1 - dokąd właściwie jedziemy?

Sobota, 28 kwietnia 2018 · dodano: 13.08.2018 | Komentarze 0

Żyrardów - Kaski - Brochów - Wyszogród - Rębowo - Mała Wieś - Bodzanów - Kosino - Radzanowo - Woźniki - Staroźreby - Ostrzykówek - las (TRASA)

relacja być może w bliżej nieokreślonej przyszłości


  • dystans 16.71 km
  • 1.90 km terenu
  • czas 01:05
  • średnio 15.42 km/h
  • rower Wrześniowy Rower
  • Jazda na rowerze
współrowerzyści ma wycieczce:

Z Klu nad Pisię spotkać huanna

Wtorek, 24 kwietnia 2018 · dodano: 25.04.2018 | Komentarze 4

Ponieważ huann pisał, że z racji dnia wolnego i korzystnego wiatru, podskoczyłby w nasze okolice i może byśmy się gdzieś dołączyli... po ustaleniu co i jak, umówiliśmy się na naszej tradycyjnej miejscówce rozwałkowej nad Pisią Gągoliną po 15-ej +/-dwa kwadranse żyrardowskie. Najpierw po Klu do przedszkola, a potem w miarę najkrótszą i najszybsza trasą nad Pisię... mimo pewnych opóźnień tu i tam, wyrobiliśmy się zapowiedzianym czasie i na miejscu byliśmy ok. 15:20.

Klu już na zjeździe do Pisi opowiadała, że zaraz zrobi zupę owocowo-warzywową, a jak pytałem czy dorzuci kiełbaski, to powiedziała że jedną tak. No i od razu gdy wysiała i się przywitała, poleciała robić zupę - znaczy dorzucać różne rzeczy do rzeki i mieszać ją kijkiem.




Po zupie przyszedł czas na podwieczorek - znaczy kawa z ciasteczkiem w naszym zestawie piknikowym.




O po kawie zagraliśmy w Pizzę! To jest gra, którą wspólnie własnoręcznie wykonaliśmy z Kluską. Grę wymyśliłem poprzez kompilację dwóch innych planszówek plus parę własnych elementów.

Gra polega na zrobieniu pizzy z trzema składnikami. Rzuca się kostką i w zależności od tego jaka liczba wypadnie, można wziąć ćwiartkę ciasta na pizzę, oraz składniki które kładziemy na tę pizzę. Składników do pizzy jest pięć (pieczarki, pepperoni, oregano, żółty ser i pomidory) i początkowo wszystkie pasują, ale że na wszystkich ćwiartkach pizzy muszą być te same, to gdy już się ustali te trzy, wybór jest ograniczony.



huann jako pierwszy skompletował pizzę i otrzymał tytuł szefa kuchni... te tytuły wymyśliliśmy, żeby Kluska nie wygrywając nam za bardzo nie marudziła, a otrzymując jakiś tytuł (dalej są starszy kuchcik, młodszy kuchcik i dostawca pizzy) ma jakąś nagrodę pocieszenia.



Tym razem Klu chciała być młodszym kuchcikiem, ale ukończyła pizzę jako druga... ale ustaliliśmy że nie będzie starszego kuchcika, tylko młodszy, za to będzie dwóch dostawców pizzy.

Tu widać ściągę do kostki. Początkowo graliśmy sześcienną (1 - ciasto, 2-6 kolejne składniki), ale okazało się że ciasto jest wąskim gardłem, blokuje dalszą grę, bo ciągle się czeka na kolejny kawałek ciasta. Dlatego z zestawu do RPG wzięliśmy kostkę ośmiościenną i na dwie liczby jest ciasto, ponadto dołożyłem znak zapytania - można wybrać dowolny składnik z wyjątkiem ciasta (też nieco poprawia płynność gry, zwłaszcza pod koniec, gdy pizza jest gotowa i brakuje jednego, czy dwóch składników).



A to nasze pizze, ja byłem trzeci, zaś lavinka nie dokończyła swojej, bo długo na początku nie mogła wylosować ciasta i nie mogła zacząć układać składników.



Wycieczki po lesie - odbyliśmy wyprawę na kamienną górę (wystający z ziemi głaz narzutowy) i nad malowniczy meander, który często był na blogu. Było jeszcze kopanie piłki, zabawa z wiaderkiem, nabieranie wody z Pisi  na mostku jest teraz o tyle trudne, że poziom wody jest dużo niżej... no i Klu utopiła kubełek, a lavinka go ratowała... dziś tyle się działo, że nawet nie porobiłem z tych wszystkich czynności i miejsc zdjęć.

A Klu ma ostatnio etap chodzenia po kłodach... jeśli nie są przerzucone przez rzekę, albo metr-dwa nad ziemią, to jest spoko.




Ole!



A jedno z drzewek przy hamaku, z którego ostatnio w miejscach uszkodzeń kory wyciekał sok i mrówki się zbierały by go spijać, a który zidentyfikowaliśmy wstępnie jako klon lub jawor... wydaje się, że na 90% jest jaworem, ale na 100% stwierdzimy gdy liście się całkowicie rozprostują.



Jest też mnóstwo kwiatków, tylko kilka fotek dziś - bluszczyk kurdybanek rosnący na mostku.



Piżmaczek wiosenny rosnący obok.



Łuskiewnik różowy schowany w gąszczu innych roślin (min. czosnku niedźwiedziego, który jeszcze nie kwitnie, ale już ma pąki).




No i pora wracać, huann musiał już lecieć na pociąg, poza tym od północy ocierała się o nas chmura deszczowa i  gdy bardziej nią bujnie na południe to i nas lunie.



Na dworzec dotarliśmy ze sporym zapasem, więc huann miał sporo czasu na kupienie biletu, my na pozwiedzanie dworca - obejrzeliśmy piece kaflowe w środku, a sprawdzając czy się otwiera palenisko i popielnik odkryliśmy schowek pewnego pana na puszki... o czym nam opowiedziała pani sprzątająca na dworcu. A poza tym pokazałem Klusce reper z orzełkiem.

- Orzeł biały?
- Tak, tylko zardzewiały.



W międzyczasie zaczęło kropić, więc się trochę schowaliśmy pod daszkiem, ale na szczęście nie przeszło w regularny deszcz... dopiero wieczorem lunęło, gdy dawno byliśmy w domu.

Wjeżdża towarowy, więc zaczęliśmy liczyć - Kluska wagony, a huann kontenery.




No i pora się pożegnać, bo zaraz wjedzie pociąg na Uć.



A oto i on - ostatni InterRegio w Polsce.


Kategoria mazowieckie


  • dystans 64.95 km
  • 7.80 km terenu
  • czas 04:17
  • średnio 15.16 km/h
  • rower Wrześniowy Rower
  • Jazda na rowerze
współrowerzyści ma wycieczce:

Żabia Wola i okolice... kum kum, ślim ślim

Niedziela, 22 kwietnia 2018 · dodano: 26.04.2018 | Komentarze 3

Taka tam wycieczka do gminy Żabia Wola. Przy okazji parę skrzynek znalezionych w okolicy.




No, dziś było zadziwiająco rześkawo, zwłaszcza z rana koło południa.



Żelechów - idziemy obejrzeć grób Józefa Chełmońskiego.



Kiedyś do grobu prowadziły strzałki, teraz jest za bramą tablica z mapką tablica z mapką dojścia.



Nie pamiętam czy byłem tu od kiedy grób ma obecną postać (kiedyś wyglądał tak - link), na pewno się wybierałem... ale jakby co, nadrabiam zaległości.




Znicze tak zastawiały napisy, że nawet nie można było odczytać kto tu jest pochowany, więc nieco inaczej je rozstawiliśmy.



Jeszcze kilka starych grobów na tym cmentarzu.






Księżyc w krzakach




Kapliczka w krzakach



A to już dwór w Żabiej Woli, obecnie jakiś dom kultury, w którym jest min. muzeum żaby... ale w niedziele nieczynne.





Na tyłach przyjemny plac zabaw w drewnie ze ślimakami.






Podjechaliśmy tu obadać dojazd i miejsce, żeby ewentualnie kiedyś wpaść z Kluską. Niestety teraz Gierkówka (droga krajowa nr 8) jest w remoncie, bo przerabiają ją na ekspresówkę. Aktualnie trzeba się przebijać przez plac budowy z poprowadzonym środkiem ruchem zwężoną jezdnią... masakra. Jadąc do Żelechowa sprawdziliśmy jeden przejazd, ale mieliśmy nadzieję że w Żabiej Woli da się wiaduktem... niestety stary już w połowie rozebrany, a nowy dopiero w budowie, trzeba przebić się przez szosę z samochodami, przez plac budowy, przenieść rower tu i tam. I trudno i niebezpiecznie, a Kluską na pewno nie będziemy się w to pchali, niestety musimy poczekać aż skończą wiadukt, w tym roku na pewno tu w trójkę nie przyjedziemy.

Rzuciliśmy jeszcze okiem na lasek, ale poza bramą szału nie ma (wiatrołom w większości uprzątnięty).






Powrót pod wiatr, więc się trochę zmachaliśmy.

Zahaczyliśmy jeszcze o folwark Sztekkera. Murek bramny, który niepotrzebniezostał oczyszczony z mchu... ucieszyłem się, że mech odrasta, żeby przyspieszyć proces, zasadziłem na nim kilka płatów mchu z lasu i podlałem.



Ależ zielono się zrobiło.






  • dystans 53.58 km
  • 21.80 km terenu
  • czas 03:37
  • średnio 14.81 km/h
  • rower Wrześniowy Rower
  • Jazda na rowerze
współrowerzyści ma wycieczce:

Na cmentarz przez bagna

Sobota, 21 kwietnia 2018 · dodano: 23.04.2018 | Komentarze 2

Dwa tygodnie Łukasz, Jacek i Paweł organizowali wiosenne sprzątanie cmentarza w Budach Grabskich... lavinka się tam wybrała, ale mi troszkę szkoda było pierwszego weekendu z idealną pogodą, więc wyskoczyłem na weekendówkę za pociskami. Potem Łukasz pisał, że nie mogą w kolejne weekendy... dziś zdecydowaliśmy się podskoczyć sami coś tam porobić. W planach są tez inne cmentarze, ale że z braku ogródka nie mamy na składzie ciężkiego sprzętu ogrodniczego (kosiarki, sekatory, grabie), a nawet jeśli, to część z tego ciężko by było zabrać rowerem to nasze możliwości były w tym zakresie ograniczone. Poza tym nie wiemy, jakie prace poza wykoszeniem chęchów są potrzebne, czy planowane na kolejnych cmentarzach. Pojechaliśmy więc na ten sam cmentarz, bo tam jeszcze zostały rowy do oczyszczenia z gałęzi i konarów, a to byliśmy w stanie zrobić dysponując dwiema parami rąk obutymi w rękawice robocze.

Ale najpierw wstąpiliśmy na bagno po skrzynkę, a co! W zasadzie chciałem tam zajrzeć, gdy będzie kwitło (okrężnicą bagienną), a dwa lata temu kwitło w połowie maja... ale co tam, może się uda jeszcze w maju podskoczyć.






O, taki zmutowany torfowiec próbował nas pożreć.



I rzęsa starała się nas pochłonąć.




Nie to, że na bagnie nic jeszcze nie kwitnie. Bo kwitną na przykład trawy i kaczeńce.








A skrzynka... byłem tu półtora miesiąca temu, jak bagno było zamarznięte, ale jej nie znalazłem. Szukałem bez GiePSa, więc miałem spory obszar do przeszukania, a potem okazało się że była pod śniegiem. Z GiePSem i bez pokrywy śnieżnej poszło szybko, bo kesza zauważyliśmy już z pewnej odległości, ale okazało się, że do logbooka nie da się wpisać, bo jest mokrą szmatą., poza tym pojemnik się odkleił i jest luzem... więc ta wilgoć chyba z roztopów i deszczy, a nie dlatego że bagno się podniosło i pochłonęło skrzynkę, bo ta by wtedy odpłynęła.

Ponieważ na bagnie postanowiliśmy się tradycyjnie rozbić z hamakiem, to zabrałem się do suszenia logbooka - najpierw scyzorykiem porozdzielałem karteczki (inaczej się nie dało, tak były zlepione), poprzekładałem chusteczką i odcisnąłem, potem rozłożyłem na specjalnej konstrukcji patyczkowej na słońcu i wietrze. Podczas bagiennego pikniku ładnie podsechł, choć nadal była wilgoć na zgięciach, ale już bez problemu dało się weń wbić z pieczątki i wpisać.





A teraz pora na hamakowanie - no może nad największą głębiną się nie rozbiliśmy, ale tam wszędzie gdzie są trawy jest i woda.




A na brzegu paprocie kiełkują, fioły kwitną.




Coś się już wykluło, czy raczej coś innego miało jajecznicę na śniadanie?




Po hamakowaniu ruszyliśmy dalej, ale zahaczyliśmy jeszcze o częściowo zalane okopy.




Do tej pory drogi gruntowe takie sobie, ale przejezdne bo błoto wyschło. Dalej mogliśmy próbować dobić do asfaltu, ale postanowiliśmy dalej przebijać się lasem. Na skraju Smolarni okazało się, że we wsi drogę utwardzili gruzem, więc zdecydowaliśmy się objechać dróżką leśną... a tam albo zryte przez ciężki sprzęt i błoto (jechać dało się tylko środkiem)



Rozbabrane nie było tylko tam, gdzie zwalone drzewa... część przez wichury, część przez bobry.



Część drzew bobry pięknie pocięły na kawałki, a poza tym dokładnie okorowały.




No cóż tu gruz, tam błoto i kłody pod koła... takimi dróżkami się jeździ, gdy jest jakaś rundka po okolicy i mamy czas wbijać się w nieprzejezdne, czy trudno przejezdne odcinki. Warto było zobaczyć, jak teraz ten fragment wygląda i przekonać się, że na dłuższych trasach nie ma co się tu wbijać, tylko pojechać naokoło asfaltem.




Zresztą dalej podobnie... niestety w Puszczy Bolimowskiej teraz bardzo dużo ścinek i już chyba nie mam bocznych i malowniczych dróżek leśnych, które nadały by się do przejazdu przez las... wszystkie zryte przez ciężki sprzęt i trzeba rypać główniejszymi drogami utwardzonymi tłuczniem i z wyciętymi drzewami kilka metrów od drogi. Nie chciałem jechać jedną z takich autostrad ścinkowych, tylko skręciliśmy w jedną z prawdziwych dróg leśnych, ale okazało się że od ostatniego mojego przejazdu były tu ścinki i w połowie dosyć ciężko się jedzie, ech.

No i dojechaliśmy na cmentarz, ale była już prawie 16. Poniżej dwa zdjęcia - z października 2015 i aktualne. W międzyczasie chęchy zostały wykoszone w listopadzie 2015, kolejne koszenie było dwa tygodnie temu.




lavinka prezentuje swoje rękawice ogrodnicze



Bierzemy się do roboty - do oczyszczenia ze stosów konarów i gałęzi (które tam chyba trafiły w czasie ścinki w okolicy) są rowy dookoła cmentarza. W półtorej godziny (z fajrantami) uprzątamy lewy i tylny rów. Gdybyśmy przyjechali wcześniej, to byśmy dali radę ogarnąć i prawy (przedniego nie ma, bo przód cmentarza jest zniwelowany), ale już zrobiło się późno i trzeba było wracać.





A na cmentarzu paprocie już wychylają łebki.





Jabłonka lada moment zakwitnie.





Nieliczne zawilce jeszcze kwitną.



Bażant w drodze powrotnej.



Kwitnące jagody



I bukiet kaczeńców na koniec.




  • dystans 104.18 km
  • 6.00 km terenu
  • czas 06:17
  • średnio 16.58 km/h
  • rekord 36.90 km/h
  • temperatura 22.0°C
  • rower Wrześniowy Rower
  • Jazda na rowerze

Za pociskami wzdłuż Narwi 2

Niedziela, 15 kwietnia 2018 · dodano: 22.05.2018 | Komentarze 6

krzaki bobrowo-zawilcowe - Winnica - Kacice - Pułtusk - Przewodowo - Gzy - Osiek - Gołymin-Ośrodek - Szyszki - Strzegocin - Nasielsk >>> Warszawa >>> Żyrardów (TRASA) (ALBUM)

Pobudka skoroświt, żeby nie tracić dnia - poranne mgły nad bobrzym rozlewiskiem.



I w drogę - pierwszy na trasie jest kościół w Winnicy, na stronie parafii znalazłem pdf z jej historią, gdzie można przeczytać, że w 1380 zostało wybudowane murowane prezbiterium kościoła, a obecny kościół zosał zbudowany w latach 1484-1514. Nie wspominają czy to stare prezbiterium zostało wchłonięte przez obecną bryłę kościoła, czy rozebrane i wybudowane nowe... ale mam wrażenie że raczej to drugie.

Ciekawostką jest, że kościół miał pierwotnie dwie wieże, prawą murowaną, a lewą na dole murowaną, a u góry drewnianą. Prawa została rozebrana na początku XIX wieku ze względu na zły stan, ale nadbudowano lewą, która jest obecnie cała murowana. Pierwotnie miały być też murowane sklepienia, ale ostatecznie przykryto drewnianym sufitem i tak jest chyba do dziś.




W wieżę z trzech stron są wmurowane łuski pocisków artyleryjskich, sztuk pięć... i to na oko chyba nie najmniejsze siedemdziesiątki, tylko zapewne kaliber co najmniej 100mm. Prawdopodobnie z II wojny, bo w historii parafii jest tylko z tego okresu lakoniczna wzmianka o zniszczeniach wojennych: "Pod koniec wojny kościół został poważnie uszkodzony i wymagał szybkiego remontu"




Jadę dalej, rzut okiem na kościół w Kacicach.



A dalej na polski schron bojowy do ognia bocznego (ponoć dwustronnego, ale nie latałem po obsianym polu żeby to sprawdzić z drugiej strony) wybudowany w 1939 roku. Wokół Pułtuska jest ponoć 5 takich bunkrów (tutaj o nich), jednak odpuściłem sobie latanie po polach (zwłaszcza że na mapkach z tego rejonu bywają często bardzo niedokładnie zaznaczone), później po drodze rozglądałem się za jednym z nich, ale nie wypatrzyłem.



Za bunkrem widać krzaki Fortu Kacice... niewiele można znaleźć w necie na jego temat, poza tym że jest ziemny budowany od 1880 roku. Obecnie strasznie zakrzaczony i nawet z dopiero kiełkującymi liśćmi trudno było zrobić jakieś zdjęcie na którym widać jakiś zarys wałów, czy fosy... muszę uwierzyć na słowo, że ziemny bez obiektów murowanych, bo w tej gęstwinie trudno było cokolwiek wypatrzeć, owszem znalazłem ruiny dwóch budynków, ale wyglądały na dobudowane później i bez funkcji obronnych.





Na Przedmościu Pułtusk jest jeszcze drugi fort - Lipniki. Odwiedziłem go nieco później, pod koniec zwiedzania Pułtuska, ale zdjęcia wstawiam już tutaj obok pierwszego fortu. Ponoć powstał w tym samym czasie i również ziemny. Na jego terenie jest kilka budynków, ale mogą być późniejsze. Fort na terenie ogródków działkowych i nie udało mi się wejść, więc tylko fotka na krzaki zza ogrodzenia.



Dziś krótsza trasa, a że rano wstałem, to mam trochę czasu (choć bez przesady) na zwiedzenie Pułtuska. Zaczynam od kolegiaty. Trochę musiałem przyciąć, żeby zdążyć na przerwę między mszami (tutaj nawet je zawczasu spisałem, żeby zajrzeć do środka) i choć dotarłem nieco później niż chciałem, to na styk udało się zdążyć, zanim ludzie zaczęli się schodzić na następną.



Tak więc mogłem sobie pooglądac i pocykać wnętrza.







Na zewnątrz co prawda pocisków nie znalazłem, ale wypatrzyłem taki dziwny kamień... może jeden z odłamków meteorytu pułtuskiego? A może po prostu wmurowany ze względu na to że taki nietypowy (może jakieś legendy są z nim związane).



Samych kościołów mam do obejrzenia w Pułtusku kilka... no to do roboty. Następny w kolejce jest pobliski kościół pojezuicki i pobenedyktyński. Kościół w trakcie ostrzału w 1944 i 1945 został częściowo zniszczony (min. wieże,część dachu, część frontonu, sklepienia), przy czym wieże nie zostały po wojnie odbudowane i obecnie są tylko takie ich kikuty w podstawie... zresztą odbudowana fasada też nieco się różni (tu archiwalne zdjęcie).



Rzut obiektywem od tyłu, ta przybudówka z prawej to chyba zakrystia, a ten budynek z lewej to dawne kolegium jezuickie.



Tutaj jechałem na pewniaka, bo na zdjęciach lavinki wypatrzyłem charakterystyczny pypeł w wieży. Na miejscu okazało się że z jej drugiej części jest też drugi pocisk.




Na tyłach kościoła można obejrzeć jedyny zachowany element murów miejskich, czyli basztę (mury zostały rozebrane XVIII i XIX w.).

Jest dostępne online sprawozdanie z badań archeologicznych w latach 1979-80 (link do pdf), z których wynika, że przy zakrystii kościoła (zdaje się, że ta przybudówka trzy fotki wyżej) odkryto relikty drugiej półokrągłej baszty, ponadto stwierdzono że ścianę zakrystii tworzy fragment muru obronnego.





No dobra, jest w Pułtusku druga baszta, z tym że była ona parę razy przebudowywana i obecną formę nadano jej podczas rekonstrukcji w 1953 roku (tutaj fotka jakoś z lat 1910-15). Znak upamiętniający powódź jest na dobudowanym do baszty budynku szpitala.




A to jedna z rzeczy z których Pułtusk bardziej słynie, czyli najdłuższy parking w Europie... czy jakoś tak. Tu widok spod murów otaczających park przy zamku, a parking... znaczy rynek kończy się przed tą jasną dzwonnicą przy kolegiacie w głębi kadru. No dobra, dalszą część zajmuje targowisko, ale to nie oznacza że tam nie parkują samochody, tylko że zajmują mniejszy procent powierzchni rynku.



Dawna wieża ratusza, przy czym obecny ratusz to budynek powojenny (o dziwo całkiem udany). Wieża była częściowo zniszczona w czasie ostatniej wojny, ale pocisków w niej nie stwierdziłem... aczkolwiek muszę jeszcze przejrzeć dokładnie zdjęcia.



Aha, z ważnych wydarzeń z historii Pułtuska, to tam przy rynku po drugiej stronie ratusza w kolejce stała Miećka Aniołowa i kupowała futro (powiększenie tablicy)



Zamek, obecną formę przybrał w latach 70. i 80. podczas ostatniej odbudowy.



Kaplica przy zamku



Każde miasto w Polsce musi mieć ławeczkę sławnego obywatela tego miasta. Pułtusk ma ławeczkę Klenczona.



No, to jeszcze dwa kościoły zostały do obejrzenia. W jednym trwała msza, ale jako tako udało się zapuścić żurawia i pocisków nie stwierdziłem.



Drugi, który w XIX wieku został zakupiony przez gminę ewangelicką, był użytkowany przez nią do 1944 roku. Obecnie mieści się w nim Archiwum Państwowe. Może w tygodniu da się wejść na dziedziniec, ale dziś musiałem zza muru porobić zdjęcia. O ile miałem możliwość stwierdzić, to pocisków chyba nie ma, ale są inne relikty.




Jest trochę takich obłych kamieni wmurowanych... ale chyba zbyt nieforemne na kule armatnie (przynajmniej te mniejsze), ale może mają takowe udawać? Bo wmurowane tak jak spotykałem zwykle kamienie które bardziej na kule mi wyglądały. A może takie pociski używane jeszcze w katapultach? No cóż, jak zwykle im głębiej w otchłań dziejów, tym więcej pytań niż odpowiedzi.



O, jeszcze taki, też nieforemny.



A to już prawie na pewno kula, tak idealnie obrobiona do kształtu kulistego. Poza tym dwa żarna.




O, a to jest niezły kamulec! I też pytanie czy to kula, czy co? Bo taki jakby spłaszczony, a nie idealnie kulisty... za to z pewnością po obróbce.



Chwila odpoczynku od różnych zagwozdek i rzut okiem na Narew i nadnarwiańskie, obecnie dosyć mokre  łąki (rzut okiem z mostu, który jest kładką pieszo-rowerową).



Wzgórze (tudzież Góra) Abrahama, na którym znajdowała się wybudowana w 1903 roku cerkiew (tak wyglądała).




Pod wzgórzem znajdują się podziemia (wybudowane wcześniej niż cerkiew), przez kratę w wejściu do nich da się strzelić fotkę.



Domy przy Traugutta i 17 stycznia... niestety nie znalazłem informacji na ich temat. Intrygujący jest też ten okrągły budyneczek.




Te domy trafiłem po drodze do dawnych carskich koszar. Budynki koszarowe po jednej stronie są obecnie domami mieszkalnymi i są we w miarę dobrym stanie.



Niestety budynki na opuszczonym terenie jednostki po drugiej stronie są w fatalnym stanie - totalnie wyprute ze wszystko co się da, a przy okazji kompletnie zniszczone, do tego dziurawe dachy, albo ich brak bo się spaliły... we wnętrzach też niejednokrotnie ślady ognia, do tego mnóstwo szkła z tłuczonych flaszek. Z zewnątrz jeszcze się jakoś prezentują, ale w środku totalna ruina.




Dwa duże koszarowce, chyba identyczne jak w Skierniewicach, tyle że nieotynkowane. Ten z fotki poniżej już bez dachu.








Na górnym piętrze koszarowca ściany poprzeczne były wymurowane, ale wzdłuż korytarzy te oddzielające korytarz od pokoi były z drewnianego szkieletu obitego deskami, na których był położony tynk na ścianie. Może na niższych piętrach też, ale nie sprawdzałem.



Koszarowa wieża ciśnień.




Wyjeżdżając z Pułtuska zahaczam jeszcze o kościół cmentarny i tutaj znajduję nie namierzony wcześniej pocisk. W opisie kościoła wzmianka, że był uszkodzony w 1944.




Jeszcze kawałek dalej na północ - cmentarz żołnierzy radzieckich w Kleszewie, jednocześnie był to punkt widokowy na Narew (przez te "okna" i z tarasu niżej), ale niestety jak widać przez "okna" teraz krzaki podrosły i zasłoniły widok (nawet jak prawie nie ma liści, to jest ledwie szczątkowy).




Odbijam w bok i ostatecznie opuszczam dolinę Narwi. Kościół w Przewodowie, tutaj żadnego pocisku nie.ma



Za to jest pocisk w sąsiednich Gzach. Na stronie parafii jest dostępna kronika i pod rokiem 1920 jest następujący wpis: "Zreperowano filar zniszczony przez pocisk niemiecki i wmurowano tam klosz szrapnela."

No, tutaj przynajmniej mamy jasną informację co i kiedy. To było jeszcze przed dotarciem Armii Czerwonej w te okolice, dalej jest bowiem taki opis: "Tymczasem doniesiono polskiej artylerii stojącej w lesie na Baranówce, że na wieży kościelnej mają Bolszewicy punkt obserwacyjny. Artyleria skierowała swój ogień na wieżę, którą trochę uszkodzili. Od pocisków uszkodzony został dach i wyleciało przeszło 100 szyb w kościele."




Kawałek dalej przy drodze w Osieku mogiła Powstańców Styczniowych.




Kościół w Gołyminie



Zestaw gotycki w murze kościoła



Zestaw 2.



Pocisków nie ma, ale jest... kamień. który początkowo zinterpretowałem jako kulę, ale gdy się przyjrzałem, to z powodu jego nieforemności mam wątpliwości.



Tutaj wykręcam na południe i o ile do tej pory było w miarę z wiatrem, to teraz jakieś 30km do Nasielska jest rypaniem pod wiatr. Co prawda bliżej mam np. do stacji w Ciechanowie (np. przez Opinogórę), ale w Nasielsku i po drodze mam jeszcze dwie obiecujące miejscówki do sprawdzenia.

Kolejny kościół - szyszki. Tutaj udaje się znaleźć jeden pocisk.




Pod Szyszkami trafiam na nowiutki pomnik. Okazuje się, że to odsłonięta miesiąc wcześniej tablica w miejscu śmierci Mieczysław "Roja" Dziemieszkiewicza i Bronisława "Mazura" Gniazdowskiego, którzy zginęli w 1951 próbując wyrwać się z obławy.



Kościół w Strzegocinie, brak pocisków w fasadzie i widocznych częściach kościoła, jednak nie mogłem obejść go dookoła i sprawdzić z tyłu.



No i wreszcie Nasielsk, tu w kościele tkwią trzy pociski. W historii na stronie parafii czytamy "W czasie I wojny światowej wielkich zniszczeń dokonała artyleria rosyjska. Poważnie uszkodzone zachowały się dach, wieże, ściany. sklepienie i ołtarz główny." oraz "1945 -  Artyleria radziecka, a następnie niemiecka uszkodziły mury. dach i sklepienie świątyni. ".

Ze względu na raczej nowocześniejszy wygląd pocisków (zwężające się z tyłu) to raczej artefakty z II wojny.




Dalej jadę do miejscowości  Nowe Pieścirogi, bo tam się znajduje stacja Nasiels. Obecnie jest tam nowy dworzec - tzw. IDS (Innowacyjny Dworzec Systemowy). To jeden z kilku postawionych ostatnio przez PKP niewielkich, nowoczesnych dworców. Na tej linii widziałem takie  np. tydzień wcześniej w Mławie, czy w zeszłym roku w Ciechanowie. Są one mniej więcej takie same, różnią się przede wszystkim wielkością rozplanowaniem części zadaszonej, oraz elewacją (w Mławie jest szara, a w Ciechanowie drewnopodobna).





W sąsiedztwie dworca - stary, opuszczony młyn.




Oraz wieża ciśnień, identyczna jak w Żyrardowie.



O, szynobus z Sierpca.



Ja wsiadam w Elfa z Ciechanowa czy Działdowa - rowerów w środku sporo (ciepły, słoneczny weekend), a że do Modlina niedaleko, to zostaję na pomoście. W Modlinie przesiadam się w kolejnego Elfa, który szybko zapełnia się rowerzystami - wieszaki zajęte, przestrzeń obok też, kolejni rowerzyści muszą się instalować na pomostach.



Tuż przed Wschodnią



Dotarłem na Wschodnią, a Elf wcale nie odjechał, tylko stał dalej...



Tuż przed naszym wjazdem coś chyba pieprznęło, bo pociągi stały i zaczęły łapać opóźnienie... 5, 10, 15 minut i tak dalej. Nic, albo prawie nic nie odjeżdżało, ludzie zaczęli wysiadać z tego Elfa, żeby może czym innym podjechać, ale nie było czym. Na tablicy przestały się mieścić pociągi (foto tablicy z opóźnieniami).

Ja miałem sporo czasu na przesiadkę, więc czekałem na rozwój sytuacji. W pewnym momencie zaczęły jeździć pociągi, bałem się tylko że zanim rozładują kolejkę, to mój też złapie spore opóźnienie. A tu nagle Łowicz odjechał o czasie! Ostatecznie mój też odjechał mniej więcej o czasie, mimo że była spora kolejka opóźnionych pociągów, tak więc miałem farta, bo mimo emocji odjechałem (i dojechałem) o czasie.




  • dystans 133.79 km
  • 4.00 km terenu
  • czas 07:18
  • średnio 18.33 km/h
  • rekord 37.20 km/h
  • temperatura 20.0°C
  • rower Wrześniowy Rower
  • Jazda na rowerze

Za pociskami wzdłuż Narwi 1

Sobota, 14 kwietnia 2018 · dodano: 12.05.2018 | Komentarze 10

Żyrardów - Kaski - Kampinos - Modlin - Stanisławowo - Pomiechowo - Cegielnia Psucka - Dębe - Wola Kiełpińska - Serock - Dzierżenin - Pokrzywnica - krzaki nad Pokrzywnicą (TRASA)  (ALBUM)

W kolejny weekend postanowiłem znów ruszyć z wiatrem (głównie) i udać się w kolejny rejon gdzie miałem namierzonych kilka kościołów z pociskami. Pobudka skoroświt i wcześnie rano ruszam na północ w mleku... co mi przypomniało czego zapomniałem - mini buteleczek z mlekiem do kawy. Tak więc zatrzymałem się pod pierwszym czynnym sklepen na trasie (w Kaskach), gdzie nabyłem pieczywo i kartonik z mlekiem skondensowanym.




Pisia Tuczna w mleku



Początek dobrze znanymi terenami, w miarę z wiatrem, toteż z krótkimi postojami i prawie bez fotostopów... przejeżdżając przez Puszcze Kampinoską, z przykrością zauważyłem, że jedna z kapliczek została zburzona i postawiona na nowo. Ech, dobrze, że choć tabliczka się ostała.




A tak wyglądała kapliczka kiedyś.



Dalej do mostu na Wiśle (tuż poniżej ujścia Narwi do Wisły), dalej minąć Twierdzę Modlin... a tutaj łąki nad Narwią (albo Bugonarwią) ze starorzeczami za Starym Modlinem.



A to jeden z bunkrów wybudowanych w 1939 roku w obrębie twierdzy.




Dalej postanowiłem zahaczyć o modliński cmentarz prawosławny... ponieważ cmentarz jest bardzo duży, porobiłem zdjęcia tylko części nagrobków/ Poniżej tylko kilka zdjęć, a tutaj - link do albumu ze wszystkimi zdjęciami z cmentarza, na początku, do torów jest jeszcze cmentarz w Mławie (mam nadzieję, że ten link zadziała, bo do udostępnienia Google mi wygenerowało link w usłudze skracania linków, którą właśnie zamyka).






Z części musiałem zgarnąć trochę ciulu, żeby dało się zrobić zdjęcie.




Uwaga brzoza!



Cerkiew św. Aleksandry w Stanisławowie (wiki). Podjeżdżałem od tyłu, żeby nie rypać szosą główną, ale było zamknięte, więc musiałem jednak od frontu... chodnikiem, bo ruch taki, że strasznie długo trzeba czekać na przekroczenie jezdni (a tutaj musiałbym dwa razy), a potem jechać ze wszystkimi samochodami wyprzedzającymi na gazetę.

Tutaj zdziwko, bo wydawało mi się że inaczej wygląda... i faktycznie, do niedawna miała tylko jedną, szarą kopułę, a po remoncie w latach 2014-16 pięć i to złotych, a do tego złoty dach.

Tak w ogóle to jest druga cerkiew w tym miejscu - pierwsza została uszkodzona w 1915 roku i w okresie międzywojennym rozebrano ją i zbudowano w jej miejscu obecną, mniejszą (pierwsza cerkiew, również na planie kwadratu, miała bok prawie dwa razy dłuższy - to chyba jej zdjęcie, pewności nie mam, bo znalazłem rysunek podobnej, ale nieco innej cerkwi w tym artykule... ale z rysunkami różnie to bywa).





A po drugiej stronie jest Pomiechowo i kościół.



Dobra, jadę dalej... żeby nie rypać główną, objeżdżam bocznymi drogami (które też bywają ruchliwe, ale nie aż tak) i nadrabiam w ten sposób z 10km. Zbliżam się też na odległość ok. 4km od stacji, na której jutro wsiądę do pociągu, ale zrobiwszy uprzednio pętlę 150km.

Takie coś na trasie.



Zapora Dębe na Narwi (albo Bugonarwi, jak czasem nazywano odcinek rzeki między miejscem gdzie łączy się Narew i Bug, aż do jej ujścia do Wisły).




Powyżej jest już Zalew Zegrzyński.



A poniżej Narew



Mmmm, jaka smakowita pianka.



Zawsze mnie dziwiła instytucja studni oligoceńskich w Warszawie... do czajnika wlewa się po prostu wodę z kranu, po co kombinować. No tak, ale my mamy w wodociągach wodę z ujęć głębinowych w lesie żyrardowskim, w zasadzie oligocenkę mamy w kranach. Tymczasem w Warszawie woda jest Wisły lub Zalewu Zegrzyńskiego (wiadomo, po różnorakim oczyszczeniu i w ogóle... ale jednak), patrząc na poniższe obrazki można zrozumieć dlaczego warszawiacy biegają do studni oligoceńskich. A przecież teraz woda w Wiśle, czy Narwi jest o wiele czystsza niż kiedyś.




Wśród piasku, kamyków i muszelek na brzegu moją uwagę zwróciły muszelki niewielkiego małża. Po sprawdzeniu okazało się, że jest to racicznica zmienna (dreissena polymorpha). Nie mogłem się powstrzymać i nazbierałem garść dla Kluski.




Po odpoczynku nad Narwią, dalej w drogę. Fort Dębe jest otoczony ogródkami działkowymi, więc tylko rzut okiem na zamknięte bramy prawie bez zatrzymywania. Kolejny postój pod kościołem w Woli Kiełpińskiej - jest i pocisk, sądząc po zwężającej się końcówce, chyba z II wojny.






Sypcie pączków pełen worek,
Bo dziś mamy tłusty wtorek,
Sypcie pączki, sypcie chrusty,
Jak zapusty, to zapusty...


Chociaż jeszcze tego dnia zawitałem pod  Izbę Pamięci i Tradycji Rybackich w Serocku, to jednak na pączki się nie załapałem i to wcale nie dlatego, że dziś nie był Tłusty Wtorek (tylko sobota i chyba nie  tłusta bo nieco się spóźniłem), ale przede wszystkim dlatego, że izba była zamknięta. Chrustu sobie sam na noclegu nazbierałem, owszem był kaloryczny, ale dla mnie raczej mało strawny, więc został strawiony przez ogień.



Jeziorko Chojno, które nieco wylało i pełno tam było od ptactwa wodnego.




No i wjeżdżam do Serocka - motywem przewodni dziś nad Narwią i Zalewem  jest...



A te nasypy otaczające z dwóch stron boisko, to umocnienia w serocku usypane w latach 1807-09, tzw. Wały Napoleońskie. Gdy podjechałem, to chyba szykowano się na jakiś meczyk, bo paru zawodników biegało po boisku i przy wejściu kręciło się trochę ludzi nosząc barierki itp. Ale to by mi za bardzo nie przeszkadzało, niestety jakiś idiota na tych trybunach puszczał muzykę chyba na cały regulator... przy takim sprzęcie stadionowym to był naprawdę potworny  hałas, myśli niemal nie słyszałem i chodziłem na wpół kołowaty. Szybko strzeliłem kilka fotek i czym prędzej uciekłem, a i tak byłem ogłuszony.





Udałem się na bardziej dziką część wałów... mimo sporej odległości, niestety i tu docierało koszmarne dicho ze stadionu (zresztą chyba w całym Serocku było słychać). Do tego z szosy dobiegał ryk motorów, szrotów bez tłumika, quadów (tak, widziałem kilka razy jednego kolesia, co jeździł w kółko po Serocku na quadzie)... oni sobie chyba jakieś konkursy robią, który głośniej napierdzi (niestety tak jest teraz wszędzie - we wszystkich miastach, miasteczkach i wsiach... ale tutaj było wyjątkowo dużo). Normalnie, poczułem się jak na wakacjach - któregoś lata będąc w Karkonoszach,  gdy szliśmy górami, dobiegał nas z dołu hałas ze Szklarskiej i Karpacza - odgłos koncertów i motorów... to mnie skutecznie zniechęca do odwiedzania popularnych miejsc letniskowo-wypoczynkowych (a do takich należą okolice Zalewu Zegrzyńskiego, największy zbiornik wodny w pobliżu Warszawy).





Przejeżdżam przez rynek i inne uliczki Serocka...





Aż docieram do wspomnianej wcześniej Rybackiej Izby Pamięci... czy jakoś tak. Zamknięta. Pierwotnie w tym budynku była szkoła, obecnie wystawa multimedialna... no to nie żałuję że zamknięta. A obok całkiem przyjemny skwerek i w ogóle w tym miejscu w miarę zacisznie.





Od dołu do kościoła można się tak dostać, ja jednak podjechałem od góry.



A oto i kościół ufundowany przez ostatnich książąt mazowieckich.










Są też pociski, dwa w północnej ścianie. Jeden sporego kalibru pod oknem, a drugi mniejszy nieco wyżej i też pod oknem... ale owalnym.







Wąwozy między grodziskiem, a skarpę na której kawałek dalej stoi kościół. Dół całkiem przyjemny.




Góra niestety okostkowana i obetonowana. Mam nadzieję, że nikt nie wpadnie na pomysł, żeby to samo zrobić z dolną częścią.




Jest i grodzisko Barbarka.




Widok na ujście Bugu do Narwi... chociaż zdaje, że obecnie to nadal Zalew Zegrzyński.




Przy szosie głównej przez Serock, o dziwo są pasy rowerowe... oczywiście ten samochód po drugiej stronie zastawia pas, bo tylko połowicznie wjechał na miejsce parkingowe.



Dalej jest już jednostronny ddr - niestety odseparowanie go żwirkiem od szosy nie było dobrym pomysłem, samochody i tak zjeżdżają, żeby zaparkować na ddr-ce, a żwirek się po niej wala i trzeba uważać.



Opuszczam Serock, kolejny postój to kościół w Dzierżeninie. Są i pociski. Sztuk 8 - głównie w fasadzie.




We froncie lewej wieży jest 5 pocisków



U podstawy prawej kolejne 2, ten niżej to większy kaliber i nieco uszkodzony (odłupany).




A w północnej ścianie lewej wieży takie cudo. No, tu było naprawdę sporego kalibru.




Odbijam od Narwi i ruszam w kierunku jakiegoś lasku na nocleg.

- Zdzisiek, patrz na tego!



- Którego?
- No tego pod nami.



- Co to za jeden?
- Wariat chyba jakiś, gapi się na nas i czymś celuje.



- Ufff, pojechał sobie.



Klusek!?! O nie, to już przesada, my z jedną ledwie wyrabiamy.... to ja może skręcę w lewo.



Nocleg w lasku, w którym wypatrzyłem jakieś okopy. Fajnie by było rozbić namiot na dnie jakiejś ziemianki albo rowu, ale ze względu na obsypującą się ziemię, na dnie jest za mało płaskiego miejsca. Rozbijam się nieco bliżej rozlewisk rzeczki Pokrzywnicy.

Potem okazuje się, że te rozlewiska to przez bobry, a ja się rozbiłem może ze 20m od bobrzej tamy... eee, nie będę się już przenosił, może jedną noc ze mną wytrzymają, a ja z nimi. Potem znalazłem jeszcze padlinę - na wpół zjedzonego gołębia (z obrączką), no szlag. W nocy słyszałem jakiś hałas w wodzie, tak jakby bóbr bił ogonem o wodę...ponadto coś się chyba jeszcze kręciło po okolicy, bo truchło znalazłem rano przewleczone kilka metrów dalej.





  • dystans 6.70 km
  • 2.00 km terenu
  • czas 00:42
  • średnio 9.57 km/h
  • rekord 22.90 km/h
  • rower Wrześniowy Rower
  • Jazda na rowerze
współrowerzyści ma wycieczce:

Z Klu nad Pi... do Parku Procnera

Wtorek, 10 kwietnia 2018 · dodano: 16.04.2018 | Komentarze 8

Chcieliśmy po przedszkolu znów pojechać nad Pisię, ale Kluska zaczęła marudzić, że nieeeee!!! bo musi wrócić do domu, bo ma pracę... ale nie chciała powiedzieć jaką. No cóż, zawróciliśmy w kierunku domu, bo na syrence nie będziemy jechać do lasu. pojechaliśmy w kierunku domu, ale inną trasą i tak pod koniec pokluczyliśmy, że wylądowaliśmy pod Parkiem Procnera (który my kiedyś nazywaliśmy Laskiem Międzyborowskim).

Gdy Klu się zorientowała, gdzie jedziemy, znów zaczęła marudzić, ale ją zagadaliśmy, że ja jeszcze nie widziałem nowych urządzeń na leśnym placu zabaw i że może mi je pokazać, na co chętnie przystała... a jak już dojechaliśmy na miejsce, to zaczęła się bawić i zapomniała o pracy.

A co przybyło? Ten zestaw domko-zjeżdżalni, naprawili też bujawkę, karuzela jeszcze jest w naprawie, dostawili ze dwie ławeczki...



No i najważniejsza rzecz - regulamin placu zabaw.



Poza tym dostawili urządzeń do siłowni - na przykład dwa rowerki. lavinka może sobie wrzucić statystyki trenażera ;-) W zasadzie na to nawet nie wsiadamy, bo są tak lekko ustawione, że człowiek ma wrażenie że po prostu macha w powietrzu.



Poza tym przybyło kilka innych, dziwnych urządzeń - wieszak na ubrania?



Takie cuś do masażu... można się o to ocierać.



No i coś co wyglądało na domki-karmniki dla ptaków, a okazało się kozłem. Tutaj pora na opowiedzenie po raz setny historii, jak omal nie zawaliłem przez w-f klasy maturalnej.

Zaczęło się od ćwiczenia stania na rękach. Najpierw człowiek podskakiwał, a osoby asekurujące dociągały nogi do drabinek. Potem przyszedł moment na ćwiczenie bez asekuracji, ja powiedziałem że nie czuję się na siłach i wolałbym jeszcze z asekuracją... wuefista powiedział, że nie i mam ćwiczyć bez asekuracji. Spróbowałem i się zwaliłem przejeżdżając plecami po drabinkach... ledwo się pozbierałem. Od tej pory nie próbowałem wykonać tego ćwiczenia, tylko markowałem podskakiwanie, ale nie za wysoko żeby nie dociągnąć do drabinek... wufeista się darł na mnie jak ćwiczę, dostawałem jakąś pałę, ale cóż jak się ma wuefistę idiotę, to trzeba być mądrzejszym, bo to mój kręgosłup, a nie jego i to ja będę kaleką, a nie on.

Potem była podobna sytuacja ze skokiem przez skrzynię. Tego nie ćwiczyłem,bo najpierw byłem ze dwa tygodnie chory, a potem miałem pochorobowe zwolnienie z ćwiczenia (kolejne dwa tygodnie albo więcej), siedziałem sobie na ławce i coś ćwiczyłem lub odrabiałem lekcje. Ale widziałem co ćwiczyli, a były to kolejne elementy skoku - najpierw osoby asekurujące podbijały nogi do góry. Ale gdy zwolnienie się skończyło, wykonywali już samodzielnie skok... oczywiście ten idiota kazał  wykonać pełny skok, bez ćwiczenia kolejnych elementów, asekuracji itp. Efekt był oczywisty - poleciałem na pysk, cud że sobie nic nie zrobiłem, że nie wybiłem sobie zębów. Od tej pory znów markowałem ćwiczenie, nogi brałem pod siebie po prostu wskakując na kozioł, ten się darł że nogi za siebie do góry, siadaj pała.

Ale na jakąś tróję, ale zawsze się zdawało. W klasie maturalnej zaś było tak, że od pewnego momentu nie było części przedmiotów, tylko te które będziemy zdawać na maturze, ewentualnie egzaminach. Było sporo okienek, a że ja mieszkałem niecałe pięć minut od szkoły, to w czasie okienka szedłem do domu. A jak był w-f po takim okienku, to często mi się nie chciało iść użerać się z tym idiotą. No i przez nieobecności miałem być nieklasyfikowany z wuefu i powtarzać klasę maturalną. Sprawę załatwiła moja wychowawczyni, ponoć zrobiła wuefiście niezłą awanturę, że tu chłopak zdałby z paskiem (raz miałem pasek w liceum, właśnie w czwartej klasie), a zawali przez jakiś głupi w-f... ponoć się potem do siebie nie odzywali, ale tróję na świadectwie miałem.

A na studiach czułem się jak u siebie - tam była grupa drugorzędnych przedmiotów do zaliczenia do końca trzeciego raku, czyli w-f, język obcy i tzw. odchamiacze (przedmioty ogólnouniwersyteckie niezwiązane z profilem kierunku studiów)... sporo osób miała zaległości z ich zaliczaniem i zaliczali na kolejnych latach, a niektórzy nawet z tego powodu powtarzali piąty rok.



Bo zabawie, gdy już dzieci z którymi się bawiła poszły, Klu zainteresowała się stacją ścieżki zdrowia.




Po czym postanowiła, że musimy przejść ją od początku do końca, czyli musieliśmy się wrócić do stacji pierwszej i zaliczać potem po kolei do końca,



O, tu ćwiczymy chodzenie po kłodach, przyda się na tych na Pisi.



A co to miała być za praca? Przepisywanie książeczki, o proszę:



A tu alfabet i zajęcia matematyczne - ćwiczyliśmy na kamykach do go, które układaliśmy w kupki i zliczaliśmy kamyki. Ten ostatni wynik to żarcik (pod spodem napisany jest właściwy).