teczka bikera meteor2017

avatar Miejsce robienia kawy do termosu: Żyrardów. Od 2009 nakręciłem 127792.61 km z czego 19614.05 wertepami i wyszła mi mordercza średnia 17.20 km/h
meteor2017 bs-profil

baton rowerowy bikestats.pl

Czerstwe batony

2025 2024 2023 2022 2021 2020 2019 2018 2017 2016 2015 2014 2013 2012 2011 2010 2009 Profile for meteor2017

Znajomi bikestatsowi

Jakieś tam wykresy

Wykres roczny blog rowerowy meteor2017.bikestats.pl

Kalendarium

  • dystans 6.66 km
  • czas 00:38
  • średnio 10.52 km/h
  • rower Srebrny Rower
  • Jazda na rowerze
współrowerzyści ma wycieczce:

Do bibliotek między deszczami... z Klu

Czwartek, 19 lipca 2018 · dodano: 22.07.2018 | Komentarze 2

A że ostatnio zgadało się z Kluską na temat tryllinki itp, to obejrzeliśmy z nawierzchnię z płyt z wtopionymi kamieniami (jak kiedyś trylinka).



A  trylinkę nowszego wzoru mieliśmy pod biblioteką... i płytę chodnikową M.Ż.




Główny cel biblioteki, przy czym musieliśmy poczekać z wyjazdem, bo zaczęło padać, ale na szczęście w miarę szybko przeszło. W jednej z bibliotek była fajna pani, która pokazała Klusce jak się skanuje kod z karty bibliotecznej i książek i pozwoliła Klusce samej poskanować.



Jadąc do bibliotek minęliśmy koleżanką Kluski z je grupy przedszkolnej. A potem jak pojechaliśmy do parku, to ją tam spotkaliśmy. Było dużo radości, rzuciły się sobie na szyję i za rękę poszły na plac zabaw. A gdy już musiała iść, do odprowadziliśmy ją do domu.



My zaś wróciliśmy do parku, przeczytaliśmy wszystkie wypożyczone książeczki... przynajmniej wszystkie małe - cztery, bo mieliśmy jedną grubszą nie na raz. Jeszcze posiedzieliśmy na placu zabaw, ale zaczęły nachodzić chmury, gdzieś daleko zagrzmiało, więc zaczęliśmy się zbierać... niestety po drodze złapaliśmy gumę, szkło się wbiło. Na szczęście byliśmy już blisko domu i co prawda gdy dochodziliśmy to zaczęło kropić, ale zdążyliśmy nim się rozpadało.

Kluska po drodze wymyśliła i opracowała maszynę do sprzątania szkła z ulic i chodników, a w domu ją narysowała. Oj przydałoby się. Oto ona:



Ja zaś uważam, że tańsze piwa i wódki powinny być sprzedawane tylko w puszkach i plastikowych butelkach, a nie w szklanych. To by zmniejszyło ilość tłuczonego szkła w mieście o co najmniej 90%

A to grzybek z parku.





  • dystans 9.88 km
  • 0.20 km terenu
  • czas 00:40
  • średnio 14.82 km/h
  • rower Wrześniowy Rower
  • Jazda na rowerze
współrowerzyści ma wycieczce:

Z Klu i Wiechem nad Zalew

Środa, 18 lipca 2018 · dodano: 20.07.2018 | Komentarze 4

Po zeszłotygodniowym rekonesansie (link), wybraliśmy się tym razem z Kluską nad Zalew. I znów powtórka z rozrywki, z rana chmury, przyjemnie chłodno, a ledwie z domu wyszliśmy, to wyszło słońce i zaczął się robić skwar... nawet Kluska, która jest bardziej ciepłolubna od nas i na placu zabaw ciężko ją było ze słońca w największy skwar zgonić, teraz zaczęła marudzić że gorąco i chce do cienia. Jakoś dojechaliśmy.

Zainstalowaliśmy się w obczajonym wcześniej najdalszym zakątku plaży. Raz, że jest cień od topoli, dwa że tu mniej ludzi dociera. Ledwie ledwie, ale udało się rozwiesić hamak, kocyk rozłożyliśmy na trawce, kilka ścinków z rolki trawnika tu trafiło... nam się bardzo spodobało. Wszystko gotowe? No to menelujemy.

Plaża dla Aspergerów, jednostek aspołecznych i innych odludków.



Tam w oddali jest plaża dla neurotypowych.



Poprzednio tej tabliczki na topoli nie zauważyliśmy... to jeszcze chyba sprzed remontu zalewu.



Obok są boiska do piłki plażowej (jedno do ręcznej, drugie do nożnej), ale teraz zalane. W międzyczasie przyszła jakaś komisja i długo debatowała co z tym fantem zrobić. Ktoś proponował żeby obniżyć chodnik obok, żeby umożliwić spływ, a co tam dalej nie słyszałem... dzieciakom się podoba, potem dwóch chłopaczków latało za piłką po tej wodzie.



Pora na drugie śniadanie.



Pod topolami jest sporo fajnych rzeczy - gałęzie, liście itp. Po



Poza tym na plaży można znaleźć muszle szczerzui, czy różne piórka, które można użyć przy budowie zamku.



Korzystając z najścia chmury, wybraliśmy się na zwiedzanie zalewu, ale skończyło się na pomoście przy kąpielisku, bo wyszło słońce i znów się zrobiło za gorąco.



Kąpielisko, wygrodzony brodzik dla maluchów, z tego co widzieliśmy przy czerwonych bojach jest woda mniej więcej do kolan, a przy żółtych chyba do pasa... w regulaminie kolory boj są opisane na odwrót - żółte wyznaczają strefę dla osób niepływających, a czerwone dla pływających. Chociaż z tymi żółtymi się zgadza, bo ta głębokość jest akurat dla osób niepływających.

Z regulaminu wynika raczej, że kąpać się można tylko tu, ale generalnie sporo ludzi kąpie się też tam dalej aż do końca plaży. Jeśli kogoś ratownicy upominali, to że nie można wychodzić na pomost drabinką tam za żółtymi bojkami.

Ale regulamin, regulaminem, ogólnie nie jest przestrzegany - zakaz wnoszenia alkoholu i palenia na plaży? Widzieliśmy dziewczyny z piwkiem, puszki walające się na piasku, w piasku jest też niestety sporo petów. Jest też coś o zakazie wjeżdżania rowerami na plażę... z tego co widzimy, ludzie opierają rowery o te parasole, więc i my wzorem żyrardowskich rodaków wprowadziliśmy (nie wjechaliśmy!) rowery i oparliśmy o topole.



WOPR Żyrardów czuwa.



W wodzie trochę glonów... w większości plaża czysta, ale w jednym miejscu udało mi się sfocić taki widoczek.



Ale wracając do naszego zakątka - wyciągając zabawki piaskownicowe, okazało się że lavinka ma w sakwie łopatkę ogrodniczą, no teraz to można kopać!



Kluska najpierw zrobiła wulkan i jeskinię przy nim, do którego lała się woda... znaczy lawa. Potem chyba wulkan wygasł i porósł dżunglą, a obok wybudowaliśmy grodzisko wczesnośredniowieczne... a właściwie to gród, a konkretnie Mirmiłowo.



Do fosy trzeba nalać wody, żeby Mirmił miał gdzie łowić ryby.



Niestety fundamenty liche, powoli zamieniły się w błoto i gród zaczął się walić... i faktycznie zmienił się grodzisko. Kluska stwierdziła, że to będzie Stare Miasto i  niżej zbudowaliśmy gród dolny.




W międzyczasie lavinka z Kluską zrobiły wyprawę do pawilonu z dostępem do morza (jak to opisuje Wiech),  a przy okazji przetestowały znajdujący się za kiblem plac zabaw. Zapomniała aparatu, więc fotek nie ma. Długo nie wytrzymały, bo za gorąco.

Niestety później zaczęło przybywać więcej ludzi, którzy zaczęli docierać nawet do naszego zakątka. Pojawiła się min. stereotypowa rodzinka, z psem i radyjkiem. Kluska panicznie boi się psów, więc baliśmy się że zaraz będzie źle, będzie płakać i uciekać. Na szczęście pies nie był zbyt ruchliwy i nie zbliżał się do nas. Za to niedaleko była awantura o innego psa, który zaczął ganiac za tymi chłopaczkami na boisku.

Gorzej, że ta rodzinka oczywiście musiała włączyć radyjko. Ten nieustający hurgot przyspieszył decyzję o ewakuacji. Zresztą i tak powoli trzeba było się zmywać, żeby uniknąć popołudniowych burz, co się udało, dotarliśmy do domu ze sporym zapasem, zaczęło padać godzinę po naszym powrocie... ale z radarów wynikało, że nad zalewem zaczęło lać pół godziny wcześniej.


A teraz część Wiechowa - korzystając z nieobecności lavinki i Kluski, przeczytałem ze dwa felietony ze zbioru "A to ci polka!", jako że jeden w sam raz wakacyjny, to przeczytałem im potem na głos (tekst - strona 1 i 2, oraz strona 3):



Potem zainspirowany tym kawałkiem napisałem również felieton (a właściwie kilka) a la Wiech z Walerym Wątróbką. Oczywiście wszystko na tzw. faktach autentycznych, tylko letko podkolorkowane. Poniżej dwa z nich. Rysunki zaś dobrałem tak, żeby jako tako tematycznie pasowały.


rysunek z dziennika "Dzień Dobry!", 1933 - rubryka "Walery Wątróbka ma Głos"

Luxtorpeda Mazowiecka

Długo żeśmy się z Gienią zastanawiali gdzie w tem roku na wakacyjny fajrant pojechać. Szwagier nam podpowiedział, że odkąd fabryki poupadali, a na te co zostały filtry pozakładali, to powietrze w miastach fabrycznych dwa razy lepsze niż w uzdrowiskach i smoków tam mniej. Tak więc wybraliśmy się do Żyrardowa na letniaki, raz że blisko, dwa że kolej bez przesiadki dojeżdża.

No, z tem powietrzem to znowu takiej rewelacji nie ma, bo jak przejedzie dizel z zeszłego stulecia, to człowieka zatyka jakby naraz wypalił paczkie sportów. Jednak trzeba zaznaczyć, że tak jest i u nasz - kiedyś w zabronioną na handel niedzielę, tułałem się przez pół Pragi by kupić chleba naszego powszedniego, którego nam w domu zabrakło. Nim nabyłem szybką czterdziestkie, jakiś młodziak w starzym od niego struplu zasunął obok z piskiem opon i zostawił za sobą taki kłąb czarnego dymu, że jak z niego wyszedłem cały byłem na czarno. Gienia mnie potem do domu nie chciała wpuścić, tłomaczyła się że myślała iż to jakiś obcy Murzyn się dobija.

W każdem bądź razie udaliśmy się na dworzec śródmiejski z małoletnią siostrzenicą, którą dostaliśmy na przechowanie żeby nas nuda na prowincji nie zeżarła. Najpierw długo stojeliśmy na niewłaściwej placformie, a to dlatego że zdjęli tabliczki na których pisało w którym kierunku pociągi stąd ruszają. Nie wiem czemu, jak człowiek widział wypisane Kierunek Kobyłka, Grójec, czy inszy Parzęczew, to wiedział że to nie tu i trzeba poszukać kierunku Żyrardów albo w ostateczności Skierniewice. Jak już przeflancowaliśmy się na dobrą placformę, to podjechała taka luxtorpeda że strach było wsiadać żeby dopłaty tysiąc procent nie dostać. Dopiero jak siostrzenica nam przetłumaczyła, że teraz same takie jeżdżą, to wsiedliśmy ale jednak tak trochę w strachu co z tego wyniknie. Ano nic nie wynikło, jak przyszedł konduktor, to przeleciał promieniami nadczerwonymi po kwadracikach, po czym jak bipnęło we właściwą nutę, to podstemplował się i poszedł dalej.

Dawniej jak fabryki pełną parą grzali, to po zapachu się poznawało miasta. Żyrardów na ten przykład tak walił zacierem z gorzelni, że człowiek jeszcze trzy stacje miał humorek od wysokoprocentowego powietrza. Teraz jak filtry na te drożdże założyli, to na niuch nie da rady trafić. Po krajobrazie także samo się nie pozna, bo mury naobkoło pobudowali i pociąg tunelem jadzie. Żeby wysiąść gdzie trzeba, musiem patrzeć w takie telewizorki pod sufitem, gdzie nazwę stacji wyświetlają, jednakowoż z tym jest problem, bo przesuwa się tam dużo różnych rzeczy - godzina, data, kto obchodzi imieniny, temperatura, prędkość, stacje od początku do końca trasy, a jak pokażą nazwę najbliższej stacji, to jeno mignie i o wiele się przegapi, to trzeba się wślepiać następne pięć minut aż znowu się pojawi. Z temi imieninami, to wiadomo czyje zdrowie dziś pić, widać że ktoś tronkowy układa ten program. No to zdrowie Erwina! Szymon, sto lat! Niech żyje Kamil! Jest jednak niebezpieczeństwo w dłuższych podróżach, bo jak wznosiłem toast przy każdym wyświetleniu imion, to do Żyrardowa dojechałem lekko pod gazikiem, ale już do takiego miasta Łodzi zdążyłbym się zdrowo naoliwić. W ten deseń na podróż nad morze, w góry, czy na Mazury zapowiada się nielichy ochlaj, a pasażer dojechałby zabalsamowany na amen, a wiadomo że obywatel pod humorkiem jest skory do różnych psikusów i prosto z pociągu zamiast do domu wczasowego, mógłby być szybkiem transportem odwiedziony na komisariat i do Żłobka Wytrzeźwień. Tak więc pomysł niegłupi, ale radziłbym tak układać program, żeby mniej imienin, a więcej stacji dla wysiadających podawać.

Można też słuchać takiej więcej przystojnej na głosie facetki, co opowiada gdzie się zaraz zatrzymamy. Gieniuchna strasznie cholerowała, że jakaś makolągwa się jej mądrzy koło ucha na cały głos. Przy trzeciej zapowiedzi nie wytrzymała i obsztorcowała siedzącą obok paniusię, aż musiałem ją odciągnąć i przetłumaczyć, ze to z głośniczka idzie ten głos, jednak z kolejnyn ogłoszeniem zerwała się z siedzenia:
- Jak za kok złapię tę w te i nazad za odnulację szarpaną, to wysadzę zaraz na tej stacji co ją lekramuje.
- Nie rób mnie wstydu miłościo moja konsystorska, nikt w naszem przedziale lekramy stacji nie uskutecznia, tylko konduktorka głosowa siedzi sobie obok maszynisty i przez telefon zasuwa te ogłoszenia. Filuje przez przednie okienko na tabliczki i z wyprzedzeniem nam je czyta, żeby każden jeden zdążył wysiąść.
Gienia trochę się uspokoiła, ale i tak za każdym ogłoszeniem krzywo zerkała na współpasażerki.

Faktycznie rozwija się nasza kolej i pojazdy w deseczkię posiada, a jeździ się tak samo jak i kiedyś, tylko na odwrót. Dawniej jak udawaliśmy się latem linią otwocką nad Świder, to w pociągach było niemożebnie gorąco i podróżny ugotowany na twardo wychodził, zimą znowuż jak zasuwaliśmy do Radomia odwiedzić ciotkę Kuszpietowską, kalafiory lodowe wyrastały spod okien, drzwi i pasażerowie zamarzali. Teraz wsiadamy, a tu mimo lata taka lodówka w środku, że zaraz założyliśmy wszystkie ciuchy na siebie i nadal się trzęśliśmy z zimna. Jesionkie i kożuch w domu zostawiłem, nie wiedziałem że w środku lata mogą się przydać. Na szczęście nie zdążyliśmy zamarznąć, bo ze względu na remont na trasie pociąg dojechał szybciej niż normalnie. Nadal nie wiem jakim cudem, podobnież dlatego że jechał boczkiem i zatrzymywał się na co drugiej stacji, ale jak ja pamiętam remonty, to pociągi przez remonty wcale nie kursowali, albo trzy dni opóźnienia mieli. No cóż, co luxtorpeda, to luxtorpeda.


rys. Jerzy Zaruba z książki "Szafa gra"

Wczasy pod topolą

Miasto Żyrardów całe jest obklejone plakatami zapraszającymi na otwarcie zalewu tydzień temu. No to postanowiliśmy skorzystać z tego zaproszenia i pojechać tam rowerem, bo zorientować się jak tu jeżdżą autobusy nijak nie szło. "Rower mamy taki podwójny - z tyłu jeden męski, dla mnie, z wolnem kołem, drugi z przodu - damka, dla małżonki, z ostrem. Gienia ciągła całe maszynerie, a ja przeważnie odpoczywałem. Obojgu nam to dobrze robiło - ja sie poprawiłem, a żona uzyskała linie."* Do tego doczepiona przyczepka z fotelem na kółku dla siostrzenicy. Jechało się dobrze, ale nieźle się nacięliśmy na tak zwane ścieżki kolarskie. Nie powiem, niewąski wynalazek, sportowcy ćwiczyć na tych torach mogą jazdy slalomem, po muldach itp. ale my parę razy utknęliśmy naszem długiem pojazdem na zakrętach między słupkami, barierkami i innymi listwami rozdzielającymi pasy i ani wte ani we wte. Od tej pory omijaliśmy te tory kolarskie.

Problemem okazało się przejechanie przez tory. Można tunelem, ale tam taki korek stoi, że przeciskać się między temi samochodami niebezpiecznie, zwłaszcza z małoletnim dzieckiem. A zapychać schodami z tem całem majdanem tyż nieporęcznie. Zapytaliśmy więc miejscowych tubylców jak pokonać tę przeszkodę, ale jedni kierowali na Mały Tunel, inni mówili że najbliższy przejazd w Międzyborowie. Dopiero jakiś przytomny młodziak nas skierował do jeszcze mniejszego tunelu:
- Dużym Tunelem faktycznie lepiej się nie pchać. Możecie państwo pojechać tamtędyk, potem w prawo i nowym przejściem pod torami - podziękowaliśmy, ruszyliśmy dalej i już po chwili zjeżdżaliśmy z górki na pazurki tunelikiem. Gienia piszczała, wnuczka krzyczała na przechodniów "Z drogi śledzie, rower jedzie!", a ja tylko mocno i prosto trzymałem kierownicę, aż odcisków dostałem. Za to pod górkie z rozpędu nie daliśmy rady, musieliśmy zejść i samotrzeć przepchnąć na drugie strone.

Na miejscu rozłożyliśmy się w cieniu topoli, bo upał zrobił się fest i grzało na dwadzieścia cztery fajerki. Zaraz Gieniuchna wyciągnęła gar flaków z pulpetamy, a ja ćwiartkę na lepsze trawienie. Niestety w leguraminie przeczytałem, że wznoszenie i spożywanie napojów wysokowyskokowych wzbronione, postanowiłem więc kupić oranżadę i do opróżnionej butelki dla kamuflażu wlać czystą ojczystą. Zawróciłem jednak w połowie drogi, bo zauważyłem dwie facetki w wieku matrymonialnem, spożywające ukradkiem po dużym jasnym, jednakowoż niespecjalnie się z tym kryjące.

W leguraminie stoi też, że kąpać się można w punkcie wyznaczonym. I faktycznie boje wyznaczały kąpielisko o głębokości do pasa, obstawione naokoło ratownikami. Jak ktoś ze złej strony wychodził na pomost - gwizdek wopisty i sztorcowanie. Wychodził krzywo lub bokiem - także samo, pływał na skos i chlapał - gwizdek, ktoś zanurzył głowę na sekundę - rusza ze wszystkich czterech stron akcja ratownicza. Zaś poza pomostami i bojami, w miejscach zabronionych leguraminem kąpało się sporo narodu i pies ratownik z kulawą nogą się nimi nie interesował. Po mojemu jest tak - na wyznaczonym kąpielisku włos z głowy nikomu spać nie może, siniaka nawet nabić sobie nie można, ani paznokcia zedrzeć, bo odpowiedzialność spada na ratowników. Ale na samej prewencji ratownictwa nauczyć się nie można, gdzieś trzeba ćwiczyć, jak ktoś się na boku zacznie topić to będzie można przeprowadzić akcję ratunkową, a o wiele jednak się nie powiedzie i ktoś się utopi, to na własną odpowiedzialność, trzeba było pływać między kolorowym steropianem.

Co do wchodzenia do wody miałem pewne wątpliwości, bo w wodzie pływały jakieś cusie i obrobiły brzeg w zielony rzucik. Ale uspokoił mnie miejscowy amator kąpieli, który objaśnił że są to glony i wysypki dostaje się dopiero wtedy, gdy zakwitną tak, że delikwent wychodzi z wody cały zielony. Wtedy też wopiści wywieszają czerwoną flagie zabraniającą kąpieli, a jak jest biała jak teraz, można pływać do woli. Trochę jednak nas ratownicy traktują jak jakieś niegramotne żłoby, co więcej niż dwa kolory nie zapamiętają. A obywatel jest ciekawy dlaczego czegoś się zabrania, tak więc myślę że system flag należałoby wzbogacić i tak proponuję zastosować następujące flagi: zielona - glony, fioletowa - woda za zimna, czerwona - woda za gorąca, niebieska - pizga na fest bufortów, czarna - czerwonka, żółta - wyciek z fabryki chemicznej...

Jak się w końcu zdecydowaliśmy skorzystać z kąpieliska, to znowuż Gienia nie mogła wcisnąć się w zeszłoroczny kostium, za dużo schaboszczaków, a za mało roweru od zeszłego lata. W końcu postanowiliśmy załatwić sprawę zespołowo - Gienia kostium wciągała, a ja ją pchałem, a potem na odwrót. I w końcu pokonaliśmy przeciwnika, wygraliśmy trzy do kółka. Znaczy szwy puściły w trzech miejscach, ale małżonka się wpasowała do środka. Ostatecznie zdecydowała jednak, że będzie zażywać tylko kąpieli słonecznej.

W bok od plaży na wielkim otwarciu uruchomili boisko do piłki piaskowej, tyle że przez ostatni tydzień lało non stop i boisko zmieniło się basen. Widziałem jak przyszła komisja i z godzinę debatowała co z tym fantem zrobić, jeden postulował obniżenie chodnika, który blokował odpływ, drugi przeciąć przez chodnik rynnę, trzeci że lepiej pod nim puścić rurkie... pomysłów było jeszcze wiele i w końcu na niczym nie stanęło. A ja myślę, że nic nie należy robić, dzieciaki zadowolnione naparzały w piłkę wodną i tylko rodzice, oraz dziadki niepocieszone ganiały latorośle, żeby nie taplały się w błocku i to pewnie oni nasłali tę komisję.

Tradycyjnie prawie każda plażująca rodzina była zaopatrzona w tranzystor, można więc było posłuchać muzyczki i wiadomości. Gorzej tylko, gdy obok było kilka nadajników i każdy nastawiony na inną stację, istne prosekorium muzyczne. Tak więc o wiele się nie posiadało własnej superheterodyny do zagłuszenia inszych, trzeba było wybrać najbardziej pasującą i do niej się przysunąć. Mieliśmy z tymi radyjkami jeden wypadek, bo wicherek ogłosił że właśnie moczy nas ulewny deszcz, totyż czem prędzej nawialiśmy pod wiatkę. Ale czy ten deszcz był suchy, czy też parował nim dotarł do ziemi, że nie dostaliśmy ani kropelką, jednocześnie weszliśmy w zasięg innej audycji i tam było że nad nami słońce świeci na całego i radzą się fest nasmarować kremami przeciw promieniom nadfiołkowym. Toteż koniec końców rozłożyliśmy się bliżej tej ostatniej, niech sobie tylko na tamtych leje.

Siostrzenica objaśniła nas jeszcze, że nie wszystkie nadajniki to radia, a niektóre to są takie ustrojstwa oznaczone skrótem, któren oznacza Mam Przeboje Trzy, bo tylko tyle nadaje. I faktycznie, z większości było słychać trzy przeboje na krzyż i to wszędzie te same tylko w innej kolejności.

Plażowanie było w deseczkie, jednak gorzej potem w nocy ze snem. Mimo że profilaktycznie opalałem się w cieniu, spaliłem się na raka naobkoło i z żadnej strony nie mogłem się położyć do łóżka, ani na plecach bo tam już skóra złaziła, ani na brzuchu, bo czerwony byłem niemożebnie, boczki też niezgorzej przypalone. Tak więc na stojaka musiałem kimać i trochę niewyspany potem chodziłem.


*) - kawałek z rowerem w cudzysłowie prawie żywcem przekopiowałem z Wiecha, bo ładny, tylko nieco zmieniłem żeby pasował do okoliczności


rys. Jerzy Zaruba z książki "Szafa gra"

Na dziś to tyle, jeszcze jeden felietonik mam gotowy, może jeszcze cuś się w międzyczasie też napisze, tak więc c.d.n.



.Inne kawałki à la Wiech we wpisach:
- Ogniem i sikawką
- Czwarty miesiąc lata
oraz z serii "Letniaki w Żerardowie"
- Muchomory w sosie komarowem
- Podróż dwupiętrową kamienicą

Ponadto trochę o tym jak Wiech odwiedził Żyrardów:
- Wiech w i o Żyrardowie
Kategoria mazowieckie


  • dystans 3.59 km
  • czas 00:32
  • średnio 6.73 km/h
  • rower Srebrny Rower
  • Jazda na rowerze
współrowerzyści ma wycieczce:

Wycieczka na ulicę Mireckiego

Wtorek, 17 lipca 2018 · dodano: 19.07.2018 | Komentarze 1

Druga wycieczka na ulice Mireckiego - bo jedna z lepszych przedszkolnych koleżanek Kluski mieszka właśnie na tej ulicy.  Ostatnio w foteliku, dziś na własnym rowerze i nieco większy kawałek tej ulicy oblecieliśmy.

Najpierw trzeba dojechać.



Po drodze jakaś babcia prosi nas o wniesienie torby na kółkach na drugie piętro. Babcia pilnuje rowerów, a my wnosimy.




No i jesteśmy na ulicy Mireckiego




Reper alfabetyczny



To coraz rzadszy widok, wraz z remontami chodników znikają stare płyty z inicjałami M.Ż. (zakładam, że to ma znaczyć Miasto Żyrardów).



Jest tu jeszcze kilka starych ceglanych kamienic.





A to wieżyczka obserwacyjna przeciwlotnicza. W Żyrku jeszcze mamy ze dwie takie (obie na szkole podstawowej nr 7).



To widok zza rynku, bo z ul. Mireckiego za słabo widać.



Rzadki widok w Żyrardowie, czyli mur pruski. Dwa pierwsze domki mają taką konstrukcję w całości, pozostałe tylko na pięterku... z większych domów jeszcze co najmniej dwa znajdą się z murem pruskim na poddaszu. Ponadto widać tutaj reszki szalowania deskami (obecnie w kolorze zszarzałym), kiedyś dom był nimi obity w całości, ale teraz w większości już są zdjęte.





Familijniak, jeden z najstarszych budynków w mieście, bo z lat 1860.




Kolejna tablica upamiętniająca poległych w 1945 roku radzieckich czołgistów trochę się zapadła w styropian (jedną z tych tablic oglądaliśmy niedawno na poprzedszkolnej wycieczce)



Skręcamy w ul. 1 Maja i jedziemy wzdłuż muru fabrycznego.



Ciekawe, czy te szczerby też od ostrzału, całkiem możliwe, w końcu wzdłuż tej ulicy było główne natarcie w 1945, a niedaleko chyba rozbito czołg, której załogę upamiętnia powyższa tablica.




Kolejna tablica, tym razem taki smaczek




Powrót ulicą Limanowskiego



  • dystans 4.04 km
  • czas 00:15
  • średnio 16.16 km/h
  • rower Srebrny Rower
  • Jazda na rowerze
współrowerzyści ma wycieczce:

Po Klu na dworzec (wpław)

Poniedziałek, 16 lipca 2018 · dodano: 19.07.2018 | Komentarze 0

Leje tak gdzieś od tygodnia. Było ryzyko, że jadąc po Kluskę na dworzec, będziemy musieli wiosłować w największą zlewę... ale nie, na szczęście dosłownie tuż przez naszym wyjściem przestało padać, więc ruszyliśmy śladem czarnych chmur przez mokre miasto.



W drodze powrotnej musieliśmy się przeprawić przez trochę zalaną ulice Ossowskiego... tutaj zawsze zalewa po ulewnych deszczach, teraz i tak mało wody, bywa więcej. Kluska jak to zobaczyła, to zaczęła śpiewać szantę, której się uczyła w przedszkolu:

Hej, ho, żagle staw,
Ciągnij linę i się baw,
! Hej, ho, śmiało steruj
Statkiem, który jest z papieru,
Hej!

I tak ze śpiewem na ustach dopłynęliśmy... znaczy dojechaliśmy do domu.






  • dystans 9.04 km
  • czas 00:39
  • średnio 13.91 km/h
  • rower Srebrny Rower
  • Jazda na rowerze

Do biblioteki między deszczami

Sobota, 14 lipca 2018 · dodano: 18.07.2018 | Komentarze 2

Po porannych deszczach, gdy już przestało padać i z radarów wynikało że za winklem nie czai się kolejna zlewa, wyskoczyłem szybko do biblioteki...  coś tam miało potem znowu przyjść i popadać, więc wracając zatrzymałem się jeszcze na stacji, pofocić pociągi, a jak zacznie się zbierać na deszcz, albo nawet kropić to chodu, do domu blisko to może mnie nie zleje.

Gdy dotarłem, właśnie odjeżdżał opóźniony z 10 minut Dart (PKP Intercity), a za peronami dostrzegłem stojący pociąg... nic nowego, tam na bocznicy stoją pociągi KM z/do Żyrardowa czekając na swoją kolej, ale ten miał inne barwy. Hmmm, ŁKA? Chyba tak... ale co tam robi? Może przepuszczał tego Darta? Super - myślę - może Bajkowy i uda mi się strzelić fotę nim się rozpędzi na dobre.



Wtem! Przemknął Flirt ŁKA z Łodzi - standardowy + Skra.




A chwilę później skład z Bajkowym jadący z Warszawy.




No dobra, to co tam stoi? Faktycznie, jeśli przepuszcza jadąc z tamtej strony to wjeżdża w perony i stojąc przy peronach czeka, a tam są bocznice na które zjeżdża się jadąc od strony Żyrardowa. Może się zepsuł? Podjechałem kawałek w rejon tunelu, ale tędy bliżej nie mogłem podejść (to znaczy mogłem, ale to już łażenie tuż przy bocznicy za ekranami).



Pal sześć deszcz, najwyżej mnie zmoczy, ale muszę zobaczyć z bliska co i jak.

Podjechałem więc dalej i  od strony Małego Tunelu i Pisi dobiłem ścieżką do bocznicy. No tak, chyba faktycznie jakaś awaria - bo i z przodu i z tyłu świeciło tylko po jednym reflektorze.  Stoi jedna jednostka, a do Warszawy jeżdżą dwie, albo i trzy, pewnie jeden odczepili, odstawili na bocznice a reszta pojechała dalej... przynajmniej kurs nie wypadł, co najwyżej było jakieś opóźnienie.




Poniższą fotkę można podpisać - Flirt ŁKA w krzakach w Żyrardowie.



A od strony Warszawy można zjechać na bocznicę i przepuścić pociąg - jak ten towarowy, który właśnie zjeżdża z bocznicy na główny tor.



A co tam jeszcze na bocznicach?





A co do deszczu, to po drodze zaczęło siąpić, ale nim rozpadało się na dobre, dojechałem do domu, więc przeszło ulgowo.

.


  • dystans 12.03 km
  • czas 00:50
  • średnio 14.44 km/h
  • rower Srebrny Rower
  • Jazda na rowerze
współrowerzyści ma wycieczce:

Nad zalew itp.

Czwartek, 12 lipca 2018 · dodano: 17.07.2018 | Komentarze 1

Ponieważ Zalew Żyrardowski został ostatnio otwarty po przebudowie, postanowiliśmy się wybrać i obejrzeć jak teraz wygląda. Nie to żebyśmy pchali się na otwarcie, albo w słoneczny weekend... wybraliśmy się w środku tygodnia w pochmurno-deszczowy dzień żeby było mało ludzi. To znaczy taki był plan, bo gdy tylko ruszyliśmy, to się rozpogodziło, wyszło słońce i zaczęło się robić za gorąco.



Na dojeździe mamy dwie nowe śmieszki rowerowe - jeden to krótki łącznik od tunelu przy stacji. A teraz pytanie - czy piesi będą chodzić śmieszką rowerową, jeśli im na środku chodnika poustawiamy słupy?



Przy samym zalewie też jest nowa ddr-ka i to o dziwo asfaltowa. Żyrardów co prawda w temacie dróg rowerowych przeszedł z epoki kostki łupanej do kostki gładzonej, ale w tej utkwił na długie lata, teraz chyba zaczyna odkrywać asfalt. Nie to żeby była idealna, bo oczywiście jest dup na progu przy wjeździe i potem na wyjazdach (ale wysokość i tak chyba nieco poniżej żyrardowskiej normy)m poza tym ciut przywąsko.




Generalnie według planu ddr-ka miała być naobkoło zalewu z kładką przez Pisię Gągolinę, czyli gdzieś tu powinno być odbicie w lewo, a nie widać żeby był przygotowany rozjazd. Na razie został prawie zakończony pierwszy etap przebudowy zalewu, czy na tym się skończy, czy też przebudowa będzie kontynuowana... a jeśli tak, to na ile według dotychczasowych planów, no cóż, trudno mi na te pytania odpowiedzieć.



Zresztą nawet część zrealizowana nieco odbiega od najbardziej aktualnego planu (dostępny tutaj - online są dostępne jeszcze dwie wcześniejsze wersje, które czasem w newsach wypływają choć są bardzo nieaktualne). O, na przykład stojaki rowerowe na parkingu miały być w dwóch rzędach (sztuk 40), a jest tylko połowa tego... i tu rada, to wolne miejsce aż kusi do parkowania samochodów i czasem ktoś podstawi prawie na styk pod same stojaki, lepiej więc przypinać rowery tak aby nie wystawały do tyłu.



Pętla autobusowa.



To tyle przed terenem, teraz wchodzimy na ogrodzony teren zalewu. Przybyły ławki, drzewka... póki co jest tu jeszcze nadal wygon i patelnia, trzeba poczekać aż drzewka podrosną. Aha - oto strona zalewu.





Jest plac zabaw i parę urządzeń do ćwiczenia.




Pomosty.




Pomost do cumowania sprzętu pływającego.



Można wypożyczyć rowerki wodne i kajaki.




Swoją drogą, co to za czasy gdy rowerek wodny jest w kształce samochodu... w zasadzie to już nie rowerek, a samochodzik wodny.



WOPR Żyrardów rusza na ratunek




Plaża i kąpielisko





Na terenie są jeszcze bujawki, hamaki, stoły do ping-ponga... i ponoć stoliki z szachownicami, ale nie widziałem, bo każdego stołu z bliska nie oglądałem, możliwe że gdzieś tam są.



Boiska



Końcówka plaży... to byłoby całkiem przyjemne miejsce, bo wreszcie jakiś cień, ale że daleko od obsługi, to już jakieś flaszki się walają, bo za daleko do kosza naśmieci (do czarne z lewej strony kadru).




Dalej jest jeszcze kawałek terenu, gdzie jest nawet trochę drzew, tyle że nie został on objęty pierwszym etapem... na planach jest do zagospodarowania, ma być tu drugi plac zabaw, siłownia, strefa grilla itp. (o ile następny etap zostanie zrealizowany i to w takim zakresie jak jest na planach).




Za długo nie zabawiliśmy, bo niestety słońce przypiekało, a jak wspomniałem zacisznych miejsc w cieniu tam niewiele. No to się zmyliśmy, po drodze złapaliśmy jedną skrzynkę w urbexie, a potem myk na dworzec porobić zdjęcia pociągom. Już jadąć w tamtą stronę zrobiliśmy postój na trainspotting, więc wrzucam fotki zbiorczo na koniec wpisu.



Najpierw kilka InterRegio Łódź - Warszawa. Co ciekawe teraz nie jeżdżą w weekendy i można je spotkać tylko w tygodniu (ma to pewnie związek z weekendowymi kursami ŁKA do Wwy). Linię obsługują zmodernizowane kible - EN57 i ED72.

Oto jeszcze w barwach łódzkich z serii EN57AKŁ (jednak nadal nosi oznaczenie EN57, bo z tej modernizacji tylko jeden skład przemianowano na EN57AKŁ, a trzy pozostałe już nie).




Nowsze modernizacje są pomalowane w barwy PolRegio. Tu na przykład EN57ALd



Co prawda w rozkładzie jazdy są opisane "przewóz rowerów w wagonach nieprzystosowanych", to jednak tu widzimy że jest "przystosowany" z częścią dla rowerów. No, ale może nie wszystkie kursujące jednostki są "przystosowane". Co ciekawe przy piktogramie jest dopisana ilość miejsc dla rowerów (czyli pewnie wieszaków, czy stojaków).



Kolejna z nowszych modernizacji EN57FPS Feniks.



I najnowsza nowość, czyli ED73Ac. ED72 jest dłuższy od EN57 o jeden człon (ma ich cztery, a nie trzy) i jest jedną z wersji dalekobieżnych kilbli (D w nazwie jest właśnie od "dalekobieżny", E oczywiście od "elekstryczny").



Jak widać też ma piktogram pomnożony przez ilość miejsc dla rowerów.



Lokomotywa EP08, wyprodukowano ich tylko 15 sztuk w latach 70. Nazywana Świnią, ze względu na pierwotne malowanie (na pomarańczowo), tutaj w standardowych barwach PKP Intercity. Widać też zdeklasowaną jedynkę, poznajemy to po kartce na drzwiach z informacją że jedzie jako klasa druga, mimo że jest to wagon klasy pierwszej.



"Bolimek" z Warszawy do Żyrardowa, czyli piętrus typu push-pull (w Kolejach Mazowieckich jeżdżą jedyne tego typu składy w Polsce). Tu wagon sterowniczy Twindexx (produkcji Bombardiera).



Wagony środkowe są typu Sundeck od Pesy, a zostały dokupione później.



Lokomotywa TRAXX Bombardiera w KM nosi oznaczenie EU47 i nazwę Hetman (był konkurs na nazwę i malaturę... stąd esy floresy), a każda z tych lokomotyw ma swojego patrona.




No i chodu, bo zbliża się chmura deszczowa... tym razem udało się zdążyć do domu przed deszczem.


.


  • dystans 51.76 km
  • 5.50 km terenu
  • czas 02:36
  • średnio 19.91 km/h
  • rekord 33.60 km/h
  • rower Wrześniowy Rower
  • Jazda na rowerze

Na jagody między deszczami

Środa, 11 lipca 2018 · dodano: 14.07.2018 | Komentarze 3

Pogoda jaka jest, każdy widzi za oknem... ostatnio albo leje, albo leje. Znaczy albo leje się żar z jasnego nieba, albo leje deszcz - tak czy inaczej człowiek mokry, albo od potu, albo od deszczówki.

. Po nocnych i porannych deszczach postanowiłem zaryzykować i pojechać do lasu na jagody (ale dalej, bo tam są ładniejsze), najwyżej mnie zleje, albo się ugotuję. Rano jeszcze po drodze jakieś mżawki krążyły, ale potem się rozpogodziło i zaczęło się robić gorąco... Ja zaś zainstalowałem się w lesie i zbierałem systemem - dwa kubki (po 0,5l) i fajrant, czyli kawka, kanapki, ebook, a potem znów dwa kubki i fajrant itd.





A poza tym jeżyny się zaczęły, nazbierałem kontrolnie jeden kubek najdojrzalszych.



Szyszki na dębie... właściwie to nie są prawdziwe szyszki, tylko galasy, które wytworzyło drzewo które zaatakował  owad letyniec szysznica, oczywiście tego nie zbierałem, bo po co mi larwy letyńca?



Żeby nie było, że dziś nie ma żadnych robali - najpierw latolistek cytrynek (nazwę ma tak opisową, że nawet nie wiedząc jak wygląda, po samej nazwie można by go rozpoznać).



Dostojka malinowiec





- Posuń się z tego kwiatka bo się nie mieszczę.
- E dryblas, może pora trochę schudnąć?
- A w trąbkę chcesz?



Ten mniejszy kolega z uszkodzonym skrzydełkiem, to też może być jakiś mniejszy gatunek dostojki... ale głowy nie dam.




Ponieważ gdzieś tam daleko na zachodzie zaczęło grzmieć i co prawda ta burza raczej mi nie groziła, bo chmury szły zasadniczo na północ, ale skoro już atmosfera zaczęła się zagęszczać, to pora się zmywać, bo jak nie ta, to następna mnie dorwie. I faktycznie, gdy wyjechałem z lasu zobaczyłem że z południa, zza torów zbliżają się ołowiane chmury, no to długa!

Pośpiech pośpiechem, ale przy torach warto się zatrzymać i zrobić fotkę pociągu - tu ED72Ac w barwach Polregio jedzie jako InterRegio z Łodzi do Warszawy.



W Sokulach zaczęło kropić... ale też zobaczyłem tam, że uciekłem głównej chmurze, która już przeszła na tę stronę torów... gdybym z pół godziny później ruszył, to byłbym właśnie pod tą chmurą. Ja dostawałem tylko jakimiś pobocznymi bryzgami, w Działkach zaczęło bardziej padać (ale nie była to totalna zlewa), a jak w Żyrardowie dojechałem do parku, to w ogóle przestało padać. Pod domem chyba w ogóle ledwie pokropiło, bo chodniki już prawie suche były.

W Żyrardowie właściwa zlewa przyszła później z kolejną chmurą, ale mnie już było wszystko jedno.




  • dystans 13.09 km
  • 6.40 km terenu
  • czas 01:01
  • średnio 12.88 km/h
  • rower Wrześniowy Rower
  • Jazda na rowerze
współrowerzyści ma wycieczce:

Poranny trainspotting w lesie

Niedziela, 8 lipca 2018 · dodano: 13.07.2018 | Komentarze 8

Po deszczu poranek zapowiadał się chłodny, wyskoczyliśmy do lasu zainstalować się z hamakiem przy torach i pofocić pociągi. Rano faktycznie przyjemny chłodek, jednak szybko zaczęło wychodzić słońce i zaczęło się robić coraz cieplej... jak wracaliśmy, to już skwar był na całego.

Udało się upolować (oczywiście bezkrwawo, obyło się bez rozlewu olejów i smarów - strzelaliśmy tylko migawkami):

- 7 45WE Impuls (Kolei Mazowiekich)
- 4 Flirty (Łódzkiej Kolei Aglomeracyjnej)
- 3 ED161 Dart (PKP Intercity)
- 2 EP07 (PKP Intercity)
- 1 EP09 (PKP Intercity)
- 1 ET22 (PKP Cargo)


Flirt  (Wwa - Łódź), a konkretnie "Marszałek" w okolicznościowej malaturze, już był ze dwa razy na blogu (skład ze sczepionych dwóch Flirtów, drugi w standardowym malowaniu ŁKA, dziś wszystkie sfocone Flirty były podwójne).



Kolejny Flirt (Łódź - Wwa), tym razem "Bajkowy". Zdaje się, że ŁKA specjalnie puszcza tutaj swoje specjalnie malowane Flirty na weekendowe kursy, by pochwalić się w stolycy. Moim zdaniem słusznie, bo mikole w Warszawie pewnie chętnie upolują taki rodzynek (zawsze to darmowa promocja ŁKA), a ja po drodze... szkoda tylko że w Żyrku się nie zatrzymuje, to mógłbym go dokładnie pocykać, a tak muszę w biegu, co nie jest łatwe bo tutaj pruje na całego.



Po dwóch weekendowych gościach, standarcik na tej trasie, czyli Impuls (Wwa - Skierniewice).



I kolejny w drugą stronę (Skierniewice - Wwa), niestety słońce wyszło i fotka słaba wyszła, bo lavinka na hamaku w cieniu, pociąg w słońcu... kontrasty jak diabli.



W dłuższych przerwach między pociągami można było sobie pohamakować, porobić zdjęcia lasu, coś wszamak, wzmocnić się kawką itp. itd.



Niestety nie działał na tym odcinku nasz system wczesnego ostrzegania, czyli elektroniczne odstraszacze zwierząt UOZ-1. Gdy działają, są bardzo wygodne, bo gdy zbliża się pociąg zaczynają szczekać (i wydawać inne odgłosy), ostrzegają na tyle wcześnie że człowiek zdąży się przygotować do fotki, a jednocześnie nie naczeka się jak głupi... jak się okazało działały dopiero te za obwodnicą, a my się zainstalowaliśmy kawałek przed.

Można było próbować korzystać z semaforów, ale ciężko było się tak ustawić by widzieć w obie strony, a  z hamaka w krzakach i tak niewiele by było widać... zresztą zielone światło potrafi wisieć bardzo długo. Ostatecznie podpieraliśmy się rozkładem jazdy




A tu wspomniana przerwa na focenie lasu.



Jakiś grzybek nawet się znalazł.



I ślimole, które chyba próbowały wejść do hamaka, bo wspinały się po jednym z drzew na którym go rozwiesiliśmy. Nie zdążyły, bo wcześniej się zwinęliśmy.





No to wracamy na tory i leci Dart - IC "Leśmian" (Białystok - Łódź).



IC "Kormoran" (Olsztyn - Wrocław), tym razem to skład wagonowy prowadzony przez EP07.



I następny Impuls (Wwa - Skierniewice)



Drugi Dart - IC "Pilecki" (Racibórz - Wwa).



Znów Impuls (Skierniewice - Wwa)



EP09 prowadzi pociąg TLK" Małopolska" (Gdynia - Przemyśl)



A za nim Impuls (Wwa - Skierniewice)



Flirt (Łódź - Wwa), jak się okazuje trzeci... a właściwie pierwszy okolicznościowy Flirt o nazwie "Skra". Już kiedyś widziałem tego Flirta, ale myślałem że to jakaś reklama, a okazuje się że na trzecie urodziny został oklejony siatkarzami i logo PGE Skra Bełchatów.




I znów Flirt (Wwa - Łódź), czyli "Bajkowy" wraca z Warszawy.




Tego towarowego nie mieliśmy w rozkładzie jazdy, czyli ET22 ciągnący dosyć krótki (jak na pociąg towarowy) skład.




I znów Impuls (Skierniewice - Wwa).



Dart jako  IC "Słowacki" (Wwa - Wrocław).



A co tam z naprzeciwka jedzie?



Tak, to IC (bez nazwy) Wrocław - Białystok! Spóźniony jakieś 50 minut, ciągnięty przez EP07... niewykluczone że jest to skład zastępczy, bo z ikon z atrybutami pociągu wynika że chyba powinien być kolejny Dart.



Ostatni pociąg na dziś, czyli Impuls (Wwa - Skierniewice) pod obwodnicą, a my wracamy do Żyrka.



Niestety serwisówka wzdłuż torów jest fatalnej jakości, wysypana grubym tłuczniem, który za bardzo wystaje z ziemi, albo bardzo rozjeżdżona, więc jako alternatywna trasa za bardzo się nie nadaje... tylko na takie krótki tyrtanie się fatalnymi gruntówami po najbliżsej okolicy. Równolegle, parę metrów w las jest ścieżka (jeśli akurat nie jest zaorana przeciwpożarowo, ale akurat nie była), tyle że ona zanika w miejscach bardziej podmokły, a gdzie indziej czekają różne przeszkody terenowe i kłody pod nogi.. ale fragmentami i tak lepiej nią jechać niż serwisówką.




W parku spotkaliśmy jeszcze Stefana na spacerze, który mieszka w Industrialnej Zagrodzie (link) przy Muzeum Lniarstwa na Bielniku.  Zagroda ruszyła wiosną, Kluska była tam np. z całą grupą z przedszkola. A Stefan pochodzi z Kazachstanu i cytując za stroną zagrody "Jego ukochany przysmak to suchy chlebek. Najlepszymi kumplami Stefana są osiołki - Lojzik i Żwirek."





  • dystans 5.65 km
  • czas 00:30
  • średnio 11.30 km/h
  • rower Srebrny Rower
  • Jazda na rowerze
współrowerzyści ma wycieczce:

Z klu upalnie do biblio i parku

Czwartek, 5 lipca 2018 · dodano: 12.07.2018 | Komentarze 1

Tradycyjnie już do biblioteki - o taki stosik oddajemy, trzeba uważać, żeby nie pogubić po drodze na pięterko.



Dwa pluszowe moliki (czyli małe mole książkowe).



Równie tradycyjna fotka na krowie.



A potem do parku, bo gorąco... zaczęliśmy od czytania, potem trochę pograliśmy w wypożyczoną grę. Niestety na placu zabawa nie było nikogo znajomego, a domek z rurą nieczynny z powodu malowania... tak więc Klusce zaczęło się nudzić, a dla mnie za gorąco, nie miałem nawet siły wymyślać jej zabaw i innych zajęć, więc dosyć szybko wróciliśmy do domy.



  • dystans 16.09 km
  • 7.70 km terenu
  • czas 01:11
  • średnio 13.60 km/h
  • rower Wrześniowy Rower
  • Jazda na rowerze
współrowerzyści ma wycieczce:

Do lasu na kiełbaskę

Środa, 4 lipca 2018 · dodano: 10.07.2018 | Komentarze 4

Dzień cieplejszy, ale przedpołudnie jeszcze sensowne. Wybraliśmy się więc do lasu pod Sokule, gdzie jest miejsce ogniskowe w lesie... a właściwie na skraju lasu. Z jednej strony chcieliśmy się schować pod drzewami przed słońcem, z drugiej strony nie chcieliśmy się wbijać za bardzo w las ze względu na liczne teraz komary, muchy i inne upierdliwe badziewie.



Ognisko samo się nie rozpali, najpierw trzeba nazbierać drewna.



A potem rachu ciachu i już można piec kiełbaski. Mimo wszystko było dosyć ciepło, a przy ognisku w tych warunkach za ciepło, więc ognisko małe tyle co upiec kiełbaski i potem już go nie podsycaliśmy i nie rozpalaliśmy na nowo, zwłaszcza że zaczęło wychodzić słońce i zrobiło się gorąco... dobrze że od razu zajęliśmy się pieczeniem kiełbasek, bo potem było na to za ciepło.



Kluska wcinała kiełbaskę z dżemem pomidorowym (jak mówi na ketchup), ja zaś z dżemem gorczycowym.

lavinka natomiast ani z tomatem, ani z gazem musztardowym, tylko preferowała sam jad kiełbasiany.



Przyjechali, rozpalili, zjedli... to pora na fajrant.



Ojej, lavinka za słaby przywiązała hamak!



A to baby butterfly, który wlazł na Kluskę i zasnął... chyba larwa bielinka rzepnika, bo też jest zielona, ale głowy nie dam.



Ale jak się obudziła, to zasunęła taką stumetrówkę w te i nazad po ławie, że chyba padł jakiś rekord. Ogólnie Klusce bardzo się podobała, no cóż w lesie zawsze znajdzie się jakiegoś fajnego robala.




A to jakiś inny dzidziuś motylek.



Czerwończyk dukacik.



SA teraz część artystyczna wycieczki, czyli rysowanie kredkami w notesie.



Potem wyciągnąłem jeszcze torbę z grami... tu na przykład dobutsu shogi, jedna partyjka, a potem Kluska grała sama ze sobą i według własnych zasad.

Poza tym jeszcze kopani piłki, najpierw ze mną, potem z mamą... ale nie mogłem długo odpocząć, bo Kluska stwierdziła że lavinka źle kopie (sukces jak trafiła w piłkę i kopnęła prosto), a to chodzi żeby piłka poleciała prosto i równo ścieżką, tak żeby jeszcze Klu nie miała problemu ją trafić i kopnąć porządnie z rozbiegu.



I na koniec jeszcze zagadka - co to za rysa na drzewie? Pierwsze skojarzenie, to ślad po piorunie...  ale chyba nie, bo brak zwęgleń. Wygląda raczej na coś celowego - zerwany pasek kory i pośrodku jeszcze wąskie nacięcie. Sięga bardzo wysoko. Kolejne skojarzenie, to nacięcie w celu pozyskania żywicy, ale to też chyba nie, bo standardowo żywicowało się o tak: pocztówka z żywicowaniem.